Liberia. Wyzwolone miasto–Rozdział 10

Liberia 1Zaatakowała nas najpierw ciemność w przedsionku. John potknął się o kawałek schodka. Złapałam go. Dzięki moim wyostrzonym zmysłom, widziałam wszystko w półmroku. Nie dokładnie tak, jak to się widuje przez noktowizor, albo w dzień. Raczej ogólne kształty, dzięki czemu mogłam ominąć mężczyznę stojącego przy ścianie i patrzącego z zainteresowaniem. Po wypchanych kieszeniach zrozumiałam, że to diler. Pewnie miał mnóstwo Reda w tubkach. Pokręciłam jedynie głową przecząco i pociągnęłam Johna z daleka od tego korytarza.

Po pokonaniu schodów z minimalnym podświetleniem, weszliśmy do ogromnego pomieszczenia, jakim był klub. Nie bywałam w takich miejscach i może właśnie dlatego zrobił na mnie takie wrażenie. Ścisnęłam mocniej metalową barierkę. Staliśmy na stalowej konstrukcji. Podłogę pokrywały ogromne płyty z siatką, dzięki którym doskonale widzieliśmy, co dzieje się pod nami. Po prawo schody prowadziły na górę, jednak pilnował ich Zmienny. Nie chciałam się przekonać, co znajduje się wyżej. Schody po lewo prowadziły w dół, w stronę klubu. Przez barierkę, którą wciąż trzymałam, obserwowałam ludzi bawiących się na ogromnym parkiecie. Ich ciała ocierały się o siebie w pulsującym rytmie jakieś piosenki. Wychyliłam się, by zobaczyć, że wokół parkietu ustawiono loże i małe stoliki dla gości. A całkowicie po lewo od parkietu i całkiem blisko schodów, postawiono bar. Ogromny. Trzech mężczyzn obsługiwało tłumy ludzi. Wyglądali na pełnych energii. Uśmiechali się i flirtowali. Za barem widziałam jednak kotarę oddzielającą te pomieszczenie od czegoś innego. Czy to tam wchodzą żywiciele?

Czytaj dalej

Liberia. Wyzwolone miasto–Rozdział 9

Liberia 1Nie wiedziałam, jak mam się ubrać na całonocne szaleństwo w klubie. Nie chodziłam na takie imprezy. Owszem, picie w barze było dla mnie miłą odskocznią i jeszcze za czasów poprzedniego związku, często w takich miejscach bywałam. Odkąd jestem jednak z Markiem, bywamy raczej w restauracjach i kawiarniach, gdzie spotykamy się z jego potencjalnymi klientami, jego szefostwem i innymi pracownikami. Czasem nawet Fabian się pojawi z moją siostrą. A teraz stałam przed otwartą szafą i miałam do wyboru – eleganckie kiecki od Marka, albo bojówki lub rozciągnięte dresy od siebie. Wyciągnęłam rękę z komunikatorem i nawiązałam połączenie z siostrą.

Odebrała prawie od razu. Widziałam ją w biały kitlu, a zatem znów przeszkadzam jej w pracy. Za to ona widziała mnie w ręcznikach. Uśmiechnęła się do mnie i kazała poczekać chwilę. Widziałam, jak szybkim krokiem zmierzała w stronę gabinetu lekarza dyżurnego. Wiem, jak jej się marzy taki gabinet.

– Co się dzieje? Nigdy się ze mną nie łączysz w tych godzinach.

– Potrzebuję pomocy. – zagryzłam wargi czekając, aż minie szok z oczu mojej siostry. – Ludzie z pracy zaprosili mnie do klubu, ale nie wiem, co mam założyć. Znasz przecież moją szafę. – skrzywiłam się na jej śmiech.

– O tak, w sukniach od Marka raczej nie pójdziesz. Ostatnio przyjmowałam parę dziewczyn z zatruciem alkoholowym z klubu, to … niewiele miały na sobie.

– No bez przesady, ale w bieliźnie nie pójdę. – wywarczałam w komunikator, czym jeszcze bardziej rozbawiłam moją siostrę. Nienawidzę klubów. Stresuję się.

Czytaj dalej

Liberia. Wyzwolone miasto–Rozdział 8

Liberia 1Spojrzałam krzywo na Johna. Znów zostaliśmy wezwani do gabinetu Dyrektora. Nie znosiłam nigdy mojego szefa, ale teraz przebywanie w jego towarzystwie stało się moją katorgą. Minął tydzień od tamtego nocnego zdarzenia, a ja wciąż mam wyostrzone zmysły. Moje ciało stało się cieplejsze, niż zwykle. John wczoraj stwierdził, że powinnam zgłosić się do izby chorych w pobliskim szpitalu, bo chyba jestem chora. I faktycznie tak się czułam. A przecież nieznajomy obiecał, że po jednej dobie wszystko zniknie. Nic z tego jednak. Nasiliło się. I jak do wyostrzonych zmysłów potrafiłam się przyzwyczaić, do lepszego refleksu także, tak do bólu mięśni nie koniecznie. Moja praca wymagała używania mięśni. Nie mogłam sobie pozwolić na takie palenie w nogach i rękach, jakie czułam teraz. I to pobudzenie. Nie tylko seksualne. Miałam niesamowicie dużo energii, które szybko się wypalało, pozostawiając mnie z ogromnym bólem. John znalazł mnie dwa dni temu zwiniętą w naszej szatni. Skręcona w bezpieczną, płodową pozycję. Przyciskającą kolana do piersi i cichutko jęcząc. Byłam cała oblana potem. Chciał wezwać do mnie siostrę, ale mu zabroniłam. Po godzinie bóle minęły. A ja czułam się doskonale. Nie rozumiałam własnego ciała. I swoich myśli. Tego głodu. Mogłam jeść wszystko, ale wciąż czułam się głodna. Jedzenie było niewystarczające. Czy ja się zmieniam w żądnego krwi mieszańca? I to przez tego nieznajomego? Nocami przesiadywałam na parapecie czekając, aż znów się pojawi. Ale go już nigdy nie widziałam. Tylko w snach i na zdjęciu, które sobie zachowałam. Coś mnie ciągnęło do tego nieznajomego. Ale powstrzymywałam się – przecież mam swoje życie. I cokolwiek mi dolegało, zaczęło się od krwi Zmiennego.

A teraz stałam przed gabinetem Szefa. Wiedziałam, co mnie czeka za nimi. Zapach jego podniecenia. Rządzy. Jego świńskie, malutkie oczka skierowane na mnie. Znów będzie się oblizywał do swych myśli, których naprawdę nie chcę poznać. Będzie krzyczał. A potem przejdzie za naszymi krzesłami, mówiąc jaka ważna jest nasza praca, gładząc moje ramię. Kiedyś chciałam się jedynie od niego odsunąć. Teraz miewam ochotę odgryźć mu tą dłoń i patrzeć, jak się wykrwawia u mych stóp. Chciałam jego cierpienia. Pragnęłam jego krzyku przerażenia. I jego krwi.

Czytaj dalej

Liberia. Wyzwolone miasto–Rozdział 7

Liberia 1Pozwoliłam Markowi zająć się naszymi gośćmi, bym w tym czasie nie tylko doszła do siebie po tym, co zrobiłam w łazience, ale także w pełni przygotowała potrawy gotowe do zaniesienia na stół. Wiedziałam, że Lisa szybko się pojawi u mego boku, by choć odrobinę pomóc w noszeniu półmisków. W tym czasie mężczyźni mogli usiąść z drinkiem przed kolacją i porozmawiać o interesach.

– Cześć piękna. – ucałowałam mój policzek i zaczęła swoje zaglądanie w każdy półmisek. Uwielbiała moje gotowanie, choć sama także nieźle sobie z tym radziła. Gorzej z czasem. Twierdziła jednak, że zdąży się jeszcze nagotować przy dzieciach i mężu, więc nie było sensu już teraz przyzwyczajać do tego partnera. Na ogół i tak jadła w dobrze zaopatrzonej dla pracowników szpitala kawiarni. Czasem nawet przynosiła porcje do domu, by i jej ukochany mógł z nią degustować potrawy. Najwyraźniej Zmienni dbali o swój personel. Z drugiej strony, czy nie było to liczne? Potrzebowali silnych i zdrowych ludzi, gotowych nieść pomoc. Jako pracownik szpitala, Lisa miała także wiele przywilejów, o których nawet Mark nie mógł marzyć. I choć mój mężczyzna nie lubił podejścia do życia czasem bardzo roztrzepanej Lisy, uwielbiał korzystać z dobrodziejstw, jakie dawała mu taka znajomość. Kiedyś tego nie dostrzegałam. Teraz, z czasem, coraz bardziej mnie to męczyło.

Uśmiechnęłam się do siostry miło, kończąc nakładać makaron do ogromnej misy. Posypałam go także ziołami z własnej, domowej uprawy. Ale ona tylko patrzyła na mnie uważnie. Poczułam dreszcz. Czyżby coś widziała? Zauważyła we mnie jakąś zmianę? Nie, to nie możliwe.

Czytaj dalej

Liberia. Wyzwolone miasto–Rozdział 6

Liberia 1Kiedy Mark wrócił do domu, zdążyłam już wysprzątać idealnie mieszkanie, korzystając z moich nowych umiejętności. Naprawdę tym razem sprzątnęłam wszystko. Pachniało też świeżością. I akurat kończyłam przyrządzać obiad. Uśmiechnęłam się, gdy stanął w progu i po prostu obserwował mnie. Wiem, ile tam stał. Ale udawałam, że nie zwróciłam uwagi. Starał się być cicho, a żadna ludzka istota nie byłaby w stanie się o nim dowiedzieć. Chociaż z moimi zdolnościami słyszałam jego przyspieszony oddech, ciepło ciała, aromat lekko pikantny wskazujący podniecenie i radość. Zamieszałam ponownie sos.

Mark otulił mnie ramionami. Pozwoliłam mu się tak trzymać. Uśmiechnęłam się do niego słodko. Zresztą jak zawsze, gdy coś zbroiłam.

– Czeka nas jakaś uczta?

– Lisa nie powiedziała ci w rozmowie? Przyjadą na kolację z Fabianem. Nie jestem pewna, czy czasem ojciec nas nie odwiedzi. Wspominał, że może uda mu się wyrobić z pracą na czas, ale nie obiecał. – faktycznie, Ben nigdy nie obiecuje. A wiedząc, co dzieje się pomiędzy Dystryktami, ma pewnie całe ręce roboty, by udowodnić wyższość rasy ludzkiej nad Paranormalami. Z drugiej strony wieczór spędzony z partnerem mojej siostry także nie wróżył niczego dobrego. Fabian był, jakby to powiedzieć, specyficzny. Z jednej strony uwielbiał Lisę i pokazywał, jak bardzo mu na niej zależy. Ale nie czułam od niego pełnej szczerości. Niepokoiło mnie, że znikał na parę wieczorów czy nocy. Siostra tłumaczyła, że taką ma pracę. Ale, do cholery, był agentem ubezpieczeniowym. Ta praca nie wiąże się z nocnymi dyżurami, jak u Lisy w szpitalu.

– Dobrze, pójdę się przebrać i odświeżyć, nim przyjdą. – pocałował mnie w policzek. Uśmiech znów się sam pojawił na mojej twarzy. – Choć liczyłem, że ten wieczór będzie tylko dla nas. – zamruczał. W moim podbrzuszu poczułam motylki i delikatne ciepło. Budzące się podniecenie. Wróciłam jednak do mieszania sosu.

– Po ich wizycie z pewnością nadrobimy zaległości. – klepnął mnie w pupę delikatnie i odszedł w stronę łazienki, ściągając marynarkę.

Czytaj dalej

Liberia. Wyzwolone miasto–Rozdział 5

Liberia 1Odchyliłam głowę, kładąc ją wygodniej na brzegu wanny. Rzadko jej używaliśmy. Taki luksus mieli jedynie mieszkańcy wyższych Dystryktów. Marka pensja pozwalała nam na kąpiel raz na miesiąc. Reszta dni musiał wystarczyć nam szybki prysznic. Latem będzie jeszcze gorzej, bo w zbiornikach nie będzie wystarczająco dużo wody. Dziś jednak uznałam, że zasłużyłam na taką przyjemność leżenia w naszej podwójnej wannie, pełnej piany z olejków, które Mark dla mnie sprowadził z innych Osad. Łazienkę wypełniał boski zapach świeżości połączonej z kwiatem lawendy. Lekko leśny aromat. Moje ciało jednak pachniało wciąż mężczyznom z tej nocy. Czy to możliwe, by przez krew zostawił coś jeszcze? No i oby miał rację odnośnie utrzymywania się tego stanu przez maksymalnie dobę. Przez pierwszą chwilę w kąpieli obserwowałam pękające bańki. Nigdy nie widziałam ich tak dokładniej. Byłam urzeczona tym widokiem. Patrzyłam, jak pęka mały bąbel i jaki robi rozbryzg na okoliczne bąbelki. Nabrałam na dłoń sporo piany. Uniosłam ją i lekko dmuchnęłam. Skupiałam się na tym, jak opadają na dół. Jak mieniły się każda w zupełnie innych kolorach. Każda miała swój mały odcień. Niczym diamenty. Tworzyły wyjątkowe tęcze w samym środku siebie. Niesamowite.

Teraz jednak położyłam głowę zmęczona podziwianiem wszystkiego z taką dokładnością. O tak, te kołtuny kurzu w kacie także widziałam. I każdy zaciek na ścianie. Nawet jeśli były minimalne, ja je widziałam. Nigdy nie byłam perfekcyjna w porządkach, ale zobaczenie teraz jak bardzo omijałam niektóre miejsca sprawiało, że chyba jestem w stanie albo szorować wszystko na kolanach, albo dam się przekonać narzeczonemu do zatrudnienia sprzątaczki.

Liberia. Wyzwolone miasto–Rozdział 4

Liberia 1Otworzyłam oczy. Podniosłam się prawie natychmiast. Zdziwiona, że nogi nie bolały po całej nocy na betonie. Otrzepałam spodnie i zaczęłam się rozglądać wokół. Byłam sama. Z jakiegoś powodu wiedziałam, że nie ma sensu szukać mojego wczorajszego wybawcy. Zmienny. Paranormal. Bestia. A mimo to uratował mi życie. No i zostałam nienaruszona. Inaczej pewnie bym coś wiedziała, prawda? Rozejrzałam się po legowisku. Ale nic tu nie zostało. Jedynie jedna kropla krwi. Moja czy jego? Przypomniałam sobie, że podzielił się ze mną własną krwią. Zapewniał, że to mnie nie zmieni. Ale fakt, jak się teraz czułam… Nic dziwnego, że czarny rynek tak kwitnie. Sprzedają tam krew Bestii, która ponoć daje „niezłego kopa”. Nigdy nie próbowałam. Jednak teraz miałam doskonale pojęcie, co oni czuli. Miałam mnóstwo energii. Wszystko widziałam tak wyraźnie. Czułam każdy pyłek. Widziałam blokowiska mojego Dystryktu tak dokładnie, jak gdyby stała tuż przy nich. A przecież oddzielało nas tyle metrów. Czułam budzące się życie wokół. Ludzie wstawali do pracy. To mnie otrząsnęło. Przecież ja nie wróciłam do domu i pewnie wszyscy się martwią. Mają dowód na swoich komunikatorach, że zgodziłam się wracać na własną rękę. Ale nie wróciłam. Pewnie myślą, że padłam ofiarą jednej z bestii.

Odszukałam klatkę schodową i zbiegłam. Nie ufałam windom. Zresztą mając tyle energii, nie zmęczyłam się nawet opuszczając kolejne piętro. Siedem w dół i wciąż brak zadyszki. Ciekawe, jak to jest być zmiennym i nigdy już nie czuć się tak słabą ludzką istotą? Potrząsnęłam głową energicznie. Nie mogłam o tym myśleć. Przecież zmienni, te bestie, robią tak wiele złego. Zabijają. Jedzą. Ilu przyjaciół nie dane mi było nigdy odnaleźć w niższych dystryktach. Ich śmierć potwierdzały jedynie szczątki. Widziałam zdjęcia, które ojciec ukrywał przed wszystkimi. Oni są źli. Zawsze mi to powtarzał. Pokazywał mi czasem to wszystko, jako dowód. Dlaczego więc jeden z nich uratował mi życie? To było pozbawione jakiegokolwiek sensu.

Czytaj dalej