EVER–Rozdział 5.3.

2004

Siedziałam przy stole zwinięta na krześle. Wiedziałam, że Artur po pracy miał jechać na jakieś spotkanie, więc miałam sporą swobodę podczas pisania. Kiedy jest w pobliżu, nie potrafimy oboje skupić się na pracy. Wczoraj odwiedziłam go w biurze. Kochaliśmy się w windzie, jak szaleni. Potem na jego biurku. Stwierdził, że bardzo by chciał, bym pracowała dla niego. Moglibyśmy to robić codziennie. I ja też bym tego chciała, ale nie zatrudni mnie w tym wieku – prawdziwym wieku. Potrząsnęłam głową, by odegnać myśli – jutro znów prowadziłam zajęcia i próbowałam dokończyć prezentację. Profesor był tak zadowolony ze mnie, że zrobił ze mnie swego pomocnika. Przedstawił mi też plan, jaki ma względem mnie na przyszłość. Stwierdził, że gdy będę na trzecim roku, będzie mógł mnie uczynić swoją asystentką, a dzięki temu poza studiowaniem, będę także zarabiać. A to najlepsze dla kogoś, kto potem chce pracować w jego kancelarii. Dziś pojechałam na chwilę na uczelnię. Profesor był na spotkaniu, ale poznałam jego asystenta. Marek opowiedział mi trochę o tej pracy, jak wygląda ona naprawdę. Było mu ciężko, bo pogodzenie studiowania z trudnym do obcowania, wymagającym profesorem, uśmiercało jego życie towarzyskie. Ale cieszył się, bo za rok kończy swoją asystenturę i będzie mógł zacząć już pracę w tej kancelarii. Zabrałam od niego teczkę przygotowaną na jutrzejsze zajęcia i wróciłam do domu. Naszego domu. Mojego i Artura. W sumie, to domu Artura, tylko że teraz miałam klucze i faktycznie tu mieszkałam. Było nam to na rękę. Gdy wracał z pracy, robiłam mu jedzenie. Witałam go namiętnym, stęsknionym pocałunkiem. Czasem kochaliśmy się od razu na wejściu. Czasem dopiero po jego jedzeniu. Uwielbiałam nasze wspólne życie. Kochałam go tak bardzo. To, jak mnie budził z samego rana. O wiele wcześniej, niż zadzwonił budzik. A wszystko po to, byśmy zdążyli się pokochać, nim każde pójdzie do pracy (w moim przypadku na uczelnię). Cieszyłam się nawet ze wspólnego mycia zębów. Ze wspólnego ubierania się. Picia porannej kawy. Prysznica. Rozpierała mnie energia i cieszyło mnie dosłownie wszystko. Zapamiętywałam każdy jego ruch mięśnia, gdy chodził, leżał. Poznawałam go po oczach i mimice twarzy, jaki miał humor, albo na co miał ochotę. Wiedziałam, kiedy mam milczeć, by nie wyprowadzić go z równowagi. A kiedy mam go właśnie wyprowadzać z równowagi, byśmy się pieprzyli jak króliczki. Chodziłam obolała, ale to był dobry ból.

Sięgnęłam po kubek, gdy drzwi się otworzyły. Spojrzałam na zegarek. Nie spodziewałam się go tak wcześnie. Okręciłam się na stołku. Wszedł do kuchni. Spojrzał na mnie, ale się nie odezwał. Podszedł do barka i nalał sobie sporo whisky. Wypił praktycznie jednym łykiem. Potem nalał drugiego. Widziałam, że jest gorzej niż wyprowadzony z równowagi. To była furia okryta ciałem mojego mężczyzny. Patrzył na mnie tak dziwnie. Tego wzroku nie pamiętam.

– Pracujesz? – zapytał wskazując na laptop. Zresztą prezent od niego.

– Przygotowuję na jutro zajęcia. – odpowiedziałam szeptem za bardzo nie wiedząc, jak mam reagować. Nie chciałam go jeszcze bardziej urazić, czy zrobić coś nie tak.

– Rozbieraj się. – ton miał suchy. Wyprany z emocji. Spojrzałam na niego. – Mówię. Rozbieraj. Się. – wstałam powoli z krzesła. Zsuwałam z siebie każdą cząstkę ubrania i dumy, jaką posiadałam. Nigdy tak się nie zachowywał. Odstawił kieliszek na stół. Głośno. Wzdrygnęłam się. Stałam przed nim w bieliźnie. Podszedł do mnie. Widziałam tą furię w oczach. Zerwał ze mnie bieliznę. Słyszałam, jak pęka. To także były prezenty od niego. Ale wiedziałam, że cokolwiek się stało, potrzebował teraz mnie, mojego ciała. Jego ręce dotykały mnie, ale nie było w tym delikatności. Raczej zaborczość. – Taka młoda. – wyszeptał, nim wpił się w moje usta. Oddałam mu pocałunek. Po chwili pchnął mnie na ladę. Złapałam się jej. Uderzył mnie. Nigdy jeszcze nie dostałam tak mocnego klapsa. Pośladek mnie zabolał. Pisnęłam, ale wciąż trzymałam się lady. Zrobił to ponownie. I ponownie. Poczułam łzy pod powiekami. I pierwszy raz się bałam tego, co się dziś stanie. Rozsunął mi nogi. Wszedł we mnie. Brutalnie. Krzyknęłam. I choć byłam wilgotna, nie byłam wystarczająco nań przygotowana. Zaczynało boleć mnie serce. Cokolwiek się wydarzyło, porozmawiamy o tym później. Teraz najwyraźniej musiał to z siebie zrzucić. Uderzał o mnie mocno. Moje ciało odbijało się od rogu lady. Pośladki mnie piekły od uderzeń. Nie pozwolił mi się nawet dotknąć. Pieprzył mnie ostro. Nigdy jeszcze tak nie było. I nie podobało mi się to. Nagle uderzył bardzo mocno. Ugryzł mnie w ramię. I skończył. Poczułam, jak się wycofuje. Sperma zaczęła spływać mi po nodze. Patrzyłam na niego przestraszonymi oczyma. Dopiero zaczęłam brać tabletki. Tydzień temu pękła nam gumka. A teraz po prostu skończył częściowo we mnie. Spojrzałam zza siebie. Odszedł ode mnie. Widziałam ból w jego oczach. A także wciąż tą samą furię. I obrzydzenie. Tego się nie spodziewałam. Zapiął spodnie. A ja stałam wciąż wciśnięta w ladę. Nie wiedziałam, co się wydarzyło. – Byłem na spotkaniu z moim dawnym profesorem, wiesz? Pokazał mi swoją najlepszą studentkę i przyszłą asystentkę. – przeszedł mnie dreszcz. – Studentkę PIERWSZEGO JEBANEGO ROKU! – krzyczał.

– Artur… – wyszeptałam, ale nie słuchał. Obrzydzenie było widać już nie tylko w jego oczach, ale także na jego twarzy. Znów się napił. Chciałam podejść, ale bałam się.

– Dwadzieścia lat! – wycedził przez zęby uniesionym głosem. Już nie krzykiem, ale bardzo podniesionym głosem. – Kurwa! – krzyknął i rzucił kieliszek w ścianę obok. Kryształ rozbił się i posypał wokół. W ścianie widoczne były jego kawałki. Resztka alkoholu teraz tworzyła wokół uderzenia plamę.

– Artur…. ja… – szeptałam. Serce mi się łamało na tysiące kawałeczków. Z oczu ciekły mi ciurkiem łzy.

– Ty co… Zapomniałaś przyznać się, kim jesteś naprawdę?! Nieee… – chodził w kółko. Przeczesywał palcami włosy. – Ty mnie okłamałaś. Cały czas kłamałaś. Mnie. Moich przyjaciół. Kurwa, mieliśmy jechać do mojej matki.

– Proszę, porozmawiajmy.

– Masz czas do końca dnia, by się stąd wynieść. Zabieraj swoje rzeczy i wypierdalaj z mojego życia.

– Błagam… – płakałam coraz bardziej. To nie mogło tak się skończyć. Spojrzał na mnie. Przez chwilę widziałam ból w jego oczach. – Kocham cię, Artur… nie zostawiaj mnie… – wyszedł, trzaskając drzwiami. Siedziałam na podłodze rycząc. Dochodziło do mnie dopiero, co się stało. Był na mojej uczelni. Mój profesor opowiadał mu o swojej przyszłej asystentce. Pokazał mu mnie. Dziewczynę, którą znał tak doskonale. A mimo to zupełnie obcą. Jak musiał się poczuć? Może przejdzie mu i wróci za godzinę lub dwie. Przeprosi. Ja przeproszę go. Porozmawiamy. I dojdziemy jakoś do ładu. Moje serce się roztrzaskało. Ból ten sprawił, że nie potrafiłam się ruszyć. Jeszcze nigdy tak nie cierpiałam. Bolało mnie wszystko. Nie byłam w stanie powiedzieć, czy to bolało mnie fizycznie, czy to tylko moje emocje.

Siedziałam w mieszkaniu do późnych godzin nocnych. Ale nie przyszedł. Obeszłam całe mieszkanie tysiące razy. Wiedziałam, jak bardzo zawiniłam. Ale zasługiwałam na szansę rozmowy. A on zasługiwał na prawdę. Tylko nie chciał mnie słuchać. Siedząc nad kieliszkiem whisky, pisałam do niego list. Pisałam prosto z serca. Opisywałam swoją miłość i szczęście. Wyjaśniłam, jak trudno było mi omijać prawdę i dlaczego to robiłam. Przecież gdybym mu się przyznała, od razu by mnie zostawił. A ja tak bardzo chciałam mieć szansę, choćby jeszcze chwilę spędzoną razem. Napisałam też o mojej nadziei, że kiedyś mi wybaczy.

A gdy słońce wzeszło, przykleiłam kartkę do laptopa. Spojrzałam raz jeszcze na mieszkanie. Starłam kolejne łzy i wyszłam. Klucze zostawiłam u sąsiadki. Była niepocieszona, że się rozstaliśmy. Ale żywiła nadzieję, że będziemy jeszcze razem, bo ładnie wyglądaliśmy i byliśmy przecież tacy szczęśliwi. Ja także miałam taką nadzieję. Wsiadłam do taksówki i pojechałam do domu. Napisałam sms do Anki, by uprzedziła profesora, że jestem chora i nie pojawię się w najbliższym czasie na zajęciach.

Mój świat się zawalił. A ja żyłam jedynie nadzieją, że złość mu przejdzie i będzie chciał porozmawiać. Przeczyta list i coś zrobi. Zadzwoni. Napisze. Przyjedzie. Cokolwiek. Bo mój świat właśnie runął. Zawalił się i to z mojej głupoty.

Moja pierwsza miłość. Jedyna. Niepowtarzalna.

A teraz skończona.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s