LIBERIA II. Miasto krwi–Rozdział 42.2.

OTWORZYŁAM OCZY, czując dziwne zapachy i szepty wokół. Hope stała niedaleko stołu, na którym leżałam. Nawet nie próbowałam się poruszyć zdając sobie w pełni sprawę, że poczuję dotkliwie ból. Plecy były mokre. Obłożone czymś, co lekko szczypało i chłodziło. Czułam zaschnięte łzy na twarzy. Janet, druga medyczna w tym pomieszczeniu, spojrzała w moim kierunku.

– Obudziła się. – dodała szeptem z lekkim uśmiechem. Hope natychmiast do mnie podeszła. Patrzyła przez chwilę.

– Jak się czujesz? – to było jedno z głupszych pytań, jakie można w tym stanie zadać. Próbowałam się uśmiechnąć, ale po minie kobiet stwierdziła, że ów grymas chyba jednak mi nie do końca wyszedł.

– Boli… – wychrypiałam. Nabrałam więcej powietrza, ale przez to poruszyłam plecami i poczułam gorąco rozlewające się po moim ciele. Już nie było odrętwienia i szczypania. Zasyczałam z bólu.

– Jeszcze się nie poruszaj. Nie wszystkie rany się zagoiły. – zmarszczyłam brwi.

– Ile tu jestem? – wyszeptałam na lekkim oddechu, nie chcąc znów popełniać tych samych błędów. Im mniej poruszę plecami, tym większą będę czuć ulgę.

– Wczoraj odbyłaś karę. Jest noc. Żołnierze są za drzwiami. Pilnują, gdybyś chciała zrobić coś głupiego. – w tym stanie miałabym coś zrobić? Z drugiej strony musiałam dowiedzieć się, co używano, że rany się nie goiły od razu. Hope czymś mokrym przetarła mi twarz. – Nadia się obudziła wcześniej, niż się spodziewano. Musiałam ją uspokajać, by też nie popełniła żadnych bzdur. Kiedy wróciłam…. – jej głos się załamywał. Zniżyła się i teraz szeptała mi do ucha. – Gdy wychodziłam, leżałaś nieprzytomna, ale rany wyglądały dobrze. Ale gdy wróciłam, nadal byłaś nieprzytomna, ale rany… niektóre były znów otwarte i … one nie chcą się goić. Aker postawił żołnierzy. Poza mną i Janet, nikt nie może tu wchodzić. Nie chcieli cię zabić, tylko… – skrzywiła się.

– Wiem. Wyłączyć z gry na nieco dłużej. – a zatem ktoś miał tu dostęp. W każdej chwili mógł wejść i zrobić ze mną, co tylko chciał. I to pod nosem samego Akera. Może i sam Mistrz chciał pokazać, że nie da się wodzić za nos i moja kara miała być przykładem dla wszystkich. Jednak eliminacja mnie sprawi, że nie mogę stanąć do walki, jestem słaba. Zaczynało mnie trząść. Nabrałam nieco głębiej powietrza. Ból rozchodził się coraz silniej po ciele. Zacisnęłam zęby czując każdą z tych ran. Plecy strasznie mnie swędziały, ale każde poruszenie sprawiało, że głębokie cięcia ponownie się rozwarstwiały, paląc żywym ogniem. Musiałam wydać jakiś głos, bo Hope natychmiast zaczęła głaskać mnie po głowie.

– Zaraz podamy ci znów znieczulenie. Ale nie możemy podawać silniejszych dawek i zbyt często, bo nie wiemy, jak zareaguje twoja druga natura. – no tak, wszystkiemu winna jest teraz moja dziwna zmiana. Przecież te leki, które mają za zadanie załagodzić ból, mogą mi jeszcze bardziej zaszkodzić.

– Zimno… mi…

– Nie mogę cię przykryć, bo rany… – Hope przytuliła swoją twarz do mojej. Próbowała uspokajać na sobie znany sposób, ale nie ukoi całego bólu, zwłaszcza tego w sercu. Swoje musiałam przeżyć. Swoje musiałam też wypłakać. A potem stanę na nogi i stawię czoło każdemu wrogowi.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s