LIBERIA II. Miasto krwi–Rozdział 41.1.

USIADŁAM NA LEŻANCE szpitalnej i patrzyłam, jak Hope opatruje rannego żołnierza. I choć poznałam już dziewczynę dość dobrze, a i zdziwienie żołnierza takim traktowaniem jedynie podpierało moje podejrzenia – pielęgniarka była dziś wyprowadzona z równowagi. Nawet nie, to zbyt niedostateczne słowo. Wściekła bardziej określałoby jej stan. Żołnierz patrzył na nią z przestrachem, gdy rzuciła kolejnym narzędziem na metalową tackę i wyciągnęła z rozmachem jakieś dziwne urządzenie tryskające iskrami, niczym paralizator.

– Nawet nie drgnij. – wywarczała, nim zbliżyła się do jego rannego ciała. Spojrzał na mnie znad jej ramienia i widziałam dosłownie błaganie w tych oczach. Zagryzł mocniej zęby, by nie wydać z siebie odgłosu. Jego towarzysze cofnęli się już dawno, pozostawiając rannego w rękach rozwścieczonej pielęgniarki, grzecznie podpierając ścianę przy wejściu. Mogłabym przyrzec, że wystarczyłoby jedno warknięcie Hope, a wybiegliby stąd równie szybko, jak się pojawili. Pozostawiliby nawet swojego kolegę.

– Hope, może powinnam…. – spróbowałam zagadać łagodnym tonem, samej chcąc się stąd wydostać. Wolałam omówić takie rzeczy, gdy byłyśmy same, niż przy żołnierzach.

– Co, powinnaś?! Ukryć się? – wywarczała, nadal przypalając tkanki mężczyzny. – Jak myślisz, jak długo zajmie im dowiedzenie się, co się stało? Za godzinę powinni dostać swoje porcje śniadaniowe. Zatem za godzinę rozlegnie się alarm. – spuściłam spojrzenie na swoje ręce. Bawiłam się palcami, uderzając nimi o kolana. Plecy oparte były o ścianę za mną, nogi skrzyżowane. Ale nic we mnie nie było pewnego, poza tym, że zrobiłam dobrze.

Tej nocy wypuściłam więźniów. Sam oczywiście próbował mnie przekonać o ucieczce razem z nimi. Pewnie bał się, co zrobi mi Aker. Szalona jednak chwyciła go dość mocno za ramię i poprowadziła do końca cel. Ranni już tam czekali. Uśmiechała się do mnie. Nawet nie wiedziałam, że istnieje jakieś przejście na zewnątrz z tego miejsca. Dopiero po chwili doszło do mnie, że przecież poza wentylacją, musieli również jakoś odprowadzać inne rzeczy z tego miejsca. Mały tunel w podłodze prowadzić prosto do rzeki. Powiedziała wszystkim więźniom, że najpierw czeka ich ostry zjazd a potem rozszalały prąd rzeczny, ale jeśli nabiorą odpowiednio dużo powietrza i dadzą się porwać rzece – przeżyją. Ja miałam dopilnować, by żaden z żołnierzy nie wszedł do środka i zamknąć właz za nimi. Szalona także objęła mnie na pożegnanie mówiąc, bym słuchała intuicji. Sam pocałował namiętnie nim wskoczył. Złożył mi przecież obietnicę, że wyprowadzi ich wszystkich na zewnątrz bezpiecznymi tunelami. Poza Liberią będą teraz bezpieczniejsi. Ja musiałam stawić czoło Akerowi i zdradzie, jakiej się dopuściłam.

– Hope, nie miałam wyjścia. To nie ich wina, to nie ich wojna.

– A jego? – pokazała głową na żołnierza, mokrego od potu i patrzącego wciąż błagalnie na wszystkich w tym pomieszczeniu. – Czym on zawinił, by być teraz na tyle rannym, że muszę mu przypalać razem tkanki, by był w stanie stanąć do walki nawet jeszcze dzisiaj? Czym zawinił wczorajszy patrol, że prawie cały został zabity!

– Wczoraj zginął jakiś patrol? – o tym nie wiedziałam. Z drugiej strony nie interesowały mnie dotąd żadne patrole, żołnierze, nic poza moim czubkiem nosa.

– Tak. Nie wszyscy wrócili. Trzech zaginęło. – potarłam dłońmi twarz.

– Ben zbiera jeńców? – pokiwałam głową nawet nie chcąc wiedzieć, co może im teraz robić. Był niezrównoważony. A jeśli dołączy do tego wszystkiego Lamia, żołnierze nie mieli szans wyjść z tego żywo. Zwłaszcza psychicznie. – Czy to był typowy patrol, czy coś zmieniono? – spojrzałam na żołnierzy, żądając odpowiedzi.

– Dostaliśmy cynk od jednego z mieszkańców, że mieszańcy zbierają się w nowym obrębie. Wysłaliśmy patrol. Nie doszedł nawet do połowy trasy, gdy został zaatakowany. – pułapka. To było jedyne słowo, jakie nasunęło mi się po wysłuchaniu relacji. Osłabienie, czy zdrada z wewnątrz w ramach ostrzeżenia?

– A co z mieszkańcem?

– Zniknął. Nikt nie chce już nic mówić. Wcześniej parę razy doniósł nam, a potem szybko zmieniał swoje miejsce pobytu. Tym razem zniknął całkowicie.

– Nie przeżył. Możecie go już spisać całkowicie na straty. Kto… – nie dokończyłam, bo z hukiem otworzyły się drzwi do pomieszczenia. Żołnierze zdążyli odskoczyć, ale szybko schylili głowy przed swoim Mistrzem. Czy muszę dodawać, że był wściekły? Hope tylko spojrzała na niego, po czym prychnęła pod nosem i zajęła się dalej opatrywaniem lub też znęcaniem się nad chorym. Nie widziałam w tym momencie żadnej różnicy.

– Mira, do gabinetu! Natychmiast!!! – wykrzyczał, po czym wyszedł równie wściekły.

– Pamiętaj, że cię kochałam. – wyszeptałam Hope, jakby na moje pożegnanie. Prychnęłam. Nie zamierzałam zaraz umierać. Z drugiej strony, czy ktokolwiek to mógł zaplanować? Ale szczerze, wiedziałam, że Aker będzie wściekły, ale nie zrobi mi nic. Ukaże, pokrzyczy, ale nie skrzywdzi.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s