EVER–Rozdział 2.2.

2014

Jechałam do domu myśląc o zbliżających się urodzinach Zuzi. Tak wiele się wydarzyło, odkąd pojawiła się na świecie. Nauczyła mnie siły. Walki o lepsze jutro. Wytrwałości i cierpliwości. A także niesamowitej miłości. Nigdy nikogo tak nie kochałam, jak ją. Początkowo byłam załamana tym, że to nie ja ją mam. Ja też nosiłam pod sercem nowe życie czując, że moje dobiega końca. Miałam plany na przyszłość. Chciałam skończyć studia, pójść do dobrej pracy, pobrać się z Arturem, a potem dopiero mieć dzieci. Pamiętam, jaka byłam osłabiona. Cały czas chciałam spać. Nikłam w oczach. I było mi wciąż niedobrze. Ale zrzucałam winę na moje załamanie. Już samo rozstanie sprawiło, że rozpadłam się na kawałki. A jeśli jeszcze się doda sposób, w jaki mnie pożegnał – byłam załamana. Jak nie gorzej. Dla mnie w jednej chwili wszystko straciło sens. Pamiętam, jak opadłam na kolana i patrzyłam, jak odchodzi. Nie błagałam go o powrót. Wiem, ile w tym było mojej winy. Ale nigdy nie zapomnę tego spojrzenia. Nie było już ciepłe i z odrobiną iskry. O nie. Jego oczy przepełniała nienawiść. I ból. Przez chwile to widziałam. A potem zamaskował to złością. Wyładował się na mnie za to wszystko. A potem po prostu zostawił. Ze wszystkim. A ja siedziałam na nogach i po prostu płakałam. A dwa miesiące później, za namową Majki, ukochanej sąsiadki, zrobiłam sobie test. Przyszła do mnie podczas nieobecności ojca. Przyniosła w torebce test ciążowy i zaprowadziła do łazienki. Anki już dawno nie było przy mnie. Pewnie gdzieś w tym czasie imprezowała. To Majka, która była wtedy taką spokojną duszyczką, trzymała mnie za rękę, gdy czekałyśmy na wynik, a potem podtrzymywała mi głowę, gdy wymiotowałam i płakałam jednocześnie widząc dwie kreski. Ciąża. Życie pod sercem.

Objawy były ciążowe, a nie spowodowane moim załamaniem. To Majka umówiła mnie do swojego lekarza. I ona ze mną tam pojechała. Boże, wyglądałam jak śmierć. Cień własnej siebie. A lekarka jedynie poklepała mnie stwierdzając, że faktycznie to ciąża. Zrobiła mi badania. Wypisała recepty, które oczywiście wykupiła Majka, bo ja nie byłam w stanie myśleć o niczym innym. To Majka pojechała ze mną na uczelnię, bym mogła wziąć dziekankę. Przedstawiłyśmy zwolnienie lekarskie od pani ginekolog. Pamiętam spojrzenie kobiety w dziekanacie. Oceniające. Pewnie nie jedna studentka właśnie tak skończyła. Pierwszy rok i brzuch. A potem wróciłyśmy obie do domu, by porozmawiać z moim ojcem. On też był załamany. Wyszedł wtedy z pokoju. Z domu. Wrócił po paru godzinach. Objął mnie i pierwszy raz płakaliśmy razem. Przytulał mocno obiecując, że teraz się nami zajmie. Majka swoje także przeszła, jej partner, ukochany od czasu pierwszej klasy liceum, pracował na dwie zmiany, by opłacić wynajęte mieszkanie i fakt, że moja sąsiadka nie mogła pracować. Czuła się dobrze, ale nikt nie chciał zatrudnić ciężarnej. Pamiętam, jak przyszła do nas pochwalić się swoim stanem. Cieszyła się na to dziecko, choć nie planowali tego jeszcze. Dopiero się usamodzielnili. Ale Majka opowiadała o planach na ślub, że papiery złożyli w urzędzie, bo chcą wziąć tyko cywilny. O kościelnym chcieli pomyśleć później – gdy dziecko się urodzi. Ona nie miała rodziny, a jego nie była szczęśliwa z ich związku. Mimo to wszyscy pokochali Zuzię, odkąd tylko pojawiła się na świecie. Nawet ja pokochałam ją, jak swoje własne, choć ta miłość do dziecka kosztowała mnie wiele wspomnieć z mojego własnego.

Zatrzymałam samochód i spojrzałam przed siebie. Zuzia była naszym wspólnym cudem. Swego czasu ojciec wielokrotnie pytał o ojca mojego dziecka. Ale nigdy nie czułam się gotowa o tym mówić. W końcu powiedziałam mu jedynie, że spotykałam się z takim jednym. Spytał, czy chociaż coś czułam. Wiedziałam o co pyta. Chciał wiedzieć, czy Nina, bo takie właśnie imię dla niej wybrałam, została poczęta z uczucia, czy jedynie hormonów i rządzy. I tak by ją kochał tak, jak mnie zawsze kochał. Powiedziałam mu prawdę – jak bardzo kochałam tego mężczyznę i że rozstaliśmy się zanim dowiedziałam się o ciąży. Wtedy z Majką postanowiłyśmy pojechać do niego. Nie chciałam powrotu. Uważałam, że powinien wiedzieć, że będziemy mieli dziecko. Ale nikogo nie było. Sąsiadka, starsza kobiecina, która pamiętała mnie z wizyt tutaj powiedziała, że Artur się wyprowadził. Zabrał rzeczy i zniknął. A ja znałam jedynie jego imię, numer telefonu i ten adres. Podziękowałam sąsiadce. Zawsze ją lubiłam. Piekła dla mnie ciasteczka. Zawsze mówiła, jak do siebie pasujemy i że powinniśmy o siebie dbać, bo takiej miłości trzeba pilnować. Najwidoczniej nie pilnowaliśmy zbyt uważnie. No dobrze, ja nie pilnowałam.

Weszłam do domu. Położyłam torebkę na stoliku. Z salonu dochodził głośny śmiech. Weszłam głębiej do mieszkania. Zuzia siedziała na środku salonu, ale gdy mnie zobaczyła, zerwała się szybko i podbiegła do mnie tak szybko. Boże, ona tak szybko rośnie. Chwyciłam ją na ręce, choć była pannicą i to niesamowicie ciężką. Pocałowała mnie mocno w usta, a potem uściskała. O tak, kochałam ją tak, jakby była moim własnym cudem.

– Pokazuję wujkowi nowy katalog. Zaznaczyłam też komórkę lepsiejszą od Jess. – uśmiechnęłam się do Sebastiana. Siedział oparty o kanapę. Wokół leżały foldery z różnych salonów. Wszystkie z kolorowymi telefonami. Pokiwałam jedynie głową z uśmiechem.

– Umyj ręce, obiad masz na kuchence. Podgrzeję ci.

– Spokojnie, odgrzeję sobie. – spojrzałam na chrześnicę. – A ty przyszykuj mi te foldery, bym mogła zobaczyć ten super telefon. – zapiszczała i już pobiegła w stronę wujka. Patrzyłam na nich przez chwilę. Mój ukochany partner bawiący się katalogami z dzieckiem naszej sąsiadki. I choć Sebastian wielokrotnie mówił, że nie pora na dziecko, widziałam w nim oddanego, dobrego ojca. Ku pewnie przerażeniu Majki, która nie przepadała za moim partnerem. I wiem nawet dlaczego – wciąż szukał dla siebie pracy, a utrzymanie tego mieszkania pozostawionego nam przez ojca, było na mojej głowie. Zresztą zawsze wszystko było na mojej głowie. Przynajmniej Sebastian dobrze gotował, to był jego plus, bo ja nie koniecznie dobrze radziłam sobie w kuchni.

Spojrzałam jeszcze raz na tę dwójkę. Jak to by było mieć swoje własne? Czy Sebastian nadal by mnie chciał, gdyby była z nami tu moja Nina? Na myśl o niej poczułam silny ból, a tylko jedno imię brzęczało mi w głowie. Artur. Nabrałam więcej powietrza, by nie zacząć teraz płakać. Zawsze w tym samym okresie musiałam być silniejsza niż zwykle. A kolejne urodziny Zuzi tylko przypominają mi o tym, czego już nigdy mieć nie będę. Czy Zuzia i Nina bawiłyby się razem? Może nawet organizowałabym z Majką im wspólne urodziny?

– Gabriela? – spojrzałam na Sebastiana. Wiedział. Co roku to samo. Świętowanie kolejnych urodzin Zuzi otoczone moimi łzami, bólem. Wiem, ile cierpliwości wymagało od mężczyzny zaakceptowanie mojego corocznego zachowania. Ale jak miałam po prostu przestać? Nie potrafiłam.

– Jest dobrze – powiedziałam szeptem. Musiałam się wziąć w garść. Po dziesięciu latach powinno być mi łatwiej. Ale nie jest. Z roku na rok boli tak samo.

Po kolacji, wykąpałam Zuzię i szybciutko poszłyśmy do łóżka. Czytałam jej bajkę dopóty, dopóki nie zasnęła. Uwielbiałam te wieczory, gdy zasypiała w małym pokoiku dla gości, który teraz był bardziej jej pokojem ze względu na dobraną tapetę i mnóstwo zabawek, które tutaj trzymaliśmy na takie okazje. Sebastian zrobił nawet jej ogromne wiszące półki, by mogła tak stawiać ulubione bajki na dobranoc oraz parę szufladek na kluczyki, by chowała tam swoje skarby i pamiętniki. Uwielbiałam ten czas, gdy spędzała tu czas. Gdy Majka szła na randkę, albo musiała popracować, z przyjemnością zabierałam Zuzię do siebie. Przykryłam ją teraz kołdrą i pocałowałam. Była taka podobna do ojca. Czy Nina też przypominałaby mi Artura każdego dnia?

Wyszłam, zamykając cicho za sobą drzwi. Zawsze zostawiałam włączoną lampkę z pływającymi rybkami. Dawała piękną, delikatną poświatę i była taka uspokajająca. W salonie siedział Sebastian. Pił herbatę. Mi też zrobił. Usiadłam przy nim na sofie i pocałowałam delikatnie. Jesteśmy już ze sobą pięć lat. Początkowo spotykaliśmy się przez dwa lata, a potem pomieszkiwał tu czasami. Do czasu, gdy ojciec nie wyprowadził się do swojej partnerki, nam zostawiając to mieszkanie. Cieszył się pewnie, że stanęłam na nogi i znalazłam sobie partnera, a raczej, że pozwoliłam się komuś do mnie zbliżyć. Wiem, jak przeżywał wszystko, co mnie spotkało. I pewnie czekał, aż zdecydujemy się na ślub i powiększanie rodziny. Ale ja nie myślałam o własnych dzieciach. To nie tak, że nie chciałam ich mieć z Sebastianem. Panicznie się bałam tej możliwości znów bycia w ciąży. Nie chciałam sobie niczego przypominać z tamtego okresu. I tych trudnych wyborów, jednego podpisu, który skończył wszystko związane z Niną.

– Jak się czujesz? – zapytał cicho. Popijał herbatę i patrzył na mnie. Oboje wiedzieliśmy, co się zbliżało. Pewnie miał nadzieję, że z roku na rok będę przeżywać wszystko słabiej. Nie znał do końca mojej przeszłości. Na to sobie nigdy nie pozwoliłam. Kiedyś pytał o to wszystko, ale nauczył się nie zadawać już pytań. To są rany, których nie powinno się rozdrapywać. Wiedział także o Ninie. Tego nie mogłam trzymać w tajemnicy. I zdawał sobie sprawę, jak to wszystko przeżywam. Każda matka tęskni za swoim dzieckiem. To ponoć normalne.

– Daję radę. – uśmiechnęłam się delikatnie i wtuliłam w jego ramiona. Pozwolił mi na to. – Nie chce mi się wierzyć, że Zuzia tak szybko rośnie.

– Może i my powinniśmy… – ale pocałowałam go tylko delikatnie w usta. Nie chciałam o tym rozmawiać. Kolejna ciąża nie naprawi żadnej krzywdy. Moja tęsknota za Niną nie zniknie tylko dlatego, że będę nosiła kolejne dziecko pod sercem. Nie wiem, czy bym to zniosła. Wciąż nie byłam na to gotowa. No i jak niby miałoby to wyglądać? Wciąż tylko ja utrzymuję wszystko z mojej pracy, a teraz czekają nas spore zmiany w firmie. Mogę stracić pracę i co wtedy się stanie? Ciąża nie jest odpowiednia na ten okres w naszym życiu.

– Wiesz dobrze, że nie możemy sobie na to pozwolić. A właśnie, jak szukanie pracy?

– Czekam na telefon z tamtej firmy, co to ostatnio u nich byłem na rozmowie.

– Sebastian, to już ponad tydzień. Może… może powinieneś poszukać jeszcze gdzieś? Najwyżej będziesz miał więcej możliwości wyboru.

– Tym razem czuję, że mnie zatrudnią. Fajnie nam się gadało. – skinęłam głową, bo co ja mogłam? Ostatnio też miał dobre przeczucie, a jednak nie zatrudnili go. Może tym razem? Mieliśmy pieniądze na przeżycie, choć coraz trudniej było odkładać na czarną godzinę. – I co, chcesz Zuzi kupić ten telefon? – wiem, że tym pytaniem chciał zmienić temat. Oboje nie chcieliśmy się znów kłócić o to, że od dwóch lat jest bezrobotny, tylko czasem, w okolicach świąt, zatrudnia się na zlecenie w firmie rozładunkowej, albo gdzieś w handlu do pomocy.

– Sama nie wiem. Po co jej teraz telefon? Albo komputer? Czy inne ustrojstwa? Wiem, że wszyscy wokół mają, ale… nie chcę, by potem całymi dniami siedziała z oczami utkwionymi w telefonie czy komputerze.

– Masz na oku coś innego? Zostało mało czasu.

– Kasia mi dziś powiedziała, że jej koleżance oszczeniła się suczka. Ponoć to mały kundelek, więc i szczeniaki nie będą duże. Kupili ponoć tą suczkę dla swoich dzieci, by nauczyły się odpowiedzialności. Jest bardzo przyjazna i tak sobie pomyślałam… Naprzeciwko jest park, a za kamienicą jest przecież podwórko. Zuzia mogłaby nauczyć się odpowiedzialności i dyscypliny.

– I niech zgadnę, przebije tym prezentem Jess, która ma jedynie różowy telefon, tak?

– Coś w ten deseń… – zaśmiałam się. Liczyłam jednak, że i Majka się zgodzi. Miałam w głowie już cały plan. Chciałam osobiście pojechać po szczeniaka i przywieźć go wprost na przyjęcie urodzinowe Zuzi. Taka niespodzianka. Prezenty od reszty gości byłyby otwierane po przyjęciu, więc można byłoby kupić całe wyposażenie dla psa.

Późnym wieczorem zadzwoniłam do Kasi z informacją, że biorę jednego szczeniaka. Postawię Majkę przed faktem dokonanym. Najwyżej pies będzie u nas, przecież Sebastian i tak nie pracuje, więc w ciągu dnia, gdy Zuzia będzie w szkole, to on będzie wyprowadzał psa na spacer. Przecież szczeniak nie powinien zostawać sam w domu. Kasia ucieszyła się i obiecała, że jutro da mi wszystkie namiary na właścicieli. Ja chyba też zaczynam się już tym wszystkim cieszyć. Zuzia nie może mieć rodzeństwa, to przynajmniej będzie miała psa. To jakieś rozwiązanie. A i Sebastian zajmujący się psem będzie miał trening przed dzieckiem, więc liczę cicho na to, że znudzi się mu ciągłe gadanie o tej jednej potrzebie. Zwłaszcza, jeśli zrozumie, że pies, jak i dziecko, wymagają sporej uwagi, a to oznacza, że mój partner nie będzie miał tyle czasu na granie w gry komputerowe. Ja widzę tu same plusy, a i u siebie samej widzę odrobinę uśmiechu, który tak dawno temu utraciłam.

Reklamy

1 komentarz do “EVER–Rozdział 2.2.

  1. Przyznam szczerze, że Seba nie wzbudził we mnie pozytywnych odczuć. Wydaje mi się leniem i darmozjadem, jakich wielu na tym świecie i zazwyczaj z winy rodziców taki element powstaje. Po prostu od małego trzeba gnać do roboty, a nie opłacać zakwaterowanie, studia, zabawę. Rozumiem, że trudno jest podjąć pracę poniżej swoich kwalifikacji, a to zazwyczaj takiej jest wiele, ale jak trzeba, to trzeba, bo wszystko kosztuje – utrzymanie (rachunki, jedzenie). Nie kupuję też teorii o bezrobociu, bo w moim mieście bezrobotnych się mnoży, a ogłoszenia o przyjęcie do pracy niemal wszędzie wiszą. Nie może chłopak znaleźć pracy w swoim zawodzie, to trudno, może podjąć się pracy na budowie, produkcji, jako kasjer, a w międzyczasie chodzić na rozmowy i szukać czegoś innego, czegoś lepszego. Obwiniam też jego dziewczynę, że mu pozwala na takie siedzenie w domu i jeszcze się z tego cieszy, bo „z pieskiem będzie miał kto wychodzić i kto się nim zajmować”. Ona to raczej powinna mu postawić ultimatum, ale niestety historia tej dwójki jest bardzo życiowa i wiele takich rodzin jest w realu, gdzie kobieta zapierdala, a facet robi doktorat ze skakania po kanałach, albo z gier RPG. Co do Zuzy to mam mieszane uczucie. Dziewczynka jest energiczna i nie sposób nie zapałać do niej sympatią, ale jednak wydaje się też mocno rozpuszczona i już widać, że rośnie z niej taki „mały Saba” co tylko chce brać, a o dawaniu od siebie nie pomyśli. Nie podoba mi się też to „chcę to co koleżanka”. Myślę, że świat jest na tyle brutalny, że powinniśmy uczyć dzieci iż zawsze będzie ktoś od nas biedniejszy, ale i ktoś bogatszy, ktoś brzydszy, ale i ładniejszy i że nie sposób jest wszystkich wyprzedzić, bo nawet wszystkich dogonić nie można. Co do telefonu, to jednak pomysł dobry, zwłaszcza, gdy rodzice pracują, bo dzięki temu mają kontakt z dzieckiem, które poniekąd musi i powinno radzić sobie samo. Zastanawia mnie też historia dziecka głównej bohaterki, swoją drogą podoba mi się imię Nina, nawet sam je w jednym opowiadaniu mam, tylko tam nosi je nastolatka, która nagle zaginęła. Co jednak tyczy się twojej Niny, to albo bohaterka ją oddała, albo dziecko zmarło po porodzie, albo dokonała świadomej aborcji.
    Pozdrawiam 😉

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s