LIBERIA II. Miasto krwi–Rozdział 37.1

NADIA OTWORZYŁA OCZY i uważnie przyjrzała się najpierw mojej twarzy, nim zeszła niżej. Warknęła, widząc zakrwawione nogawki. Krew już dawno wyschła, sprawiając, że spodnie stały się sztywne. Z pewnością także zapach mojej krwi podrażniał instynkty Zmiennych, ale nie przejmowałam się teraz tym za bardzo. Siedziałam oparta o przeźroczystą ścianę jej więzienia, czekając na jej przebudzenie. Dowiedziałam się, że zaaplikowano jej sporą dawkę nasenną, bo znów szalała w swej celi, pragnąc wyrwać się stąd za wszelką cenę. Nikt nie rozumiał jej zachowania. Przecież była taka spokojna, aż nagle zaczęła warczeć, chodzić szybko po całej długości celi. Patrzyła w sufit i głośno warczała, nim zaczęła swoje próby rozbicia ścian. Strażnicy nie czekali zbyt długo z reakcją, pewnie nauczeni doświadczeniem z wcześniejszych ataków, gdy Nadii udało się wydostać i skrzywdzić ich kolegów. Natychmiast zaaplikowali jej środki nasenne i zawiadomili Mistrza o zmianie zachowania. Co prawda Aker nadal się nie pojawił, ale wiem doskonale, że złożył fakty. Nadia reagowała na moje zmiany nastrojów, zwłaszcza na silne emocje. Byłam w siłowni. Rozwaliłam im sprzęt. Krwawiłam.

Teraz była spokojna. Dosłownie zczołgała się ze swojej leżanki i ułożyła się przy mnie. Dzieliła nas ściana, ale widać jej to nie przeszkadzało. Uśmiechnęłam się do niej delikatnie. Pragnęłam ją uspokoić i przeprosić. Z jakiegoś powodu to nie słowami chciałam to wyrazić. Potrzebowałam dać jej komfort, jaki dawano wcześniej mi. To nie ja potrzebowałam pocieszenia – to jej trzeba było go udzielić. Dodatkowo znów przeze mnie cierpiała. Ponownie podano jej środki tylko dlatego, bo ja nie potrafiłam nad sobą zapanować.

– Nadio, cofnij się do leżanki. – spojrzała na mnie pytającym wzrokiem. Nie rozumiała. – Natychmiast! – wywarczałam na tyle, by każdy w tym pomieszczeniu mógł wyczuć w moim głosie rozkaz. Dziewczyna natychmiast wycofała się i lekko urażona, ułożyła się w samym kącie swojej leżanki tak, by być ode mnie jak najdalej. Rozumiałam jej niechęć do mnie teraz. Nie wiedziała jednak, co planowałam.

Odwróciłam się do strażników i przyjrzałam się im uważnie. Typowi żołnierze, chociaż potrafiący sami reagować na zagrożenie. Tak, jak zrobili to wcześniej –najpierw działają, a potem informują. Było mi z tym na rękę.

– Otwórzcie na chwilę drzwi tak, bym mogła wejść. Ona nie opuści celi.

– Nie. Mistrz…

– Mistrza tu nie ma. Ona mi nic nie zrobi. Słucha moich rozkazów. – mężczyźni spojrzeli po sobie, ale widziałam niepewność w ich oczach. Z pewnością w innej sytuacji naradzaliby się, ale nie było czasu. Ich Mistrz przecież mógł pojawić się tu w każdej chwili. I z pewnością nie zezwoliłby mi wejść do niestabilnej Zmiennej. Jednak wiedziałam doskonale, że Nadia mnie nie zrani. Zabije każdego, kto mi zagrażał, albo zginie próbując, ale nie zrobi mi nic złego. Czułam jej ból, jej samotność. Oczywiście, sama zgodziła się na takie więzienie w obawie przed zabiciem wszystkich innych, ale to nie sprawia, że czuje się z tym lepiej. Żadna z nas nie była potworem. Zostałyśmy zmienione, wręcz zmutowane, bez naszej wiedzy i zgody. No, przynajmniej bez mojej wiedzy, bo ja te dziesięć lat przespałam, a Nadia była świadoma swojej klatki i tych potworności, które jej fundowali. Widziałam spojrzenie Gabe, gdy patrzył na nią. Żadne z nich nie chciało mówić o tym, co działo się w laboratorium. Pamiętam jednak doskonale, w jakim stanie ją znalazłam i co akurat jej robiono. Nawet nie chcę sobie wyobrażać horroru, jaki jej zafundowano, nim ja się obudziłam i ich uwolniłam.

– Nie wolno nam dopuścić, by kogoś zraniła. Zwłaszcza ciebie. – rozumiałam go doskonale. Był jednym z tych żołnierzy, którzy myśleli logicznie, działali a potem informowali. A ten żołnierz dowodził tym miejscem.

– Nadia się nie ruszy z tamtego miejsca ani na milimetr, dopóki mnie nie dotkniesz. Staniesz za mną z gotową bronią. Gdy drzwi się uchylą, wejdę tam, a ty szybko je zablokujesz. Nie dasz jej sposobności na wyjście. A mnie nie zrani. – uśmiechnęłam się do niego w najbardziej łagodny sposób. Zmierzył mnie wzrokiem.

Zrobiłam krok przez szczelinę. Tylko na tyle mi pozwolono. Drobna szczelina, przez którą musiałam się przecisnąć do celi. Na tyle mała, by zagrożenie nie opuściło tego miejsca. Dwóch żołnierzy stało za mną z wycelowaną bronią. Nadia jednak cicho warknęła, nie poruszając się. Czekała. Przecież wydałam jej rozkaz.

Poczułam delikatny powiew powietrza i cichy zatrzask, gdy drzwi w pełni zostały zamknięte. Dopiero teraz usiadłam przy ścianie z szeroko rozstawiony nogami. Usadowiłam się wygodniej i kiwnęłam głową w stronę mojej dawnej przyjaciółki. Nadia jednym, płynnym ruchem, znalazła się tuż przy mnie. Tuż przy mojej twarzy. Cicho warczała. Czułam jej oddech na swojej twarzy. Ale się nie poruszyłam. Wiedziałam doskonale, że nic mi nie grozi. Patrzyłam na nią jedynie z lekkim politowaniem i czekałam, aż skończy warczeniem wyrażać swoje niezadowolenie. Widziałam kątem oka dwóch żołnierzy, którzy po prostu stali na straży i czujnie obserwowali. Ich kule by się tu nie przebiły, a nim włączyliby jakikolwiek gaz, Nadia mogła już dawno mnie rozszarpać. Może dlatego stali tacy poddenerwowani. Spięci. Nie do końca wiedząc, co mają robić. Jednak to nie było moje zmartwienie. Uśmiechnęłam się do stworzenia przed sobą i pogłaskałam delikatnie po policzku. Widziałam całą grę mięśni, gdy to robiłam. Wciąż prychała niczym niezadowolona kotka, ale też układała się wygodnie przy mnie. Swoje ciało wsunęła pomiędzy moje nogi. Swoją twarz przyłożyła do mojej piersi. Zamknęła oczy i wydała głośne, długie westchnienie. Chyba jednak obie tego potrzebowałyśmy. Skinęłam głową do żołnierzy, by się uspokoili. Nie wiem, czy zmienni mogą paść na zawał, ale jeśli tak – ta dwójka była bardzo blisko tego stanu.

Objęłam Nadię. Dłonią bawiłam się jej włosami. Głaskałam, nawijałam na palce i lekko ciągnęłam od czasu do czasu. Swoją głowę oparłam o ścianę za mną. Odprężałam się cała. Mogłam nareszcie pomyśleć. Cokolwiek bym nie zrobiła, odbiłoby się to na Nadii i Hope. Gdzieś tam też jest przecież Sam. Z nim również powinnam się zobaczyć. Może przyłączy się do mojego małego stadka. Zwłaszcza, że nie ma już z nami Gabe. Najchętniej uciekłabym jak najdalej, ale nie mogłam zrobić tego sama. Byłam odpowiedzialna za swoich ludzi. A uciec z nimi także nie byłoby łatwo. Jeszcze jednej osobie się może by udało, ale czwórce?

Drugą sprawą jest miejsce, gdzie mielibyśmy się podziać. Ja nie znałam tej nowej Liberii, podobnie jak Nadia i Hope. Nasz świat dawno się rozpadł. Jedyną osobą, która znała wszystkie te miejsca w Osadzie, był Sam. Tylko, czy mogłam mu po tym wszystkim zaufać? Nie panował nad swoją naturą. Skrzywdził mnie i zrobiłby to ponownie. Był też żołnierzem mojego ojca – nie mam pewności, czy stanąłby po mojej stronie, czy także jest wysłannikiem Lamii. Z jego opowieści mogłam wywnioskować, że nie miał wyjścia. To oni zrobili z niego potwora. Z nas także, więc przynajmniej bestię mieliśmy wspólną.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s