LIBERIA II. Miasto krwi–Rozdział 36.1

ZOSTAŁAM PONOWNIE WEZWANA do gabinetu Mistrza. Tym razem jednak sama szłam z podniesioną głową, nie zwracając nadal uwagi na spojrzenia innych. No dobrze, widziałam je, ale chciałam udawać, że jestem silna i ponad to. Nie ja tu zdradziłam kogokolwiek. To ich tak cudowny Mistrz sprawił, że zwątpiłam we wszystko. Wiem, przesadzam teraz. Już od dłuższego czasu nie znałam swojego miejsca. Ludzie, którym niegdyś ufałam, teraz okazali się tak inni, praktycznie dla mnie obcy. Nie poznawałam otoczenia – nie tylko samej Liberii, tak zniszczonej przez walkę, ale także ludzi nadal tu przebywających. Ojciec zwariował, Aker z Sarą mają dziecko, nie wiem nawet czy reszta ludzi, których znałam, nadal żyją. Miałam nadal Nadię, która jednak jest bardziej zwierzęciem, niż człowiekiem. Cokolwiek jej zrobiono, słucha instynktów. Nawet nie chcę myśleć, co przeżyła przez te 10 lat, gdy ja byłam utrzymywana w śpiączce. Pytałam Gabe, ale nie chciał o tym rozmawiać. Teraz nie miałam nawet, jak z nim rozmawiać, bo straciłam go na zawsze. Pozostała mi również Hope. Nie mogłam od niej jednak wymagać, że pójdzie za mną, gdy tu odnalazła swoje miejsce.

Otworzono drzwi, a ja nadal dumna, weszłam do środka. Aker czekał na mnie z założonymi ramionami na swej klacie. Obserwował mnie czujnie, gdy podchodziłam bliżej jego biurka. Jednak nie był w stanie spotkać się z moim spojrzeniem, nadal bowiem patrzyłam nad nim na ścianę. Na wprost mojego wzroku. Nieruchomo. Nie wiem, czy patrząc mu w oczy kwiliłabym i płakała, czy chciała go zamordować. Wolałam nie ryzykować. Może, jak sama się z sobą uporam, będę w stanie nadal z nim rozmawiać.

– Zostawić nas. – jego głos był rozkazujący, surowy. Taki typowy w rozmowach z żołnierzami. Starałam się nawet nie drgnąć. Słyszałam, jak drzwi za moimi plecami się zamykają. Słyszałam skrzypienie lekkie fotela, na którym siedział Aker. Oraz nasze oddechy, spokojne, przypominające mi ciszę przed burzą. – Dziękuję, że przyszłaś. – jego ton złagodniał, a ja starałam się nie parsknąć śmiechem. Czy ja miałam wybór? Gdybym nie przyszła, przyciągnęliby mnie siłą. A wtedy Nadia znów zaczęłaby walczyć. Niepotrzebna walka, zbyteczny rozlew krwi. Nie zareagowałam jednak na te słowa, stojąc dalej na baczność, patrząc przed siebie wprost na ścianę. Czy powinnam tam coś namalować? Może tarczę strzelniczą i oczami trafiać w sam środek, gdzie mogłabym oczami wyobraźni przyklejać zdjęcia Akera i mojej siostry?

Aker obszedł biurko i przysiadł na blacie. Swoje nogi z pewnością wyciągnął przed siebie. Może nawet skrzyżował w kostkach? Pewnie gdybym nań zerknęła, wiedziałabym dokładniej. Wolałam jednak nie przerywać kontaktu ze ścianą.

– Doniesiono mi, że planujesz moją szybką śmierć.

– Nie wątpię, że tylko tyle ci doniesiono. – powiedziałam patrząc przed siebie, starając się, by głos był pozbawiony jakichkolwiek emocji.

– Musisz uważać, co mówisz i co mówi Nadia. Żołnierze nie są spokojni, zwłaszcza przy was. Nie potrzebujemy tu wewnętrznych walk.

– To była prywatna rozmowa pomiędzy mną, a moim stadem. Ja nie wtrącam się w to, co mówisz swoim żołnierzom.

– Twoje stado? – zapytał zaczepnie, ale słyszałam tam także pewien nieprzyjemny pomruk, jak gdyby nie do końca podobało mu się to, co usłyszał, ale próbował to zakryć humorem. – Teraz tworzysz swoje stado?

– Dobrze wiesz, że nie panujesz nad nimi. Gdyby nie Gabe, nigdy byś mnie nie odnalazł. Może nawet byś nie szukał, pewności przecież nie mam. Nad Nadią panuję tylko ja i Hope. Możesz poskramiać siłą, ale nigdy w pełni nie zapanujesz, Mistrzu. – to ostatnie powiedziałam najbardziej sarkastycznym tonem.

– Miro… i tak bym cię szukał… jak możesz w to wątpić?

– Poddałbyś się, gdyby tylko Lamia znów podrzuciła ci jakiś dowód mojej śmierci.

– Przemawia przez ciebie złość, rozumiem…

– Gówno rozumiesz. Kiedy ty posuwałeś moją siostrę, płodząc sobie dziecko, ja walczyłam o przetrwanie. Nadia przeżywała tortury. Hope ukrywała się, gdzie tylko mogła. A Gabe walczył, by nie zabić siebie i wszystkich wokół. Dziesięć lat tortur i zamknięcia, kiedy ciebie grzały kobiece ciała. Wybacz, że brak mi zaufania, czy ponownie byś mnie szukał. – wywarczałam. Pozwoliłam, by usłyszał w moim tonie całą moją złość, rozczarowanie i ból.

– Nie było cię dziesięć pieprzonych lat! – wykrzyczał mi prosto w twarz, stając milimetry ode mnie. Czułam uderzenie wydychanego powietrza, ciepło oddechu. Widziałam jego zmienione oczy, nad czym nie potrafił zapanować. – Opłakiwałem cię, Miro. Nawet nie wiesz, jak bardzo. Ale…

– Widziałam po twojej córce, jak bardzo. – warknął głośno. Poczułam dreszcz przeszywający moje ciało. Po chwili ogromny huk otoczył biuro. Drzwi się otworzyły i weszło dwóch żołnierzy w pełni gotowości.

– Wypierdalać! – szybko się cofnęli, gdy ich Mistrz wykrzyczał im rozkaz. Kątem oka zobaczyłam, jak próbuje zapanować nad częściową zmianą. Doprowadzony do furii. W ścianie za nim teraz było spore pęknięcie, a miejsce uderzenia oznaczone krwią. Stałam jednak nadal w tej samej pozycji, udając niewzruszenie. Nie mogłam mu pokazać, jak bardzo rani mnie nawet sama jego obecność. Byłam na niego skazana. Póki nie znajdę nowego domu dla mnie i mojego małego stada, musimy pozostać tutaj i zagryzając jakoś zęby, żyć nadal razem z żołnierzami, z Akerem. Hope się odnalazła. Nadia nie chcąc skrzywdzić nikogo dała się zamknąć w tamtej celi. Ale to ja najgorzej znosiłam pobyt tutaj. Musiałam przestać słuchać emocji, a działać logicznie, ze zdrowym rozsądkiem. No dobrze, wkurzanie Akera i wyprowadzanie go z równowagi nie było może rozsądne, ale jak mogłam się powstrzymać? Pragnęłam, by cierpiał. Z jednej strony to, co zrobiłam u Cioci M, bo tak nazwałam w myślach tę kobietę, brzydziło mnie. Jak mogłam oddać się obcemu mężczyźnie, pozwolić się prawie zapłodnić. A Aker to widział. Widział nas nagich, splecionych, pachnących seksem. Na samą myśl, było mi niedobrze. Z drugiej strony dobrze, że nas wówczas zastał. Szkoda, że nie wszedł, gdy się pieprzyliśmy. Chciałam patrzeć mu w oczy, gdy inny mężczyzna doprowadzał mnie do orgazmu. Pragnęłam widzieć jego ból w oczach. Sama sobie zaprzeczałam i nie potrafiłam tego zrozumieć. Chciałam, by cierpiał. Może dlatego pozwalałam sobie na wyprowadzanie go teraz z równowagi. Może dlatego starałam się być obojętna, nieczuła i taka formalna podczas rozmów z nim w gabinecie. Nigdy więcej nie pozwolić się zranić.

Czekałam jeszcze chwilę, by w pełni nad sobą zapanował. Był jak zranione zwierzę w klatce. Widziałam w jego oczach, jak ciężko znosił teraz przebywanie ze mną w tych czterech ścianach. Jak na niego działała moja obojętność. Potem sobie popłaczę, teraz musiałam być silna.

– Tak będziesz teraz ze mną rozmawiać? – zapytał szeptem. Dłonią szarpał włosy na głowie, nie patrzył na mnie, jak gdyby nie mógł widzieć tego muru, jaki usilnie budowałam między nami. Chciał żołnierza, to go dostanie.

– Nie rozumiem. – oznajmiłam, przyglądając się ścianie.

– Obojętna. Nieczuła… to nie jesteś ty… – milczałam. Nie wiedziałam, jak miałabym mu powiedzieć, że sobie ma za to podziękować. Ale nie dał mi nawet szansy na wymyślenie odpowiedzi.

W sekundę po tym, jak to powiedział, jego usta spotkały się z moimi. Drgnęłam i chciałam się odsunąć, ale po chwili przypomniałam sobie, że miałam być zimna. Patrzyłam w jego oczy, nadal siląc się na obojętność. Całował mnie. Delikatnie językiem wodził po moich wargach. Nie oddałam mu jednak pocałunku. Nie wpuściłam go do środka. Po prostu stałam i czekałam. Oplótł mnie ramionami, przyciskając mnie do siebie. Ale nie dostał ode mnie żadnej reakcji, poza oziębłością.

– Wybacz mi… błagam, wybacz… – wyszeptał w moje usta. Oparł swoje czoło o moje. Zamknął oczy. Czułam jego ogrom bólu, jakim teraz pachniał. Stałam jednak w tej samej pozycji, czekając.

Mam mu wybaczyć, że skrzywdził mnie na tylu poziomach?

Gdybym się do tego przyznała, moje mury by runęły i nie zostałoby ze mnie już nic. Zobaczyłby, jak bardzo mnie zranił. Jaka jestem w kawałkach, które tak usilnie próbuję teraz poskładać w całość.

Reklamy

1 komentarz do “LIBERIA II. Miasto krwi–Rozdział 36.1

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s