LIBERIA II. Miasto krwi–Rozdział 33.1

TRANSPORTER NA NAS już czekał. Mały oddział żołnierzy, który miał nam towarzyszyć. Hope nie opuszczała budynku. Chciałam, by z nami pojechała, ale stwierdziła, że nie może ryzykować. To Aker wytłumaczył, że w razie jakiekolwiek walki, Hope sobie nie poradzi, a utrata jej będzie dla nas bolesna. Źle się z tym czułam, bo dla mnie to niemal jak zamknięcie jej w więzieniu jednego budynku. Ona jednak twierdziła, że to dla jej dobra i dobrze jej z tym. Wychodzi czasem na spacer, ale zawsze dba o to, by była z odpowiednią obstawą. I nigdy, gdy ma jakieś złe przeczucie. Nie pozostało mi nic innego, jak zaakceptować jej wybór. A teraz siedziałam w transporterze. Naprzeciwko żołnierze, część z nich pamiętam z mojej ewakuacji od Bena. Nie patrzyli na mnie z nienawiścią, za co byłam im wdzięczna. Raczej z ciekawością, gdyż bardzo mocno ściskałam dłoń ich Mistrza. Nie potrafiłam jednak nad tym zapanować, a potrzebowałam poczuć wsparcie. Miałam za chwile przekonać się, jak naprawdę żyją ludzie, którzy nie chcieli walczyć. Miałam zobaczyć się z siostrą, która już opłakała moją śmierć i musiała sobie radzić z nienawiścią Bena, a teraz miała poznać prawdę.

Aker przesunął kciukiem po mojej wewnętrznej stronie nadgarstka. Puls natychmiast oszalał. Widziałam, jak lekko uśmiechnął się w kąciku. Prawie niedostrzegalnie. Nasze palce były splecione, choć moje praktycznie białe od zaciskania. Zapewne będzie miał odbite moje paznokcie. Cieszyłam się, że nie wysunęły mi się szpony, bo mogłoby go to bardziej zaboleć, a nie potrzebowaliśmy rozlewu krwi. Nie chciałam go znów zranić. Wystarczyła mi świadomość, że już go zaatakowałam na oczach wszystkich. Krwawił. Do dziś ma czerwone ślady na ukos przez klatkę piersiową. Powiedział mi, że to nic takiego i ślady znikną, ale ja o nich będę pamiętać. Mogłam go przecież bardziej zranić. Mogłam się na niego rzucić tak, jak na Mieszańców. Czy wówczas inny by mnie zabili? Potraktowali jak wroga? Czy potrafiłby nade mną zapanować sam, czy potrzebowałby do tego broni i swoich żołnierzy? Nie chciałam o tym teraz myśleć. Nie w drodze na spotkanie ze swoja siostrą i tymi wszystkimi ludźmi.

Podjechaliśmy pod ogromne ogrodzenie. Nawet z transportera czułam delikatne szczypanie prądu w powietrzu, co oznaczało, że całe ogrodzenie jest pod wysokim napięciem. Musieli wytwarzać ogromne pokłady energii, skoro stać ich było na zasilanie tego ogrodzenia. Widziałam, jak żyją ludzie w Liberii. Nigdzie nie było prądu, a tu było go pod dostatkiem. Żołnierze wstali i wysiedli. Aker pociągnął mnie za sobą na zewnątrz. Musieliśmy przejść przez specjalne wejście, a transporter przejechał innym wejściem. Pilnowali, byśmy nikogo nie wprowadzili niechcianego? Wciąż musiałam sobie przypominać, że trwa wojna i takie zachowanie, te wszystkie środki ostrożności były bardzo potrzebne. Przecież Ben mógł wprowadzić tu swoich ludzi, swoje bestie i próbować rozwalić wszystko od środka. Przeszył mnie nieprzyjemny dreszcz. Aker jednak ścisnął moją dłoń mocniej, odganiając złe myśli.

Pozwolono nam po chwili znów wsiąść do transportera i ruszyliśmy dalej w drogę. Okazało się, że to dopiero pierwsza przeprawa, a kilka jeszcze było ich przed nami. Mijaliśmy połacie ziemi rolnej, pilnowanej przez żołnierzy. Patrzyłam przez małe lufciki na ludzi pracujących na roli. Mogło to wyglądać na niewolnicza pracę, bo przecież oni pracowali, a żołnierze w pełnym uzbrojeniu chodzili wokół nich, wyznaczonymi ścieżkami. Ale miałam świadomość, że przecież musieli ich pilnować, bo człowiek nie ma szans na obronę z Mieszańcem.

Kolejne kontrole odkrywały jedynie następne tereny zajmowane i uprawiane przez ludzi. Widziałam jeziorko zapewne z rybami. Widziałam kolejne rolnicze tereny i małe dziwne wiatraki, zapewne jako dostarczyciele energii. Aker wytłumaczył mi po drodze, że są celowo postawione w dalszej odległości, bo tak można je bardziej chronić przed najeźdźcami. Pokazywał mi podczas jazdy poszczególne tereny i opowiadał, co się tu uprawia, dzięki czemu nie tylko ludzie tutaj mają pożywienie, ale także my i inni żołnierze. Ci ludzie wiedzieli, że pracują dla utrzymania siebie i swych obrońców. Godzili się na to. Tutaj, w Osadach ludzkich każdy miał jakąś prace. Każdy mieszkaniec miał przypisane jakieś zadanie do wykonania. Nie dostawali za to wynagrodzenia, bo zresztą teraz kartami płatniczymi i tak by nic nie zrobili. Tutaj pracowało się dla ogółu. Jeśli rolnicy się zbuntują, ani mieszkańcy tutejszej Osady, ani żołnierze chroniący nie będą mieli pożywienia, podobnie jak sami rolnicy. Każdy więc odpowiadał za jakąś ważną część przetrwania. Nawet, jak powiedział mi Aker, zarządca tego miejsca, pracował także fizycznie, a nie jedynie siedział wygodnie za stołkiem. To mi się akurat podobało. Wszyscy sobie równi – dziwnie brzmi, ale takie odnosiłam wrażenie. Gdzie zatem tu haczyk? Nie wierzyłam w taka utopię. Zbyt piękne, by w ogóle mogło być prawdziwe. Jednak nie chciałam o to pytać Akera, bo wiem, że popsułabym nastrój moja podejrzliwością. Zostawiłam ją dla siebie i zapragnęłam odkryć tą złą stronę tego przedsięwzięcia. Nagle doszło do mnie, jak bardzo Liberia stała się podzielona. Zamknięte, osobne miasta wewnątrz jednego dużego. Ludzie, którzy nie przyłącza się do planu Akera zostają na zewnątrz – nie chronieni i bez dostępu do wody oraz pożywienia. Czy to miało ich zmusić jednak do posłuszeństwa dla Zmiennych? Nie pozostawało miejsca dla ludzi chcących zachować swoją neutralność. Albo człowiek popierał ruch Bena, albo Akera. Inaczej pozostawiony sam sobie, umierał. Zatem nie było tak naprawdę wyboru.

Spojrzałam jeszcze raz przez lufcik patrząc inaczej na tych ludzi. Być może część od razu chciała się przyłączyć do Akera, ale z pewnością sporą część przymusiła do tego sytuacja. Oni nie mieli wyboru. A teraz musieli pracować tutaj, na rzecz Zmiennych. Nie było to uczciwe. Chciałabym żyć w miejscu, gdzie ludzie sami faktycznie wierzą w to, co robią. Pracują na samych siebie. Czy istnieje gdziekolwiek jeszcze takie miejsce, gdzie człowiek czy bestia mogą czuć się naprawdę wolne?

Dojechaliśmy na miejsce. Pierwsze domki, jakie zobaczyłam były z drewna. Wyglądały jak takie malutkie chałupki. Aker wytłumaczył, że tu pracują rolnicy i rybiarze. Potrzebują mieć jak najbliżej do pracy, a i często robiąc przetwory z uzyskanych środków, muszą mieć dostęp do terenu. Mają tu także hodowlę zwierząt, ale ona jest z drugiej strony Osady, by zwierzęta nie zniszczyły roślinności uprawianej do spożycia. Rozumiałam to doskonale. Po drugiej strony zatem są takie same domki, połacie zieleni, na której wędruje bydło.

Dalej domki zmieniały się w bardziej stabilne. Mieszkali tu już ludzie przetwarzający mięso, skóry, ryby. Podstawowe zawody, ale nie wymagające już przestrzeni, jaką widziałam wcześniej. I tu Aker powiedział, że stworzono odrębne miejsce, gdzie znajdują się małe fabryki dla tych ludzi. Tam tworzą nie tylko broń, ale również ubrania. Są specjalne pralnie. A nawet bimbrownia. Transporter zatrzymał się na ubitej ciemnej ziemi, uchodzącej pewno za parking. Wysiedliśmy i resztę drogi mieliśmy przebyć już na piechotę. Jak mi powiedziano, tylko do tej części i do fabryk jest dojazd, reszta to jedynie wąskie uliczki, po których wszyscy chodzą. Są specjalnie stworzone ścieżki dla ludzi ciągnących wózki z towarami, a inne dla ludzi po prostu spacerujących. To naprawdę wyglądało mi na osobne miasto stworzone wewnątrz Liberii. Rozglądałam się i chłonęłam każdy element tego miejsca. Każdą budowlę, mijających ludzi zerkających na nas z ciekawością. Nie trzymaliśmy się już z Akerem za ręce, ale nadal szliśmy blisko siebie, stykając się ramionami, ocierając się o siebie przy każdym kroku. Co dziwne, ta bliskość dodawała mi otuchy. Czułam się z nim bezpieczna. Wiedziałam, że mnie obroni, choć sama pewnie też bym to potrafiła zrobić. Czasem jednak dobrze poczuć się po prostu małą kobietką, a mężczyźnie pozwolić o siebie zadbać. Wcześniej nie rozumiałam tego, teraz jednak nabrało to sensu. Czułam emocje Akera, gdy opowiadał mi z przejęciem o tym miejscu. Cieszył się tym, co stworzył. Nie było w tym dumy jako takiej. A jedynie radość i wiara, że faktycznie pomaga tym ludziom.

– Tu, na przykład, ludzie stworzyli sobie jedną z trzech gospód funkcjonujących w tym ośrodku. Tu spotykają się wszyscy wieczorami i po prostu spędzają czas. Przy okazji próbują nowych smaków alkoholu tworzonego w tutejszej fabryce. – rozumiałam ideę tworzenia gospód. Ludzie potrzebowali relaksu po ciężkim dniu pracy. Potrzebowali spotkania się z innymi, rozmowy, spędzenia czasu, relaksu przy odrobinie alkoholu.

– Czyli skoro macie tutaj gospody, to pewnie istnieje także burdel, co? – to sprawiło, że żołnierz za mną parsknął śmiechem. Wystarczyło jednak surowe spojrzenie Akera, by żołnierz stłumił swój wybuch i szedł dalej za nami cicho.

– To naturalne i tak, posiadamy tutaj dwa burdele, jak to nazwałaś. Staramy się dbać o każdą potrzebę. Uprzedzając jednak twoje kolejne pytanie, mogą z tego miejsca korzystać wszyscy, bez różnicy, jaki to gatunek. Obie strony jednak muszą wyrazić na to zgodę. I istnieje całkowity zakaz gryzienia oraz przemiany… w trakcie. – uśmiechnęłam się na tę odpowiedź. Skąd on wiedział, że zaraz zapytam o żołnierzy? Sądziłam raczej, że mają osobny dom publicznych uciech. Wygląda jednak na to, że tutaj robią wszystko… hmm… wspólnie.

Doszliśmy do placu, na którym posadzono trochę roślinności, pachnące kwiaty utrzymane w doskonałej kondycji i nawet mała fontanna z ciosanego drewna. Postawiono tutaj także ławki, by spacerowicze mogli przysiąść i odpocząć. Rozejrzałam się po tym miejscu. Było tu kolorowo i po prostu przepięknie. Na lewo ode mnie stał wymurowany budynek o kanarkowym kolorze.

– Tutaj pracuje i mieszka zarządca tego Ośrodka. Mieszka od tyłu i prawie zawsze można do niego pójść. Jeśli go nie ma, interesantów obsługuje jego żona. Ludzie przychodzą tutaj z pomysłami, skargami. Tutaj też kierowani są nowoprzybyli. Zarządca rozmawia z nimi i przypisuje ich do konkretnych robót oraz mieszkań. Tutaj także spotykają się ze mną. Ostatnio mieliśmy zebranie z mieszkańcami, bowiem jest im już… zbyt ciasno. Musimy rozbudować Ośrodek, bo przybyło nam trochę nowych i nie mają, gdzie się wprowadzić. Pojedynczą osobę łatwiej jest ulokować w jakieś rodzinie, ale jak jest już nowa rodzina, potrzebują wówczas całego lokum dla siebie, a takich zaczyna nam już brakować.

– Nie wiedziałam, że wciąż wiele osób przybywa.

– Owszem. To są osoby, które do tej pory żyły w Liberii, ale nie chcą już pracować w pojedynkę i chcą spokojnego życia dla swoich rodzin. To także ludzie żyjący dotąd w tunelach z twoim ojcem. Mamy dla nich trochę kwater, ale będziemy musieli wybudować więcej w stronę fabryk, by nie zabierać sobie terenu rolniczego.

– A co, jeśli przybędzie ich jeszcze więcej? Nie boisz się, że zabraknie w końcu miejsca dla wszystkich?

– Nie. Wtedy zbudujemy kolejny ośrodek i przeniesiemy część stąd do nowego miejsca, by pomogli budować wszystko od początku. Chodźmy do szpitala. – i skierował mnie na prawo, do budynku wymalowanego na soczysty zieleń. Uśmiechnęłam się na widok tych cudownie żywych kolorów budynków. Jakie to było inne od wyglądu Liberii. Przed tą całą wojną wszystko było takie szare, pozbawione głębi, a po wojnie stało się czarne, osmalone, zniszczone. Najwyraźniej ludzie pragnęli czegoś dobrze się kojarzącego. O nasyconych barwach, by rozjaśniło im każdy dzień. Nabrało koloru. Sama chłonęłam te jaskrawe kolory. Chociaż po chwili zaczęło mi się to kojarzyć z wizytą w barwnej posesji Lamii. Ona także kochała kolory i nie bała się stosować ich we wszystkim. Czy nadal to robi?

Weszliśmy przez wielkie, uchylne drzwi. Zaraz za nimi stało dwóch postawnych, w pełnym uzbrojeniu żołnierzy. Przywitali się lekkim skłonem z Akerem. Na mnie jedynie spojrzeli, ale nie komentowali. Czułam stąd już zapach środków do dezynfekcji, które podrażniały mi nos. Hope nie używała ich aż w tej ilości, dzięki czemu nie był aż tak drażniący. Tutaj widać zajmował się tym człowiek, bo żaden zmienny nie pozwoliłby na taka ilość środków. Kichnęłam, czym wywołałam cichy śmiech żołnierzy. Jak oni mogli to znosić? Czy można się do tego przyzwyczaić?

– Panie Aker! – nagle patrzyłam jak zza lady wybiega blondynka i biuście, którym mogłaby zabić. Biegła wprost na Akera i w jego ramiona. – Tak bardzo się cieszę, że przyjechałeś… znaczy się pan przyjechał. – tak słodko się zaczerwieniła. Objęła go mocno i przytuliła. Mężczyzna spojrzał na mnie dziwnie zażenowany nad jej głową. Początkowo patrzyłam na to z podniesionymi brwiami, teraz jednak sytuacja wydała mi się całkiem zabawna. Od kiedy Aker ma ludzkie wielbicielki i czuje się z tym zażenowany? – Mam nadzieję, że nic się nie stało i tylko tak pan nas odwiedza. Zaraz mogę oprowadzić po nowych salach, które dopiero oddaliśmy do użytku dla nowych. Pani doktor będzie wolna za jakieś dziesięć minut, więc jestem do pana pełnej dyspozycji. – czy tylko ja usłyszałam podteksty tej wypowiedzi? Ściskała Akera tak mocno, rozpłaszczając obfity biust na jego torsie. Mrugała tak szybko, jakby coś miała w oku. Ilość kosmetyków naładowanych na twarz sprawiło, że zastanawiałam się, jakim cudem potrafi wywołać jakąkolwiek mimikę swej twarzy i czym ona to ściąga? Nigdy nie byłam do przodu z nowinkami w kosmetyce i malowałam się jedynie na spotkania umówione przez mojego ex narzeczonego, ale teraz? Nawet nie pomyślałam o tym, by się upiększać. A co, jeśli Aker lubi takie zadbane kokietki? Nie, zdecydowanie na takiego nie wyglądał. I wcale nie przeszkadzała mi ta panna. Przynajmniej do czasu, gdyby Aker okazał jej jakieś względy. Wówczas mogłoby się to skończyć dość krwawo. Teraz jedynie widziałam w tym zabawę, niemal jak ze szczeniaczkiem.

– Dziękujemy. Z chęcią rozejrzymy się po nowych salach do czasu, aż pani doktor znajdzie dla nas czas. Nie chcielibyśmy i pani przeszkadzać w pracy.

– Ależ nie szkodzi, naprawdę. – machnęła ręką, jak gdyby jej obowiązki pielęgniarki nie miały teraz znaczenia. No fakt, są priorytety, a dla niej widać był nim Aker.

– Rozejrzę się. – i po prostu poszłam korytarzem na wprost. Nie mogłam czekać na reakcję, bo wiem, że samą by mnie nie puścił. Z drugiej strony dreptałaby za nami napalona pielęgniarka. A ja chciałam sama zdobyć informację o tym miejscu. Gdzieś tu była moja siostra. Nie potrzebowałam Akera i jakieś pani doktor, by dostać się do Lisy. Chciałam ją znaleźć, ale i zobaczyć tych tutejszych pacjentów.

Reklamy

1 komentarz do “LIBERIA II. Miasto krwi–Rozdział 33.1

  1. Obraz nowego świata w Liberii, wręcz odrodzonego pod wodzą Akera wygląda wspaniale, sielsko i bezkonfliktowo. Niestety znając ludzkie charaktery zawsze znajdzie się jakaś kanalia, która będzie siać zamęt, prędzej czy później. Niestety jesteśmy chciwi, motorem takich działań zawsze były pieniądze, władza.
    Jak zawsze spragniona Twojego pióra, czekam i wyglądam następnych rozdziałów. Nie wiem czemu ale temat wilkołaków czy zmiennokształtnych zawsze mnie wciągał, widzę, że Ciebie ta fascynacja także nie ominęła na moje szczęście:-) Pozdrawiam i życzę Ci zdrowych, spokojnych Świąt Wielkanocnych, smacznego jajka, mokrego dyngusa i kicającego zajączka:-)

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s