LIBERIA II. Miasto krwi–Rozdział 31

WSZYSTKO WYDAWAŁO SIĘ MI BYĆ SNEM, a ja byłam jak gdyby poza tym wszystkim. Nie wiem, jak znalazłam się w punkcie medycznym, a potem zostałam przeniesiona do pokoju Akera. Nie wiem, ile czasu minęło, aż przyszło po mnie dwóch żołnierzy i zabrali mnie nad rzekę, gdzie odbywało się ostatnie pożegnanie zarówno Gabe, jak i pozostałych żołnierzy. Było to wszystko symboliczne, bo nie każdego udało się odnaleźć. Wiedzieliśmy jednak, kto z nami nie wrócił, a Aker uznał ich za martwych wierząc, że nie uciekli.

Pamiętam siebie, stojącą w pierwszym rzędzie przy stosie Gabe. Patrzyłam, jak mężczyzna z pochodnią podchodzi do stosu i go podpala. Jak płomienie zaczynają lizać każde drewno i ciało pokryte białymi prześcieradłami i okryte specjalnymi maskującymi kadzidłami, by zatrzeć nieprzyjemny zapach śmierci. Widziałam też niedaleko siebie Hope, płaczącą i tulącą się do każdego, kto oferował jej swoje ramię. Ale ja nie czułam zupełnie niczego. Nie potrzebowałam oparcia, przekazu ciepła, nie potrzebowałam tak naprawdę niczego. Nie mogłam dojść, ile nawet czasu tu stoimy. Powinnam coś czuć, prawda?

Nie rozumiałam, dlaczego stoją tu wszyscy ci żołnierze, którzy nawet nie lubili mojego przyjaciela. Część, spora nawet, chciała go zamknąć pod kluczem i badać. Bano się go. Wytykano palcami. Ale teraz przyszli tutaj, by go pożegnać. Czy dostali taki rozkaz, czy jednak ruszyło ich sumienie? Ponoć Gabe ostatnio uratował wielu żołnierzy, sam rozprawiając się z Mieszańcami. Czy oni też zawdzięczali mu życie?

Nikt ze mną nie rozmawiał. I dobrze. Nie mieliśmy sobie nic do powiedzenia. Zresztą odkąd zabiłam ich kolegę, przyjaciela, nie byłam wśród nich mile widziana.

Hope podeszła do mnie i się przytuliła. Jednak stałam po prostu i pozwoliłam, by się wypłakała. Patrzyłam przed siebie. Czułam jej ramiona, którymi najpierw mnie obejmowała, potem potrząsała. Po chwili poczułam pieczenie na policzku. Uderzyła mnie. Spojrzałam na jej zapłakaną twarz.

– Czuj, do cholery! – ale nie reagowałam. Czułam ciepło policzka. Widziałam ją. Czułam jej dłonie trzymające teraz moje. Ale wewnątrz siebie była jedynie pustka.

Odeszła. I dobrze. Nie potrzebowałam jej. Nie potrzebowałam nikogo. Chciałam wrócić na siłownię, gdzie znów będę mogła spalić to wszystko, co we mnie siedzi. To było jedyne miejsce, gdzie mogłam w pełni wyrzucić z siebie wszystko nie bojąc się, że znów kogoś skrzywdzę. Aker nie komentował na szczęście mojego upodobania do niszczenia sprzętów i po cichu kazał je wymieniać. Moje kostki i piszczele bardzo często też krwawiły od licznych uderzeń. Na szczęście, dzięki mojej bestii, leczyłam się na tyle szybko, by na drugi dzień móc znów wyrzucić z siebie gniew. Moja bestia także czekała w ciszy, jak gdyby zbierała energię na dalszą walkę. Obie zresztą czekałyśmy na rozkaz opuszczenia kwater i oddaniu się walce. Tego mi właśnie było trzeba.

Tego dnia wstałam bardziej ospała niż zwykle. Leżałam dość długo na łóżku czekając na to, aż będę w stanie się ruszyć i zacząć swój kolejny dzień. Tak samo zresztą jak każdy poprzedni. Czy tak ma teraz wyglądać moje życie? Pobudka, prysznic, śniadanie, ubranie się, siłownia, popatrzenie na wszystko i potem sen? Nic mnie nie czeka. Poza walką. Niech Mieszańcy zapłacą za to, co zrobili Gabe. Niech mój ojciec i Lamia zapłacą za to, co zrobili Samowi i reszcie swoich ludzi. Wciąż pamiętam te biedne kobiety, okaleczone na całe życie, nienawidzące nie tylko samych mężczyzn, ale zarówno Mieszańców, jak i Zmiennych. Czy Ben naprawdę aż tak się zatracił w swojej walce, w swojej prywatnej nienawiści do Zmiennych? Skoro ich tak nienawidzi, to jakim cudem może współpracować z Mieszańcami, z Lamią. Nie rozumiałam tego wszystkiego. Nie poznawałam go, ani nikogo wokół mnie. Każdego dnia żałowałam, że obudziłam się w tamtym laboratorium i nie pozwoliłam się zabić.

Wyszłam spod prysznica i ubrałam swoje codzienne ubranie – rozciągnięta bluza okrywająca tylko jedno ramię, pod nią ciemna bojówka oraz do tego spodnie dresowe, które coraz mocniej musiałam ściskać w pasie. W salonie czekał na mnie Aker, popijając świeżo zaparzoną kawę. Zdziwiłam się, bo ostatnio dość rzadko się widywaliśmy. Wychodziłam z sypialni mając pewność, że go już nie było. Nawet nie wiem, gdzie spał do tej pory, gdzie spędzał swe noce, bo z pewnością nie w swojej sypialni, którą zajmowałam tylko ja. Spojrzał na mnie i kiwnął głową, po czym pokazał ręką miejsce naprzeciwko siebie. Czy miałam jakieś wyjście?

Usiadłam na krześle, nawet nie patrząc mu w oczy. Stół był zastawiony dla naszej dwójki. Jego czysty talerz mógł oznaczać, że czekał na mnie. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz zjedliśmy wspólne śniadanie. Po powrocie od ojca jadłam sama, siedząc na szafce. Nabrałam więcej powietrza, by dodać sobie więcej odwagi do tego, co mnie czekało. Aker nalał mi kawę i podał. Cisza aż cięła, a ja zaczynałam coraz bardziej się tym denerwować. Kręciłam się na krześle nie wiedząc do końca, czego ode mnie chciał. Wiedziałam, że czekała nas poważna rozmowa, ale dlaczego akurat teraz? Nie mógł jeszcze trochę poczekać? Z drugiej strony nie było sensu czekać, bo niby na co. Sytuacja się nie zmieniała, a z pewnością nie zmieniłaby się na nic lepszego – tak podejrzewam.

– Jedz. – powiedział swoim rozkazującym głosem. Już miałam coś powiedzieć, zareagować buntowniczo, jak to zwykle robiłam, ale moje ciało nie słuchało. Skuliłam się i sięgnęłam po jedzenie, nakładając sobie odrobinę na swój talerz. Wciąż nie miałam odwagi na niego spojrzeć bojąc się tego, co mogę zobaczyć w jego oczach. Nie zamknął mnie w swych pokojach, pozwalał chodzić luźno po całym ośrodku, w poczuciu swobody i wolności. Ale wiedziałam, że śledzą mnie kamery. Żołnierze pilnujący porządku często zostali przyłapani na obserwowaniu mnie, czy wręcz chodzeniu za mną. Nie uciekałam, nie miałam takiego zamiaru. Tu byłam bezpieczniejsza i mniej się bałam niż w tunelach mojego ojca. Ben mnie zamknął w swym lochu, Aker pozwalał w miarę swobodnie się poruszać. A mimo to czułam, że nie do końca dawał mi wolność. A po tym, jak zabiłam jednego z jego żołnierzy, nie był z pewnością do mnie przychylnie nastawiony. Chronił mnie przed innymi, czy sam się obawiał? Bałam się spojrzeć mu w oczy i zobaczyć wstręt lub niechęć do mnie. Sama czułam się potworem, a zatem i on musiał mnie za taką uważać. – Smakuje?

– Tak, dziękuję. – powiedziałam cicho, grzebiąc w jedzeniu bez przekonania. – Ty nie jesz? – zapytałam cicho, bo nie stać mnie było na nic mocniejszego. Nie przy nim.

– Zjem. – mogłabym się założyć, że do jego głosu wdarło się rozbawienie. Minimalne, ale zawsze to już jakieś pozytywne odczucie. Pozwoliłam sobie szybko zerknąć w górę. Siedział wciąż z filiżanką przy ustach i czujnie mnie obserwował. Na twarzy jednak miał nałożoną dobrze sobie już znana maskę, przez którą nie byłam w stanie odczytać jego prawdziwych emocji, czy zamiarów. Siedział po prostu ze mną przy śniadaniu i pozwalał, bym się stresowała tym, co nas czekało. Oboje wiedzieliśmy, że potrzebowaliśmy rozmowy zarówno o moim ojcu, tym co się tam działo, jak i o nas, mojej ucieczce i tym, dlaczego to zrobiłam. Wiedziałam, że taka rozmowa oczyściłaby atmosferę, a i wiele byśmy zrozumieli. Ale jak miałabym mu wszystko wytłumaczyć – wszystkie moje obawy, lęki, a nawet fakt, że moje ciało tak wiele razy mnie zdradza. Bałam się, że gdy już wszystko wyjaśnię, stracę całkowicie w jego oczach. – Jak się dziś czujesz? – podskoczyłam na ten głos. Tak zajęłam się swoimi przemyśleniami, że zapomniałam o wszystkim innym. Przełknęłam ślinę przez wyschnięte gardło. Miałam wrażenie, że mój język jest niczym wióry. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak się bałam i nawet do końca nie wiedziałam czego.

– Dobrze. – wyszeptałam, dalej grzebiąc w jedzeniu. Wszystko było lepsze, niż patrzenie na niego. Czułam jego energię wokół. Jego złość. Na mnie?

– Skoro już nie jesz, a jedynie się bawisz… to może byś mi parę rzeczy wytłumaczyła? – odłożył swoja filiżankę i patrzył na mnie uważnie, z rękoma założonymi na klacie. Drżałam z nerwów. Odsunęłam od siebie jedzenie. Ręce mocno zacisnęłam w pięści, czując drobinki bólu. To właśnie ból sprawiał, że panika odchodziła. To jedyne, co czułam – ból, panikę, strach, obawy. I choć czułam się tu bezpieczna, nie czułam się już w tym miejscu pewna. Zabiłam żołnierza tylko dlatego, że byłam zła. Nie zagrażał mi, wręcz podarował wybawczą śmierć dla mojego przyjaciela. Ale zabiłam go, bo byłam zła, bo to on strzelił, nie ja. Dlaczego nie pomyślałam o tym, by uratować w ten sposób Gabe? Biegłam do niego, ale nie dałam mu tego, czego potrzebował w tym momencie najbardziej. Przecież z takimi obrażeniami mógł nie dożyć kolejnego dnia. Umierałby w męczarniach, bo ja nie potrafiłam dać mu wybawienia. Stchórzyłam słuchając swoich potrzeb, a nie patrząc na to, co chcieli inni. Tamten żołnierz powinien dostać ode mnie podziękowanie, a nie śmierć. Przynajmniej dałam mu ją szybko i w miarę bezboleśnie. Pewnie był w zbyt dużym szoku, by zrozumieć, co właśnie się stało.

– Co chcesz wiedzieć? – wciąż szeptałam, bojąc się powiedzieć coś głośno. Teraz wolałam uciec do siłowni i walczyć z workami treningowymi, manekinami, niż siedzieć tutaj i czekać na reakcję Akera.

– Na początek… dlaczego uciekłaś. – jego głos stał się cieplejszy, niższy, ale czułam w nim ból. Próbował go pohamować, ale zbyt dobrze znałam jego brzmienie, by dać się oszukać. Może nawet na tę jedną chwilę zgubił swoją nieczułą maskę, czego ja nie byłam w stanie zobaczyć, wciąż patrząc w dół na swoje zaciśnięte ręce leżące na kolanach. Widziałam jak pazury przecinają skórę. Jak krew podchodzi do ran, lekko zabarwiając moje pięści. Ale ten ból sprawiał, że byłam w stanie to znieść.

– Ja…. – Aker zerwał się z krzesła. Krzyknęłam przestraszona, ale on już mnie trzymał, rozwierając moje pięści. Warczał cicho zły, co sprawiało, że kuliłam się jeszcze bardziej.

– Dlaczego się mnie boisz?

– Nie ciebie.

– Czuję twój ból, twój strach i teraz też twoją krew.

– Jak możesz mnie dotykać? Jestem potworem… – Aker tylko mnie mocno objął i przytulił do siebie. Nie chciałam tego, ale nie potrafiłam mu tego powiedzieć. Nie rozumiałam, dlaczego tak się go bałam, przecież wiedziałam, że nic złego mi nie zrobi. Nawet moja bestia chciała kłaść się przed nim i odkrywać brzuch, odkrywać szyję i płaszczyć się pod jego nogami.

– Maleństwo…. – po chwili siedzieliśmy już na sofie. Aker wciąż mnie trzymał na kolanach, tuląc do siebie i pozwalając siebie chłonąć. Ale ja myślałam tylko o tym, by uciec. – Czuję twoje poddaństwo. Co się z tobą dzieje?

– Ja…

– Nie jesteś potworem, czy to jasne? I żebyś mi więcej takich głupot nie opowiadała.

– Jestem. Zabiłam…

– Bo musiałaś. – przerwał mi z warczeniem w głosie.

– Żołnierza też? Wiemy doskonale, że nie musiałam.

– Nie panowałaś nad sobą. I wiesz to przecież. Nie byłaś w stanie się zatrzymać.

– Ciebie też chciałam skrzywdzić. – wyszeptałam, przypominając sobie jego poranioną klatkę piersiową. Gdyby wówczas nie odskoczył ode mnie, mogłoby się to skończyć znacznie gorzej. W tym jednym przypadku miał rację, nie panowałam w pełni nad sobą. Chciałam pomścić śmierć przyjaciela. Wyrzucić z siebie cały ten ból i gniew, całą nienawiść. Aker nie powinien wówczas do mnie podchodzić. Nikt nie powinien do czasu, aż ostatnia bestia nie zdechłaby pod moimi stopami.

– Co widziałaś w tamtym lesie? – skuliłam się jeszcze bardziej. Nie chciałam mówić o Starcu, którego widziałam już po raz drugi w tak niedalekim czasie. Był zwiastunem śmierci, podobnie jak jego kruki. Czy ktokolwiek by zrozumiał to, co widziałam? Wtedy mnie nie słuchali. Pewnie sądzili, że coś mi się poprzestawiało. Chociaż może właśnie po tym, co stało się później, teraz by mi uwierzyli.

– Nie chcę rozmawiać. – powiedziałam cicho i wtuliłam się w niego bardziej licząc, że przestanie pytać. Wiem, że powinniśmy o tym wszystkim porozmawiać, ale nie chciałam. Za bardzo się wszystkiego bałam.

– Musisz w końcu z kimś o tym porozmawiać. – ale ja wtuliłam się w odpowiedzi jeszcze bardziej w tego mężczyznę. – Dlaczego uciekłaś? – wyszeptał w moje włosy.

– To, co się stało… co zrobiliśmy…

– Przepraszam. Powinienem bardziej nad sobą panować. I powinienem ciebie tego nauczyć. – pocałował moje włosy, moje czoło. Objął mnie mocno, prawie boleśnie. Jak gdyby chciał się upewnić, że faktycznie jestem tutaj, na jego kolanach. A ja nie zamierzałam teraz nigdzie znikać.

– Przestraszyłam się. Nie ciebie, ale tego wszystkiego. Nikt mi nic nie mówił, nie tłumaczył… To ja powinnam ciebie przeprosić za to wszystko. Nie powinnam….

– Rozumiem, dlaczego uciekłaś. To już się nie powtórzy, Maleństwo. Nie w taki sposób. Nawet nie chcę myśleć, przez co tam przechodziłaś.

– Nie było aż tak źle. Przynajmniej poznałam prawdę, kto za tym wszystkim stoi i jakim człowiekiem stał się mój ojciec. Już wiem, dlaczego wtedy mnie przemieniłeś. – czułam, jak jego mięśnie się napięły. Czyżby nadal nie wiedział? – Ben powiedział, że moja matka była mieszańcem. Badania krwi były od samego początku sfałszowane, inaczej by mnie zabito po urodzeniu. – Aker milczał. Ściskał mnie coraz mocniej, a ja czułam, jaki napięty siedział. Ja miałam czas przyswoić sobie to wszystko. I pytanie, ilu jeszcze takich ludzi, jak ja, chodzi gdzieś po Liberii?

– A twoja siostra? – zapytał cicho, jak gdyby bał się mojej odpowiedzi.

– Nie wiem. Nawet jej nie widziałam…

– Pojedziemy do niej. Póki co zlecę szczegółowe badania wszystkim w naszych ośrodkach. Może mamy jeszcze kogoś… – pocałował mnie w głowę, ale myślami był już gdzieś daleko. Wiem to. Był nieobecny, a ja jedynie chłonęłam jego ciepło, przynajmniej muszę korzystać dopóki wciąż mnie chce. Nie wiedziałam przecież, ile to jeszcze może potrwać i kiedy pójdę w odstawkę.

Reklamy

4 komentarze do “LIBERIA II. Miasto krwi–Rozdział 31

  1. Biedna ta Mira, przygniatana potwornym poczuciem winy i kompletnym brakiem własnej wartości. Po przeczytaniu tego rozdziału wiemy na pewno, że Aker ją kocha:-) Dzięki i pozdrawiam

    Lubię to

    • Ano biedna jest… ale sprawa z Akerem jest hmm bardziej skomplikowana, niż nam się może wydawać, co wyjdzie na jaw już wkrótce. Pamiętaj jednak o jednym – Miry nie było przez dziesięć lat i wszyscy sądzili, że ona nie żyje. Więcej zdradzić nie mogę 😉

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s