LIBERIA II. Miasto krwi–Rozdział 30.1

JEDEN KRZYK SPOŚRÓD WSZYSTKICH, tak dobrze mi znanym głosem sprawił, że natychmiast przystanęłam i odwróciłam się do tyłu. Nie potrafiłam tego powstrzymać pomimo pchających mnie do przodu żołnierzy. Pomimo ich krzyku. Włosy zasłoniły mi obraz, ale nawet spomiędzy ich pasm okalających moją twarz, widziałam przerażający widok. Aker walczył po lewej stronie z bestiami i nawet nieźle sobie radził, ale to obraz po prawej mnie zmroził. Gabe w bojowej swej formie atakowany przez piątkę Mieszańców. Jeden z nich trzymał łokieć w pysku i ciągnął, ale Gabe bronił się przed kolejnymi atakami. Patrzyłam, jak bestia jednym mocnym klapnięciem swych ogromnych szczęk odgryza mu ramię, szarpiąc przy tym pyskiem, wyrywając resztki, kalecząc ciało. Czułam ból w swoim ramieniu i nie wiem, czy to efekt po prostu widoku, czy faktycznie tak byliśmy ze sobą połączeni.

– Nie!!! – krzyczałam, gdy kolejna bestia rzuciła się na Gabe. Tym razem dosięgła ramienia i wgryzła się mocno. Mężczyzna krzyknął i nadal próbował się bronić.

Mocne ramiona żołnierza chwyciły mnie w uścisku, ciągnąc za sobą. Czułam, jak odrywam się od ziemi, musiał zatem mnie unieść. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że wciąż krzyczałam. Patrzyłam, jak Gabe opada z sił, a przy nim znajdowało się coraz więcej bestii pragnących rozszarpać go na kawałki. Był sam na polu walki. Nie widziałam żadnych innych, żywych żołnierzy przy nim. Aker był za daleko, a ja byłam wciąż pilnowana. Rzucałam się i próbowałam wyrwać, ale uścisk był zbyt mocny.

Wciąż oddalaliśmy się od miejsca i wiem dlaczego. Takie dostali rozkazy, ale nie mogłam zostawić tak przyjaciela wciąż w potrzebie. Patrzyłam, jak kolejne bestie dopadają go, gryzą, szarpią. Wciąż krzyczałam i się wyrywałam.

I wtedy spojrzał na mnie. Widziałam jego rezygnację i niemą prośbę. Nie miał już szans się wydostać – oboje to wiedzieliśmy. Czułam, jak po moich policzkach spływa coraz więcej łez. To nie mogło być nasze pożegnanie.

Żołnierz obok mnie zaklął. Wyciągnął broń. Wymierzył w walczących i strzelił. Mogłabym przysiąc, że czas spowolnił. Patrzyłam jak pocisk leci nad głowami innych. Jak zmierza do celu. I uśmiech ulgi Gabe tuż przed tym, gdy dostał prosto w głowę. I choć moja logiczna strona podpowiadała mi, że żołnierz zrobił dobrą rzecz – ukrócił cierpienia mojego przyjaciela, teraz w moich oczach był jego mordercą.

Moja bestia zawyła. Okropny dźwięk wprost z mojej klatki piersiowej. Widziałam oczy przerażonych żołnierzy wokół mnie. Widziałam Sama, który coś próbował mi powiedzieć. Ale ja słyszałam tylko szum. Szum własnej krwi. Czułam tylko wściekłość rozsadzającą moje całe wnętrze. I gdzieś tam pustkę, której już nic nie wypełni. Dopadłam w jednym skoku żołnierza. Nawet nie wiedziałam, że moje ciało zdążyło się przemienić. Jak przez mgłę patrzyłam, jak ręce bezwłosej bestii chwytają żołnierza za twarz i jednym ruchem skręcają mu kark.

Ponownie zawyłam, choć nie panowałam już nad swoim ciałem. Patrzyłam z bezpiecznej oddali, oddając się w pełni mojej drugiej naturze. Wszystko odbywało się jak gdyby we śnie. Mój bieg i żołnierze, którzy próbowali mnie złapać. Wymijałam ich, jak przeszkody, bo trasa była tylko jedna. Musiałam się tam dostać – do Gabe. Słyszałam w oddali krzyk Sam, bym tego nie robiła. Ale to nie ja kierowałam już własnym ciałem. Ono już nawet nie było moje. Widziałam swoje ręce, nienaturalnie wygięte palce ze szponami ostrych pazurów. Czułam moje zęby, nienaturalnie wielkie i nie mieszczące się w szczęce. Czy nadal była ona ludzka?

Biegłam na dwóch nogach, więc nie mogłam zmienić się w bestię. Ale czułam na sobie zimny powiew wiatru, zatem gdzie moje ubranie? Spojrzałam na ramiona. One także się zmieniły. I moja klatka. Wyglądało podobnie, jak u Gabe. Moja bojowa forma, choć ja mogłabym nazwać ją morderczą.

Pierwszy Mieszaniec wybieg mi na drogę. Nie miał szans ze mną, rozpędzoną i pragnącą tylko jego krwi. Kierował mną ból, nienawiść, ogrom tej frustracji i pustka po utracie przyjaciela, ale także głód. Jednym ruchem wbiłam mu dłoń w szyję i przeciągnęłam, wyrywając górny odcinek kręgosłupa. Rzuciłam pozostałości na ziemię, nawet się nie zatrzymując. Nie obserwowałam, jak pada na ziemię, już martwy. Nie interesowało mnie to. Musiałam pomścić przyjaciela.

Kolejne bestie zaatakowały w parach. Sądziły pewnie, że będą miały nade mną przewagę. Zaryczałam i rzuciłam się wprost na nie. Cięłam i przeskakiwałam pomiędzy nimi, nie pozwalając nawet się dotknąć. Wszystko działo się tak strasznie szybko, a mimo to widziałam jak gdyby w zwolnionym tempie. Widziałam swoje płynne ruchy. Widziałam rozbryzgi krwi i tkanek przeciwników, zalewające mi twarz. Nie zwracałam jednak na to uwagi. Wciąż walczyłam, rzucając w nich moją nienawiść. Gabe nie zasłużył na taką śmierć. Owszem, mieliśmy zginąć w walce, ale jeszcze nie takiej. To nie był jego czas. Nie mógł być.

Odwróciłam się w porę, by zobaczyć rozpędzoną bestię tuż przy mnie. Wpadła na mnie z impetem, chcąc jak najbardziej zranić, byś może ogłuszyć. Wbiłam się jednak w jej brzuch, gdy padaliśmy na ziemię. Uderzenie odebrało mi oddech, ale ręce nadal wbijały się w ciało, robiąc miazgę z wnętrzności. Wydrapałam sobie wyjście, uderzając o kości. Czułam, jak ostre krawędzie ranią moje ciało, ale nie mogłam się zatrzymać. Jeszcze nie.

Ulice miały spłynąć krwią, ale nie moją. Ich. Moich wrogów. I nie zatrzymam się dopóty, dopóki ostatni Mieszaniec nie przestanie oddychać.

Reklamy

1 komentarz do “LIBERIA II. Miasto krwi–Rozdział 30.1

  1. O matko, włosy stanęły mi dęba i pojawiła się gęsia skórka. Super, teraz nie będę mogła doczekać się następnych rozdziałów. Pozdrawiam
    domi308

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s