LIBERIA II. Miasto krwi–Rozdział 29.1

MUSIELIŚMY RUSZAĆ i to jak najszybciej do naszych kwater, do naszego domu. Nie chciałam być dłużej w tych tunelach. Nie było sensu przedłużać pobytu. Transportery zabrały rannych, a kolejne przyjechały po resztę ludzi. Tych ostatnich pilnowali uzbrojeni żołnierze, ale wiedziałam, że to w celu bezpieczeństwa. Chciałam, by zobaczyli, że można żyć z nimi w zgodzie. Przecież mieszkali z Mieszańcami, którzy pozbawieni sią zasad Zmiennych. Dlaczego więc tak bardzo obawiali się Akera? Z drugiej strony ja poznałam go, jego świat i to, co robili. Ci ludzie jechali w zupełne nieznane. Tyle lat żyli w przekonaniu, że to właśnie Aker jest tym złym, a teraz ich świat drży w posadach. Cała ta złość i nienawiść była jedynie przykrywką dla prawdziwego strachu przed nieznanym. A przynajmniej miałam taką nadzieję.

Wciąż byłam słaba, ale mogłam już sama chodzić bez wpadania na ściany. Aker obserwował mnie czujnie, choć z bezpiecznej odległości. Czułam na sobie jego spojrzenie, nawet gdy rozmawiał ze swoim oddziałem. Mojej bestii podobała się ta cała poświęcana uwaga. Gdyby tylko mogła, kusiłaby go teraz nie patrząc, gdzie jesteśmy i kto byłby przy tym wszystkim obecny. Jej nie przeszkadzała publika. Próbowałam jednak ją powstrzymać przed wszelkim działaniem. Zamykałam ją głęboko w sobie nie pozwalając, choć na jedną chwilę, przejąć nade mną kontroli. Czułam, jak prychała niezadowolona, niczym rozwścieczona kotka, a nie wilczyca. Ale raz już dopuściłam ją do głosu w naszych relacjach i nie zakończyło się to zbyt dobrze dla nas. Teraz musiała wygrać ludzka strona. Czekała nas poważna rozmowa i rozwiązanie całej tej sytuacji, a nie dziki seks na oczach jego żołnierzy.

Potrząsnęłam głową, by pozbyć się durnych i jakże teraz niechcianych myśli. Mogłabym przysiąc, że widziałam lekki uśmiech w kącikach Akera, ale odwróciłam się doń plecami nie chcąc, by jeszcze bardziej mnie kusiło.

Mały oddział wyszedł na zewnątrz. Pierwsi żołnierze stali w pełnej gotowości kawałek od wejścia do podziemnych tuneli. Reszta natomiast oddychała świeżym powietrzem, przygotowując się do wymarszu. Poprawiali i sprawdzali broń. Rozmawiali luźno między sobą, jak gdyby za chwilę nie musieli wyruszyć na niebezpieczny teren. Słyszałam, jak podszedł jeden do Akera mówiąc mu o Mieszańcach widzianych na obrzeżach. Miałam nadzieję, że nie będziemy musieli się z nimi zobaczyć. Stałam oparta o drzewo i po prostu przyglądałam się wszystkiemu. Moja bestia domagała się pożywienia. Straciłyśmy sporo energii na leczenie ran i wciąż jeszcze jej nie uzupełniłyśmy. Bestia pokazywała mi obrazy polowania na dziką zwierzynę. Celowo jej wybrańcem był biały, niewinny zajączek. Była na mnie zła za to, że ją tak trzymałam w zamknięciu. Dziwnie było się z nią kłócić. To tak, jak gdybym kłóciła się sama ze sobą.

– Zaraz wyruszamy. – spojrzałam na mężczyznę, który do mnie podszedł. Gabe nadal był w formie bojowej, choć wiem, ile energii wymagało od niego utrzymanie jej. Pewnie oboje potrzebowaliśmy teraz krwawego pożywienia. A widząc zmęczone oczy żołnierzy, nie tylko my byliśmy wygłodniali. – Jesteś gotowa? – byłam mu wdzięczna, że nie pytał, czy dam radę, a jedynie, czy jestem gotowa. Skinęłam głową potwierdzająco.

– Damy radę, prawda? – skinął potwierdzająco. To był moment, gdy moje ciało po prostu wtuliło się w niego. Pragnęłam poczuć się dobrze, bezpiecznie. Nie wiem, czy to z powodu braku pożywienia, czy może własnych przeżyć w tym miejscu, ale nagle potrzebowałam drugiej, silnej osoby, by mnie chroniła. Gabe nie wahał się nawet przez chwilę. Jego silne ramiona objęły mnie mocno. Pocałował mnie w głowę. Było w tym tyle ciepła i czułości. Ale nie traktował mnie jak kochankę, a raczej bliską sobie osobę, przyjaciółkę. Uśmiechnęłam się na i wtuliłam mocniej.

– Możemy wyruszać. – odskoczyłam na warczący głos Akera. Nawet nie chciałam spojrzeć za siebie, by zobaczyć jego oczu. Wiedziałam przecież po głosie, że nie był zadowolony. Z naszego powodu, czy może wymarszu? Skinęłam głową. Gabe mruknął coś pod nosem, ale nie odzywał się głośniej. – Zamykasz tyły. Miro, idziesz w środku z Samem. – tego się nie spodziewałam. W środku najczęściej byli albo zakładnicy, albo osoby najsłabsze, a teraz ja miałam być tam schowana za tymi wszystkimi żołnierzami? Moja duma została zraniona, ale logika podpowiadała, że było to idealne rozwiązanie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s