LIBERIA II. Miasto krwi–Rozdział 28.1

PATRZYŁAM JAK WYNOSZĄ kolejno kobiety z sali. Widziałam, jak żołnierze starali się być najdelikatniejszymi, ale także ile nerwów ich kosztował widok tych pokrzywdzonych. Rozumiałam ich doskonale. Przecież oni także nosili w sobie bestie, a mimo to nie pozwalali sobie na takie łamanie zasad. Kiedyś przecież także byli ludźmi, żyli z nimi. Na tyle już poznałam oba gatunki, by wiedzieć jedno – potwory są zarówno wśród ludzi, jak i bestii. Obojętnie, czy to Mieszaniec, czy Zmienny, czy też człowiek – są tam dobre osoby słuchające swego serca i nie krzywdzące innych, ale i są tacy, których wręcz celem życiowym jest zdobycie swoich marzeń krzywdząc wszystkich wokół. Tak, jaki się teraz wydawał mój ojciec. Miał swoje marzenie, chciał osiągnąć piękny cel. Tylko wybrał do tego dość brutalne środki i gdzieś w tym wszystkim się pogubił. Zbyt wiele razy przymykał oko na krzywdę, aż sam zaczął ją wyrządzać. Może to i nie on własnoręcznie ranił te kobiety, ale wszystko było za jego pozwoleniem, wręcz z jego rozkazu. Był zatem w pełni odpowiedzialny za te zbrodnie i tego wybaczyć mu już nie mogłam.

Powietrze przeszył pisk. Odwróciłam się na jednej nodze chcąc wiedzieć, co się takiego stało, że kobieta wydała tak przerażający dźwięk. Przy łóżku ciężarnej stało dwóch żołnierzy, którzy z pewnością chcieli ją okryć bardziej przed przenoszeniem. Widziałam jej szarpiące dłonie. Piszczenie. Próbowała walczyć, wyrwać się. Zrobić cokolwiek, by tylko jej nie dotknęli. Typowa ofiara, pomyślałam sobie. Puściłam ramię Akera i podeszłam do nich. Starałam się robić wszystko powoli, by nie przestraszyć dziewczyny jeszcze bardziej. Uniosłam wysoko ręce, by jej pokazać, że nic w nich nie trzymam. Patrzyłam prosto w twarz, szukając jakichkolwiek oznak zmiany nastroju, albo zapowiedzi kolejnego jej ruchu.

– Jestem Mira. – powiedziałam cicho z uśmiechem, choć wcale tego nie czułam. Miałam nadzieję, że nie wyczuła tego ode mnie. Przysiadłam na jej leżance delikatnie. Chciałam, by poczuła się komfortowo. – To są żołnierze, którzy wszystkich stąd wynoszą do bezpiecznego miejsca. Nie zrobią ci nic złego. Chcą tylko cię trochę zakryć i bezpiecznie wynieść. Pomogę im, dobrze?

– N…. nnieee… – wyszeptała. Widziałam jej nieufne spojrzenie. Stwierdziła, że musze być mniejszym zagrożeniem, bo co chwila zerkała w stronę mężczyzn. Czego mogłam się jednak spodziewać? Były tu przecież same kobiety. Serce mi się ściskało na samą myśl, przez co ta dziewczyna przeszła. Jest naprawdę silna, skoro to przetrwała. Inne pewnie by się załamały. Być może nawet zrobiły coś sobie lub dziecku. Dziewczyna przede mną była dzielna, nie poddała się i nadal miała siłę walczyć. – Nie chcę iść. – nie wiem, od jak dawna nie mówiła, ale miałam wrażenie, że dawno nie używała swojego głosu. Ewentualnie miała dziwnie uszkodzone, zniekształcone struny głosowe. Jej głos brzmiał bardziej jak skrzekanie niż szeptanie.

– A jeśli będzie przy tobie Emma? – skinęła delikatnie głową, wciąż nie spuszczając z oczu obu żołnierzy.

Chwilę później patrzyłam, jak Emma pomaga przykryć się dziewczynie, szeptając do niej cicho. Nie chciałam się przysłuchiwać ich rozmowie, choć pewnie mogłam zrozumieć każde słowo. Pragnęłam jednak dać im nieco prywatności. Najwidoczniej dziewczyna ufała swojej lekarce. A skoro ta pozwalała żołnierzom zabrać innych, to chyba to tajemnicze miejsce nie mogło być złe, prawda?

Okryta szczelnie prześcieradłem i kocami, spoczęła w ramionach jednego z mężczyzn. Widziałam w jej oczach przerażenie, a potem zagubienie. Pewnie nie pozwoliłaby nawet się dotknąć, gdyby nie Emma, która trzymała ją cały czas za rękę. Dawała poczucie bezpieczeństwa, a teraz to było najważniejsze. Ja też go potrzebowałam, jednak nie chciałam nikomu przeszkadzać. Tunele rozciągały się kilometrami, a żołnierze musieli je wszystkie sprawdzić. Wyprowadzić stąd ludzi, rannych przewieźć. Aker wszystkim kierował, więc nie powinnam mu przeszkadzać.

Objęłam się ramionami, dając sobie samej poczucie komfortu. Nie to samo, ale zawsze już coś, prawda? Tarłam pięściami po swoim świeżo zaleczonych ramionach, próbując rozetrzeć zmarzniętą skórę. Nie, nie było tu zimno. Przyjemny chłód owszem, ale nie zimno. Mimo to, ja się wciąż trzęsłam. Czyżby z nerwów?

– Dobrze się czujesz? – podskoczyłam i prawie pisnęłam. Miałam ochotę skopać sobie tyłek za swoją nieuwagę. Przecież każdy mógł do mnie podejść teraz i mnie skrzywdzić. Ludzie nie byli do mnie pozytywnie nastawieni. Widziałam w oczach większość do mnie nienawiść, żal. Pewnie sądzili, że ich zdradziłam na rzecz wroga. Pewnie tak samo oskarżali w myślach Bena, że sprowadził tu zdrajcę. Niemal konia trojańskiego, jak mawiała moja matka opowiadając mi różne historie zasłyszane jeszcze sprzed czasów powstania Osad. Spojrzałam na Gabe stojącego za mną. Wciąż w formie bojowej, wyglądał naprawdę przerażająco. Miałam ochotę się przytulić do niego i wchłonąć jego ciepło, ale nie wiedziałam, jak mam o to poprosić. Pokazać słabość? Przy nim mogłam, ale nie chciałam, by widzieli to inni.

– Radzę sobie. Jak idzie przenoszenie rannych?

– Mamy transportery. Ranni i ludzie pojadą w nich do bazy. Ranni do szpitala, a ludzie najpierw na badania, a potem do stref zamkniętych. – tak nazywano miejsca, gdzie żyli inni ludzie, którzy podczas wojny zgodzili się na ochronę Zmiennych. Mieli zapewnione wszystko, co najważniejsze. W zamian każdy z nich pracował dla Akera. Jedni pracowali w kotłowniach, inni w szpitalach, przy dostawach, a część z nich na polach uprawnych. To takie osiedle chronione. Nikt tam nie mógł wejść ani wyjść. Jedynym sposobem dostania się tam i zranienia ich był atak z powietrza, co nie było możliwe. O ile przynajmniej mi wiadomo.

A teraz mieliśmy tam wywieźć tych ludzi, którzy dotąd mieszkali w tunelach, w pełnym zakłamaniu. Zobaczą, jak wygląda prawda. Ben pewnie zadbał o to, by przedstawić te osiedla jako więzienia, a ludzi tam mieszkających niemal jako niewolników. Szpitale pewnie miały być niemal jak super tajne laboratoria, gdzie przeprowadzano doświadczenia przeciwko ludzkości. Jak znam swojego ojca, z pewnością postarał się także z Lamią o odpowiednie dowody. Może nawet Lamia pokazała prawdziwe obrazy ze swoich tajnych ośrodków? Po minach tych ludzi, nie zdziwiłaby mnie taka perspektywa. Widziałam strach i nienawiść. U niektórych pełna rezygnacja. To naprawdę bolało, bo oni faktycznie sądzili, że są owieczkami prowadzonymi na rzeź. A przecież to my ich ratowaliśmy. To Aker dawał im możliwość nowego, lepszego życia. Jednak wpieranie pewnych „prawd” przez tak wiele lat nie zniknie tylko dlatego, że ja tego chcę. Na to też trzeba lat, by ich przekonać do nas, do Zmiennych.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s