LIBERIA II. Miasto krwi–Rozdział 27.1

ZOSTAŁAM OKRYTA KOCEM, wszak nie posiadaliśmy żadnych ubrań dla mnie. Co prawda wolałabym wtulić się w płaszcz Akera, ale ten nawet tego nie zaproponował. Dopiero, gdy chwycił mnie delikatnie na ręce, zrozumiałam dlaczego nie mogłam ubrać jego ciepłego okrycia – miał ukrytą tam broń. Mnóstwo broni, jak gdyby naprawdę szykował się na jakąś walkę. Musiałam sobie przypomnieć, że przecież mamy wojnę i nikt nie powinien się poruszać sam, bezbronny po ulicach. Nigdzie przecież nie było bezpiecznie.

Położyłam głowę na jego ramieniu, nosem przejeżdżając po jego szyi. Musiałam czuć ten zapach jego ciała, tak kojarzący się mi z bezpieczeństwem. Za tym tęskniłam – zarówno ja, jak i moja bestia. Nareszcie zgodne we wszystkim.

Zerkałam nad ramieniem Akera, co dzieje się na korytarzu. Ubrani w czarne mundury żołnierze Zmiennych stali z bronią w swych dłoniach i obserwowali. Część z nich wciąż wyłamywała zamknięte drzwi i wyprowadzali stamtąd ludzi. Patrzyłam na to wszystko nie czując zupełnie nic. Nie było mi ich żal. Ale też nie cieszyłam się ich złapaniem. Nie rozumiałam swojej obojętności. Ja byłam bezpieczna i tym powinnam się teraz cieszyć. Ci ludzie zdradzili swoje priorytety, zdradzili samych siebie godząc się na to, co zaproponował Ben i Lamia. Pozwolili zrobić sobie to, co zrobił mój ojciec. Nie byłam taka pewna, czy czasem nie robili tego z przymusu, nie wiedzy, albo źle przekazanej wiedzy – jak to było w przypadku Sama. Mimo wszystko mieli szansę odejść. Nie musieli godzić się na to wszystko. Mogli ratować siebie i bliskich. Pozostali tu jednak, dając nieme przyzwolenie na każdą z tych zbrodni.

Za kolejnym zakrętem zostałam mocniej ściśnięta przez ramiona Akera. Wniósł mnie do jasnego pomieszczenia, co dość mnie zdziwiło. Wszystko tu było ciemne, w kolorze ziemnym, wręcz błotnym. Słabo oświetlone, więc ludzie poruszali się w półmroku. Naprawdę można było poczuć, że jest się pod ziemią. Niemal jak kret – zwierzę, które pokazywała mi Mama w książeczkach przyniesionych podczas jednej z wycieczek. W Osadach nie było zwierząt wolnożyjących. Zmienni o to zadbali. Nie wiem, czy poza Liberią znalazłabym jakieś nieznane mi gatunki, albo takie widziane w starych książkach sprzed wielkich zmian. Rodzice tłumaczyli mi, jak wyglądał świat, nim wszystko przejęli Zmienni. Nim w ogóle udowodnili światu, że istnieją, że żyją i mogą mieć swoje prawa. To był początek schyłku ludzkości, jak mawiał wówczas mój ojciec. Pamiętam, że Mama się wówczas krzywiła lekko. Wtedy tego nie rozumiałam, ale teraz przyjdzie mi zweryfikować większość wspomnień. Przeanalizować na nowo odkrywając coraz więcej dowodów na kłamstwa, którymi mnie karmiono.

Zostałam ułożona na jakieś metalowej leżance. Jasna lampa migała z jasnym blaskiem tuż nad moją głową. Skrzywiłam się, bo zbyt raziła mnie w oczy. Po chwili podeszła do mnie nieznana mi kobieta. Wyglądała na bardzo zmęczoną i bardzo przestraszoną. Dopiero, gdy podniosłam głowę, zobaczyłam żołnierza z wymierzoną bronią prosto w jej głowę. Nic dziwnego, że była tak przerażona.

– Proszę ją zbadać i dać ubrania. – wiem, że Aker powiedział słowo „proszę”, ale to bardziej zabrzmiało jak rozkaz. Mężczyzna z bronią pchnął kobietę lufą w moją stronę. Widziałam, jak zadrżała. Cichutko pisnęła i od razu, drżącymi rękoma zaczęła odkrywać ze mnie koc.

– Jestem Mira, a ty? – wyszeptałam cichutko. Usłyszałam nad swoim ramieniem warknięcie, ale jedynie prychnęłam i ponownie zwróciłam uwagę na kobietę. Jej ręka zadrżała bardziej.

– Emma. – wyszeptała. Zassała powietrze widząc mój brzuch. Widziałam jej załzawione oczy. Czyżby była nie tylko przestraszona swoją sytuacją, ale i tym, co prezentowało teraz moje ciało? Wiem, że zaczynałam się leczyć, rana na szczęście się zasklepiła, co jednak osłabiało bardzo moje ciało. Moja własna bestia wyciągała moją energię, moją siłę, by skierować to wszystko na ranę w brzuchu. – Oni ci to zrobili? – zapytała, pochylając się nad moim brzuchem. Naciskała delikatnie opuszkami ciało wokół rany. Przyglądała się uważnie.

– Sprecyzuj proszę „oni”.

– Ben. Czy to on i jego… jego sojusznicy? – czyżby nie zgadzała się z tym, co tu się działo? Jeśli tak, to co w takim razie tu robiła? – Nie potrzebujesz szycia.

– Można tak powiedzieć. Dlaczego tu jesteś? Służysz tu? – rozejrzała się, jak gdyby potrzebowała spojrzenia na wszystko wokół nas.

– Rozejrzyj się. One by umarły, gdyby mnie tu nie było. Te bestie zabiły moje dwie pielęgniarki próbując je przemienić. Rozszarpały je. – drżała na całym ciele. – Zostałam tu, bo… co miałam niby innego zrobić? Mojego domu nie ma. Moich bliskich już nie ma. To wszystko, co mam. – rozumiałam ją doskonale. Co prawda gdzieś posiadałam rodzinę, jeden członek nawet zdradził, ale wciąż pozostawał moim ojcem. Ale Emma sprawiła, że rozumiałam ją. Robiła to, co tylko mogła, by pomóc innym.

Uniosłam się, by zobaczyć, jak faktycznie wyglądało to pomieszczenie i o kim wcześniej mówiła kobieta obok mnie. Teraz widziałam, że pomieszczenie było znacznie większe, niż mogło mi się wydawać. Ściany, podłogi i sufit był pokryty czymś białym, śliskim. Pewnie łatwiej było tu sprzątnąć krew. Nad głowami wisiało mnóstwo starych jarzeniówek, które migały dość często, rażąc moje nadwrażliwe oczy. Metalowych, wygiętych leżanek było tu chyba z dziesięć. Tylko jedna była zasłonięta parawanem. Reszta łóżek była zajęta przez dziewczyny, młode niegdyś i pewnie silne, teraz leżące pod starymi prześcieradłami. Patrzyły z przestrachem na nowoprzybyłych, ale nie były w stanie się ruszyć. Widziałam ślady krwi na ich okryciach. Bandaże. Opatrunki. Kobieta leżąca naprzeciwko mnie miała bardzo głębokie i już uleczone blizny ciągnące się od połowy czoła przez brew, policzek, aż do brody. Jej oko nie zostało uszkodzone pewnie tylko cudem. Dwa ślady, jedno prawie przy drugim. Kolejne zabliźnione cięcie było na jej dekoldzie i znikało pod okryciem. Nie chciałam wiedzieć, jak faktycznie wyglądało i dokąd sięgało. Kobieta jednak patrzyła na mnie wyzywająco, czekając pewnie na jakąkolwiek reakcję.

– Daj mi jakieś ubrania, Emmo, dobrze? – starałam się mówić łagodnie, widząc to wszystko, co było wokół mnie.

Każda z tych kobiet została dosłownie oddana Mieszańcowi w celu przemiany. A przynajmniej miałam nadzieję, że tylko w tym jednym celu. Przypomniałam sobie nakrycie grupy Mieszańców i walkę z oddziałami Akera. Pamiętam tamtą nieszczęsną kobietę, którą Zmienni woleli dobić, niż próbować pomóc. Aker wielokrotnie powtarzał, że ona nie miała szans. Zdawałam sobie sprawę, że obrażenia były zbyt rozległe. Ale teraz patrzyłam na kobiety na leżankach i nie potrafiłam pozbyć się odczucia, że tamta kobieta też być może miałaby jakąkolwiek szansę.

Jakim prawem bawimy się w boga, przeprowadzając selekcję, komu się należy opieka, a komu nie?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s