LIBERIA II. Miasto krwi–Rozdział 26.2

MOC PRZELAŁA SIĘ PRZEZ POMIESZCZENIE niczym tajfun naelektryzowanego powietrza. Spojrzałam w stronę drzwi i zamarłam z imieniem na ustach. Patrzyłam, jak jego długi, czarny płaszcz powiewa od mocy, jaką z siebie teraz wytwarzał. Pamiętam przemianę Zmiennych – wyglądała niczym magia. Nie wiedziałam, jak wiele miało to wspólnego z samą ich mocą. Czymś wewnątrz, co sprawiało, że zmieniali kształt. A tym bardziej nie wiedziałam, że jest możliwe wytwarzanie samej mocy, bez zmiany. Czy każdy to potrafił? Stał w progu i przyglądał się mojej celi oraz osobom tam przebywającym, ale ja widziałam tylko migoczącą aurę wokół niego. Czułam, jak dotykał nią wszystkiego. To było coś, na co wcześniej nie zwracałam uwagi. Jego własna magia – magia jego bestii. Wypuszczał ją i sprawdzał wszystko każdym zmysłem jaki posiadał – zarówno ludzkimi oczyma, jak i węchem oraz słuchem swej bestii. Ta dzika część mnie pragnęła się teraz wydostać. Dołączyć do niego i zatańczyć. Pisnęłam cicho, przez co jego wzrok skierował się właśnie na mnie. Chciałam się okryć, ale nie byłam w stanie dosięgnąć koca z ziemi. Nie, gdy moje rany wciąż krwawiły.

– Aker… – wyszeptałam z nabożeństwem, a on tylko cicho warknął. Wyczułam bardziej, niż zobaczyłam poruszenie Sama i Gabe. Obaj cofnęli się od wejścia, by nie stanąć na drodze nowoprzybyłemu.

Aker podszedł do mnie powoli, niemal z gracją płynąc w powietrzu. Nie zwracał uwagi na dwóch mężczyzn przy ścianie, ale wiedziałam, że to tylko pozory. Może i był nastawiony teraz na dostanie się do mnie, ale nigdy nie pozwoliłby sobie na taką utratę kontroli, na zlekceważenie osób w pomieszczeniu.

Usiadł na pryczy niedaleko mnie. Nie dotknął mnie, a tego właśnie oczekiwałam. Moja bestia także cicho łkała, próbując przejąć moje ciało. Ona także chciała tylko jego. Znów byłyśmy zgodne, niemal jednością. To tego mężczyznę i jego bestię wybrałyśmy. To on trafiał do każdej z nas. Był nasz i niczyj więcej.

Delikatnie opuszkiem przejechał po moim ciele. Łkałam coraz głośniej. Ale on jakby nie reagował na to. Po prostu dotykał mnie delikatnie sprawdzając każdą z moich ran. Wyszeptałam ponownie jego imię, ale nadal jedynie patrzył na mnie ze swoją nieczułą maską, choć jego bestia szalała w nim. Nie byłam pewna, czy chciała karać mnie za ucieczkę i pozostawienie go wtedy, czy może chciała mnie pocieszać. W jednej sekundzie gładził mnie, a potem zlizywał krew z mojego podbrzusza, warcząc. Nie krzyczałam i nie próbowałam uciekać. Po prostu cichutko sobie popiskiwałam, gdy sprawiał mi ból. Rany się zaczynały goić, mimo to wciąż było to zbyt świeże, by dotykać.

– Zabierz go, albo go rozszarpię. – wywarczał Aker przy moim brzuchu.

W pierwszej chwili nie rozumiałam, co miał na myśli i do kogo w ogóle mówił. Wówczas jednak Gabe pociągnął Sama do wyjścia i zrozumiałam. Nie chciałam, by został zabity. Żaden z nich. Uniosłam delikatnie rękę i dotknęłam nią głowy Akera. Podniósł lekko twarz ku mnie. I co dziwne, nie przeraziła mnie nawet zmiana jego oczu na typowe dla jego bestii. Nawet krew, którą był teraz umazany, nie obrzydziła mnie, ani nie wystraszyła. Po prostu to był on. Cały mój. I przybył tu po mnie.

Pogładziłam lekko jego zarost na policzku. Patrzyłam na niego z całą moją wdzięcznością, którą teraz czułam. Uśmiechnęłam się, wciąż czując spływające po policzkach łzy. Otarł je kciukiem.

– Zabieram cię do domu. – i to sprawiło, to jedno tylko zdanie, że rozpłakałam się na dobre. Jego głos, taki zachrypnięty i ciepły, sprawił, że drżałam w objęciach.

Zbliżył się do mnie bardziej. Pocałował delikatnie w czoło, potem w oczy. Nos. A następnie otarł się o moje usta. Dawał mi pocieszenie. Nie całował tak, jak wcześniej. Jedynie dotykał swymi ustami moich z nabożeństwem, niemal jak dotknięcie płatkami. Delikatnie. Z uczuciem. Nie potrzebowaliśmy słów. Pokazywaliśmy sobie wszystko czynem.

– Przepraszam… tak bardzo cię przepraszam….

– Ciii…. – kolejny delikatny pocałunek. – Porozmawiamy w domu.

I uwierzyłam mu. Teraz ufałam jemu najbardziej. Oderwał się ode mnie i przez chwilę widziałam go bez tej maski, którą wkładał podczas walki. Mieliśmy wrócić do domu. Do jego domu, który nazywał teraz naszym. I z czasem wyjaśnimy sobie wszystko. Moją ucieczkę. To, co działo się tutaj. Każdy nasz postępek. Wszystko. Ale teraz nie było czasu na tak poważne i prywatne rozmowy. Nie tutaj i nie w tej chwili. Musieliśmy się wydostać.

– Mój ojciec….

– Ben uciekł jako pierwszy, nim jeszcze weszliśmy do tuneli. Zostawił swoich żołnierzy i uciekł. Jaki dowódca tak robi, Miro? Jaki człowiek tak robi? – jego głos stał się na nowo surowy. Bolały jego słowa, ale wierzyłam mu. Z drugiej strony mój ojciec wiedział, że zostając tutaj, skazuje się na śmierć. Jednak kapitan nie opuszcza swego okrętu do końca. Czyż nie tego mnie uczono, nawet w domu? Walki do końca? A mimo to zostawił tu wszystkich, a sam skorzystał z innych tuneli. Może nawet nie pokazał innym tego przejścia, zachowując je wyłącznie dla siebie? Nie wiem, ale wierzyłam, że tak właśnie mógł zrobić. Inaczej nie przeżyłby tyle czasu w Podziemiu, jeszcze za czasów, gdy Liberia była piękną osadą.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s