LIBERIA II. Miasto krwi–Rozdział 25.1

OTWORZYŁAM OCZY powoli, jak gdybym wybudzała się z bardzo głębokiego snu. W pierwszej chwili nie wiedziałam do końca, gdzie się znajduję. Jednak ból całego ciała podpowiedział mi jednak, że wciąż żyję. W pierwszej chwili poruszyłam palcami, sprawdzając, czy się poruszają i jak szybko reagują. Następnie spróbowałam poruszać delikatnie nogami, wyczuwając ruch. Czułam i to mnie uszczęśliwiło. Oznaczało to bowiem, że nie tylko żyłam, ale nie miałam uszkodzonego ciała zbyt mocno. Dopóki mogłam się ruszać, mogłam także się bronić. Otworzyłam oczy i staram się rozpoznać miejsce. Patrzyłam na kamienisty sufit, ale on niewiele mi mówił. Czy byłam w jakieś celi podziemnej? Nadal w tym samym miejscu, czy mnie przeniesiono? Co się właściwie stało? Ostatnią rzeczą, jaką pamiętałam, był ogromny głód, ramiona Sama i zapach świeżo przelanej krwi. Zadrżałam na samą myśl. Nie mogłam teraz się na tym skupiać. Spróbowałam usiąść, ale pomimo bólu ciała, miałam także zawroty głowy. Oparłam się jedną ręką o koc, którym byłam przykryta i staram się oddychać głęboko. Nie mogłam teraz zwymiotować.

– Dobrze, że się obudziłaś. – drgnęłam. Jak mogłam nie wyczuć, że nie jestem sama w tym pomieszczeniu? Nie chciałam jednak dać mu do zrozumienia, że mnie zaskoczył. Przykryłam się bardziej kocem, rozglądając po pomieszczeniu. Wydawało mi się znajome, zupełnie takie samo, jak cela, w której umieszczano mnie wcześniej. Ale może każda wygląda tu tak samo? – Jak się czujesz?

– Żyje i to jest najważniejsze. – odpowiedziałam, choć mój ton głosu brzmiał bardziej ostro, niż się spodziewałam. – Od kiedy, Sam? Od kiedy jesteś zmiennym?

– Od wypadku osiem lat temu. – był znacznie cichszy, ostrożniejszy w swych dyskusjach. Nie odpowiedziałam. Nie pytałam. Dałam mu czas, by sam zdecydował, czy mi opowiedzieć o tym wypadku, czy też nie. Po prostu przytulałam bardziej swój koc i próbowałam rozruszać bardziej swoje zdrętwiałe ciało. – To było zaraz po tym, jak Twój ojciec stracił większość swojego oddziału w jednym z tuneli. Już wtedy dogadywał się z Lamią i razem postarali się, by każdy cywil dostawał jakieś zastrzyki z odżywkami. Nie wiedziałem do końca, co to było. Ale oni przygotowywali nas do przemiany. Badali nas wszystkich. – wyprostował się i zaczął chodzić po tym skromnym pomieszczeniu. Parę kroków do przodu i musiał się cofnąć. Nie było tu miejsca na takie poruszanie się, by nieco zrzucić z siebie ciężar wspomnień. Objęłam ramionami kolana tak, by koc nie spadł z mojego prawie nagiego ciała. Ktoś musiał mnie rozebrać, gdy byłam nieprzytomna, umyć i ubrać jedynie w znoszoną bieliznę. Zauważyłam jednak liczne wkłucia, które się nie goiły.

– Pobierali ci krew. Dużo krwi. Chcieli mieć pewność, że jesteś przemieniona i jak teraz wygląda to wszystko. Coś jest z tobą nie tak. Ten głód…

– Jak się zaraziłeś, Sam?!

– Nie dajesz za wygraną, co? – ale ja znów tylko na niego patrzyłam, czekając. – Zaatakowali nas Zmienni. Oni chronili przejść granicznych Liberii. Byłem w oddziałach wspierających. Tak wiesz, na wszelki wypadek, gdyby coś się stało.

– I stało się…

– Stało. Z mojego oddziału została garstka, ale każdy był … uszkodzony. Przeżyliśmy, ale nie byliśmy już sobą.

– Kto was wprowadził? – musieli mieć przecież jakiegoś opiekuna, prawda? Tym bardziej, że Lamia już działała z Benem i z pewnością wiedzieli, co się dzieje

– Lamia nas zamknęła, a Mieszańce uczyli nas zapanować nad tym wszystkim.

– Oboje się myliliśmy co do Mieszańców, prawda? – skinął głową, ale przynajmniej przestał już chodzić po całym pomieszczeniu. Stał oparty o ścianę i czujnie mnie obserwował. Czekał. Tym razem na mnie. – Moja historia nie jest aż taka ciekawa. To był przypadek. – zmarszczył brwi.

– A nie wypadek, gdy na ciebie napadnięto? – pokiwałam przecząco głową. Sądziłem, że to wtedy, gdy…. No wiesz, jak cię porwali, a my sadziliśmy, że nie żyjesz. Ben twierdził, że żyjesz, tylko Zmienni cię zamknęli gdzieś.

– Nie do końca. Nie Zmienni mnie zamknęli, a Lamia. Prowadziła laboratoria, pewnie dalej prowadzi. Obudziłam się po dziesięciu latach, Sam. I nie mam zielonego pojęcia, co się działo i co mi zrobili.

– Wobec tego to Lamia jest twoją panią?

– Nie mam pana ani pani. To tak nie działa. Nie wiem, co ci wmówiono, ale nie rządzi tobą ten, co cię przemienił. Jest tyle rzeczy, Sam, w których nas oszukiwano.

– Zdążyłem zauważyć. – uśmiechnęłam się, ale nie zdążyłam już nic powiedzieć więcej. Sam przytulił mnie mocno, wiedząc teraz, że może to zrobić swobodnie. Wcześniej z pewnością się musiał wstrzymywać ze swą siłą.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s