LIBERIA II. Miasto krwi–Rozdział 24

BÓL NA RAMIENIU przywrócił mnie do groty, w której się teraz znajdowałam. Bestia warczała cicho, wbijając raz po raz swoje zęby w moje ramię. Nie wiem, jak wielkie były zniszczenia i tym bardziej jak długo jeszcze będę w stanie wytrzymać na jawie, nie zapadając się już więcej w ciemność. Nie słyszałam żadnych innych głosów, dobiegających z groty, ani towarzystwa nad nią. Raczej odnosiłam wrażenie, że jesteśmy już tylko my, walcząc o moje przetrwanie. Mały głosik wewnątrz mnie krzyczał przeraźliwie, każąc mi walczyć o wolność, uwolnić się i uciekać. Zabijać. Ale czy byłabym w stanie to zrobić? Mogłam skrzywdzić jednego Mieszańca, ale nie byłabym w stanie zniszczyć ich wszystkich. I nawet nie wiedziałam, ilu ich naprawdę tu było. Zdawałam sobie sprawę, że nie tylko te trzy. Z pewnością Lamii nie cieszyło tylko takie widowisko. Przecież wiedziała, co mi zrobiono w laboratorium. Czy byłam dla niej teraz rozczarowaniem? Jakoś nie zależało mi, by czuła się ze mnie dumna. Chciałam zapomnieć. Uciec daleko stąd i już nigdy nie czuć tego wszystkiego. Czasem lepiej nie wiedzieć, nie znać prawdy.

Ponowne szarpnięcie wyrwało mój krzyk. Nie mogłam tak leżeć i czekać na to, co zrobi ze mną bestia. Musiałam działać. Odchyliłam głowę lekko w bok tak, by mieć lepszy widok na ogromny pysk, teraz ubrudzony moją krwią. Warknęłam cicho, ale nic to nie dało. On wciąż gryzł, zupełnie jak gdyby chciał przegryźć się przeze mnie, cal po calu. Nie mogłam czekać. Kiedy tamte dwa skończą walkę, z pewnością się przyłączą „do zabawy”, a wówczas nie będę miała żadnych szans na przetrwanie. To była moja ostatnia chwila, by jednak się uwolnić.

Szarpnęłam zdrową ręką, ustawiając palce niemal w szpikulce. Nie musiałam specjalnie celować z tej odległości. Szybkim ruchem wbiłam palce w jego oko. Zaryczał tak, jak się spodziewałam, tracąc koncentrację. To był idealny moment, by wyrwać się i zacząć ucieczkę. Zdążyłam jednak wyrwać ramię i zrobić jeden krok od bestii, gdy On spojrzał w moim kierunku, warcząc ostrzegawczo. Z uszkodzonego oka wciąż wypływała krew zmieszana z jakimś śluzem. Nie chciałam wiedzieć, co to do końca było. Cofnęłam się o kolejny krok, wciąż będąc przy ścianie.

Z całych sił próbowałam się skoncentrować nad stawianiem kolejnych kroków i oddalaniu się o bestii. Jednak z tego pomieszczenia nie było drogi ucieczki. Nie wiem, jak tu były umieszczane Mieszańce, ale nie widziałam teraz miejsca, gdzie mogłabym uciec. Ramię coraz bardziej pulsowało bólem. Spróbowałam poruszać palcami, ale każdy dodatkowy ruch jedynie napinał gojące się rany, rozrywając je mocniej, a tym samym traciłam coraz więcej krwi. Nie mogłam sobie na to pozwolić. Nie w tym miejscu.

Mieszaniec rzucił się na mnie, jednym susem pokonując dzielącą nas odległość. Padłam na kolana, a następnie szybko przekręciłam się na plecy, wysuwając przed siebie rękę. To była sekunda, gdy z miejsca, gdzie dotąd znajdowały się paznokcie, wysunęły się ogromne, ostre pazury. Wepchnęłam je szybkim ruchem w brzuch bestii, tnąc i szarpiąc. Znajdowałam się w tej dogodnej pozycji, że przeciwnik nie mógł mnie chwycić ani zrobić większej krzywdy. Poza jednym – paść wprost na mnie, czego na szczęście nie wykonał.

Krew spływała na mnie, zalewając mi oczy i gardło. Przełykałam łapczywie, dając przy okazji pożywienie, którego dotąd jej musiałam odmawiać. Była zachwycona, choć chciała jeszcze. Musiałam jednak działać szybko. Niewiele myśląc odpełzłam od wyjącego Mieszańca. Podeszłam do jego gardła i szybko wbiłam szpony w szyje, wyrywając na zewnątrz wszystko to, co znalazłam w zasięgu chwytu. To był ten moment, gdy ów uczestnik moich tortur został wyeliminowany.

Obejrzałam się za siebie. Dwóch pozostałych Mieszańców przestało walczyć, by obserwować przegraną swojego brata krwi. Warczałam nad umierającym ciałem, chcąc odstraszyć przeciwników. Ale oni jedynie spojrzeli po sobie, jak gdyby naprawdę się między sobą komunikowali.

– Już jesteś przemieniona. – spojrzałam zaskoczona w górę. Mój ojciec sprawiał wrażenie zbyt zdenerwowanego. Wszak nie zdawał sobie sprawy z faktu, że jego dziecko dokonało po części jego planu. Ale poza nim, byli tu także inni. Zadowolona Lamia stała wciąż w tej jasnej sukni, patrząc na mnie z góry tak, jak gdybym była jedynie ciekawym insektem, ale nie wartym zbyt dużej uwagi. Wiedziałam jednak, że oceniała swój projekt – to, co zrobiono mi w laboratorium.

Sam miał zmienione oczy. Trząsł się cały, jak gdyby miał się za chwilę przemienić. Czy to walka wyzwoliła w nim tę potrzebę, czy zapach przelanej krwi? Patrzył na mnie z takim głodem w oczach, że najchętniej cofnęłabym się do tyłu, by być jak najdalej. Niestety to zbliżyłoby mnie do pozostałych Mieszańców.

Byli tam też inni ludzie, z pewnością członkowie Podziemia, ludzie mojego ojca. Obserwowali mnie z trwogą, choć niektórzy byli podekscytowani. Czyżby sądzili, że moja przemiana przyniesie im zwycięstwo? Aż tak uwierzyli w bajki Bena o lepszym świecie, o ile wszyscy się przemienimy i oddamy ludziom Liberię? Ale to nie będzie miejsce dla nich, skoro oni ludźmi już nie będą, prawda?

– Zbyt długo. Powinnaś rozszarpać go już dawno.

– To sama przyjdź tu Lamio i pokaż, jak się walczy. Tobie akurat z przyjemnością rozszarpię gardło. – ale ona tylko wybuchła śmiechem. Tak dźwięcznym i nie pasującym do całej tej scenerii. Była niemal eterycznością, zjawą w brudzie naszego życia.

– Przemień się całkowicie, by się uleczyć. Walka nie dobiegła końca.

– Wiesz, że tego nie zrobię. – ale ona jedynie ścisnęła dłoń z przyciskiem.

Zalała mnie fala bólu. Chciałam wyć, ale nie mogłam nabrać powietrza. Paliłam się, topiłam od środka. Nie posiadałam już krwi, a jedynie płynną, wrzącą lawę. Niemal kwas przelewający się przez mój organizm. Moja własna bestia wyła. Rycząc głośno swoją frustrację i ból. Nie znosiłam tego, gdy przejmowała nade mną władzę, ale teraz pozwoliłabym jej na wszystko. Zawsze to robiła, by nas uratować. Bałam się jej, ale tak wiele razy uratowała nam życia. Musiałam teraz także na niej polegać – na jej instynkcie, sile i chęci przeżycia.

Mieszańcy ruszyli na mnie równocześnie. Odskoczyłam od nich, choć nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. Wszystko było jakby poza mną. Moje ciało się poruszało, ale to nie ja nim kierowałam. Wykonywałam ruchy, których nie chciałam. Gryzłam i wyrywałam wnętrzności. Pożywiałam się nimi. Chociaż wciąż byłam z daleka od swego działa. Czułam, ale byłam poza tym. Czekałam, aż znów będę sobą. Odzyskam władze nad moim ciałem.

Coś chwyciło mnie i podrzuciło. Patrzyłam, niemal w zwolnionym tempie, jak lecę do góry. Twarze towarzyszy ojca obserwowali mnie. Zupełnie, jak gdyby ktoś zatrzymał kadr w filmie. Widziałam przerażenie w niektórych twarzach. Patrzyłam na Bena i nie widziałam w nim niczego. Był pustą maską. Skorupą człowieka, które tak kochałam. Czy to był jedyny wyraz twarzy, jaki mógł pokazać ludziom? Czy on już taki był cały czas, tak zmieniła go ta walka? Nie poznawałam go. Stał się obcym człowiekiem, cieniem kogoś, kogo kochałam.

Spadłam wprost na zimna podłogę. Uderzenie plecami o twardą ziemię pozbawiło mnie ostatniego tchu. Jednak bestia nie dała mi ani chwili, bym nabrała kolejny dech. O nie, ona odwróciła moje ciało i cięła dalej. Warczała. Walczyła o nasze przetrwanie. Przed nami stał jeszcze jeden Mieszaniec. Ostatni, jaki pozostał na łapach. Patrzył uważnie, jak gdyby nauczył się, że nie należy od razu nas atakować. On szukał słabych punktów. Skąd wiedziałam? Nie wiem. Po prostu czułam. Zdawałam sobie sprawę, co zrobi za chwilę. Obserwowałam każdy jego ruch, choćby najmniejszy.

– Dosyć! – ale Mieszaniec nie przestał. Pochylił się odrobinę bardziej, jak gdyby szykował się do skoku. – Powiedziałem dosyć! Lamia, powstrzymaj ich.

– Niech skończą to, co zaczęli, Ben. Nie można przerwać tego teraz. – nie wierzyłam jej. Mogła to skończyć dawno temu, nim okaleczyłam jej bestie. Mogła w ogóle do tego nie dopuścić, wiedząc doskonale, że już zostałam przemieniona. Ale ona chciała zobaczyć mnie w akcji. Chciała sprawdzić, do czego jestem zdolna.

– Wobec tego ja to zakończę… – i nim ktokolwiek mógł zareagować, Sam wskoczył pomiędzy walczących. Odwrócony plecami do mnie, warczał na Mieszańca.

Nie wiele się zdało jego straszenie, skoro wszystkie bestie teraz były w gotowości bojowej. Czułam się taka głodna. Byłam pokryta krwią i nawet sama nie wiedziałam, czy była ona moja, czy ofiar. Ich zapach i wciąż ciepłe ciała pobudzały mój głód. Przyciągały mnie. Odeszłam jeden krok. Potem drugi. Mieszaniec poruszał się dokładnie tak, jak ja. Okrążaliśmy Sama, by patrzeć na siebie. Ciała jego towarzyszy znajdowały się pomiędzy nami. Oblizałam usta. Tak bardzo tego pragnęłam.

– Lamia, powstrzymaj ich, nim się pozabijają.

– Twoja córka jest już wyleczona. Teraz jest jedynie… głodna. – słyszałam jej śmiech w głosie, ale nie podniosłam głowy, by się o tym przekonać. Musiałam być pierwsza przy ciałach. Jeden z pokonanych jeszcze wciąż się ruszał. Widziałam, jak drgnął i próbował wstać. Czyżby się uleczał?

Skoczyliśmy równocześnie na ofiarę. Mieszańcy warczeli na siebie. Szarpali sobą i gryźli. Mi jedynie pozostało patrzenie na nich i próba wydostania się z żelaznego uścisku Sama.

– Spokojnie, to już koniec. Jesteś bezpieczna. – szeptał, całując moje włosy.

– Jestem głodna. – wywarczałam, wciąż patrząc na Mieszańców.

Kolejna dawka cieplej krwi.

I mlaskanie, gdy jeden zjadał drugiego.

Byłam naprawdę głodna.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s