LIBERIA II. Miasto krwi–Rozdział 23

NABRAŁAM POWIETRZA i czekałam na to, co za chwilę miało nadejść. Już nie chciałam patrzeć w wyczekujące oczy Bena. Czułam doskonale jego ekscytację na to, co miało nadejść. Chciał mnie przemienić nawet nie wiedząc, że już za późno. Lamia jednak wiedziała. Musiała wiedzieć, skoro była odpowiedzialna za tamte laboratoria. Jednak ona także była podekscytowana. Czyżby chciała sprawdzić, co naprawdę zrobiono mi w tamtym ośrodku i jak potrafię wykorzystać swoje umiejętności? Czy oni naprawdę liczyli, że z tą całą bestią będę im teraz posłuszna? Nawet przyjmując, że jeden z mieszańców by mnie naznaczył, chciał przemienić – nie byłabym mu posłuszna. Tak, jak nie jestem posłuszna Akerowi.

Kiedyś słyszałam co prawda tezę, że osoba, która przemienia, staje się panem, przywódcą. Ale to nie prawda. Nie byłam posłuszna swojemu stworzycielowi, choć pewnie on bardzo by tego chciał. Nowi mogą być posłuszni swoim przywódcą, opiekunom, ale nie stworzycielom.

Potrząsnęłam głową, wypędzając niepotrzebne myśli z głowy. Musiałam się teraz skoncentrować na tym, co dla mnie przygotowano. Nie widziałam już na górze Lamii, ale czułam ją gdzieś w pobliżu. Ben natomiast odwrócił się do kogoś i zaczął opowiadać z podekscytowaniem, że nadeszła już ta wielka chwila. Po chwili zobaczyłam nad krawędzią twarz Sama. I to zabolało mnie najbardziej. Mogłam zrozumieć szalonego ojca, który zaprzedał się całkowicie Mieszańcom. Mogłam jeszcze zrozumieć rządzę władzy Lamii – Aker w życiu nie pozwoliłby jej na prowadzenie doświadczeń na ludziach, więc zrobiła to prawie na swoją rękę. Chociaż odnosiłam wrażenie, że czegoś jeszcze mi tu brakuje – kawałka układanki. Przecież otworzenie tych laboratoriów jest kosztowne i wymagało sporych nakładów pracy. Przecież one istniały tuż pod nosem Akera, więc nie uwierzę, że nie wiedział o nich. Mógł oczywiście nie zdawać sobie sprawy z ich ilości i umiejscowienia, ale to by oznaczało kogoś wewnątrz jego szeregów – zdrajcę wewnątrz armii.

To jednak obraz Sama nie pasował mi do całej tej zdrady, cieszenia się przemianą. Widziałam jego twarz, gdy nocą krzyczała kobieta. Ofiara, pokarm dla bestii, coś w rodzaju łapówki, czy może liczyli na przemianę, ale bestia za bardzo szalała? Mieszańcy także są ludźmi, choć mają drugą naturę. Dotąd sądziłam, że są jedynie dzikością. Teraz wiem, jak bardzo wówczas się myliłam – chyba wszyscy się jednak myliliśmy. To byli wciąż ludzie, choć kierowali się zupełnie innymi prawami. Mieli własną hierarchię rządzących, własną piramidę wartości. To nie były osobniki, które żyły zgodnie z prawami obowiązującymi w Liberii, dlatego uznani byli za odrzutków. Za wrogów społeczeństwa i wygnani z Osady. Nas, ludzi, straszono, że Mieszańce to potwory. Teraz wiedziałam, że nic z tego nie było prawdą. Nie byli bardziej niebezpieczni od wszystkich Zmiennych. Oni nie uznawali po prostu praw Liberii, ale także chcieli żyć. Teraz, wraz z Ruchem Oporu, wraz z Benem, próbowali zmienić władzę, wywalczyć sobie wolność. Martwiłam się jednak, czy po przegranej Akera, Mieszańce nie odwrócą się od ludzi.

A zatem gdzie w tym wszystkim miejsce dla Sama? Owszem, niegdyś był zwolennikiem praw Liberii. Pamiętam doskonale nasze kłótnie o Cat Girl, o moje publikowane nowinki przeciw Zmiennym. Pracował dla nich. Dbał o przestrzeganie ich prawa. A teraz zbuntował się przeciwko temu wszystkiemu? Rozumiałabym, gdyby opowiedział się za tylko ludźmi, ale on przecież przystąpił do walki ramię w ramię z Mieszańcami. Kimś, nie przestrzegającym naszym praw i systemu wartości. Był zdrajcą. Ale coś w jego oczach sprawiało, że zaczynałam się zastanawiać, jak do tego doszło. Co sprawiło, że zmienił zdanie? I czy to było w pełni dobrowolne?

– Ojcze, nie rób tego… Proszę… – ale Ben nie słuchał mnie już. Kratki zaczynały drżeć, otwierane powolnymi szarpnięciami. – Sam, powstrzymaj go przed tym.

– Nie mogę. Przeżyjesz to, obiecuję.

– Ja tak, ale stracicie swoich pupilków. Obiecuję. – to ostatnie wywarczałam, patrząc prosto w oczy Sama.

Zobaczyłam ich błysk. Coś wewnątrz Sama drżało i rozświetlało go wewnętrznym blaskiem. Doskonale wiedziałam już, co to było. On już nie był człowiekiem. Został zmieniony przez Bena, albo znacznie wcześniej. To tłumaczyłoby, dlaczego walczył przeciwko Akerowi. Musiało coś się stać, dlaczego wybrał akurat tę stronę walki. Czyżby przypadkowa przemiana, jak moja?

Warczenie odwróciło moją uwagę od ojca i wyjścia. Spojrzałam w kierunku krat. Jedna z bestii właśnie obserwowała mnie spod krat. Były jeszcze zbyt nisko, by mógł wyjść, ale już mnie obserwował. Czujny. Czekał, aż będzie pierwszym, który mnie dopadnie. Naprzeciwko niego był kolejny Mieszaniec. On także szykował się do startu na mnie. I to właśnie na tym powinnam się skupić. Walce o przetrwanie.

Oparłam plecy o ścianę. Czekając. Mieszańce szamotały się w swych klatkach. Wygłodniałe. Podniecone. Nie chciały tylko mojej krwi. One pragnęły także ciała. Przemiana była jedynie skutkiem ubocznym tego, co dla mnie planowały. W ich oczach błyskała rządza, ale i inteligencja. Wiem, że opracowywały w głowach sposób na atak. Dokładnie tak, jak ja teraz planowałam swoją obronę.

Im kraty były wyżej, tym bardziej uginałam nogi. Ręce rozłożyłam na ścianie po bokach, na tyle swobodnie, by móc się od niej odepchnąć bez kaleczenia. Musiałam to przetrwać, a potem pokazać ojcu, gdzie mam jego całą tą wojnę. Musiałam wydostać się z tych labiryntów i uciec stąd jak najdalej. Aker musiał się dowiedzieć, że za tym wszystkim stoi Lamia i że Ruch Oporu jest razem z Mieszańcami. Musieli popracować nad większą armią, albo stracą Liberię. Nie wyobrażałam sobie utraty Akera. Mogę go nienawidzić, mogę nawet chcieć samej go zabić, ale nikt nie ma prawa uśmiercać go poza mną.

Obie bestie wystartowały w tym samym czasie. Moje obliczenia okazały się słuszne, a ich walka o to, kto będzie pierwszy, dało mi nieco więcej czasu. Wpadły na siebie, gryząc i warcząc. Tak naprawdę walka zaczęła się między nimi, ja nadal byłam jedynie ich nagrodą. Czekałam, aż zrobią sobie większą krzywdę, a ja będę miała większe szanse na przeżycie. W laboratorium przeżyłam, ale tam walczyłam jeden na jeden. Tu miałam ich znacznie więcej. Ciche zgrzytanie podpowiadało mi, że w głębi tego pomieszczenia znajdowało się więcej podnoszonych krat, których ja w ciemności nie mogłam zobaczyć.

Pierwszy raz od dłuższego czasu zaczynałam się naprawdę bać tego, co się ze mną stanie. Czy będzie ktoś, kto przekaże zamiast mnie informację Akerowi? I czy będzie naprawdę ktoś, kto będzie mnie opłakiwał?

Bestie, walcząc ze sobą nie zwracały uwagi na ogromnego, trzeciego zawodnika w ich grze, który właśnie ich zgrabnie przeskoczył i powolnym ruchem zbliżał się do mnie. Niemal leniwie. Ale wiedziałam, że sprawdzał mnie i otoczenie. Nie był głupi, lecz ostrożny.

Moje plecy jeszcze bardziej przylgnęły do ściany. Oblizał swój wielki pysk, czując pewnie na języku smak mojego przerażenia.

Jedno warknięcie i rzucił się wprost na mnie.

A ja zrobiłam jedną rzecz, którą byłam w stanie w tej chwili.

Krzyczałam.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s