LIBERIA II. Miasto krwi–Rozdział 22

PATRZYŁAM NA MIJAJĄCYCH mnie ludzi zastanawiając się, czy zdają sobie sprawę ze zbliżającej się ich śmierci. Czułam się, jak w mrowisku. Ludzie w pośpiechu udawali się w różnych kierunkach. Ja jedynie stałam oparta o ścianę, niemal jak na skrzyżowaniu dróg i jedyne co mogłam, to patrzeć. Nie wiedziałam, w którą stronę mam się udać. Sam opuścił moją celę dzisiejszego ranka, zostawiając szeroko otwarte drzwi. Nie wiedziałam, czy dawał mi tym samym szansę na swobodne poruszanie się po tym miejscu, czy może dawał mi drogę ucieczki. Nie rozumiałam tego wszystkiego, co się tu działo. A może nie chciałam zrozumieć? Jednak widziałam dokładnie spojrzenie, jakie rzucił mi Sam wychodząc. Przygarbione ramiona. Wiedział, że przegrał sprawę. Nie chciałam brać w tym udziału. Oni naprawdę wierzyli, że im się uda uzyskać Liberię tylko dla ludzi, walcząc wraz z Mieszańcami? Nie mają przecież szans pokonać ich wszystkich.

Niczego już nie rozumiałam. Patrzyłam właśnie na młodą kobietę, ubraną w jasną sukienkę lekko poniżej kolan, rozkloszowaną. Wyglądała tak świeżo i kobieco. Lekko. Niczym powiew świeżości w tych kanałach. Jednak nikt na nią nie zwrócił uwagi. Mężczyźni odwracali od niej głowę. A może to ta biel sukni sprawiała, że wyglądała niemal jak duch? Jej kręcone, długie blond fale oplatały plecy. Nie widziałam twarzy, jedynie ruch bioder i lekko stawiane kroki. Ona nie szła – ona praktycznie płynęła delikatnie opierając stopy o podłoże. Na nogach miała równie białe balerinki. Zbyt delikatna i zbyt piękna na ten krajobraz. Sprawiła, że chciałam dowiedzieć się, kim jest. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że ruszyłam za nią, niemal przyciągana tym blaskiem i innością.

Zatrzymała się na kolejnym zakręcie. Odwróciła lekko głowę w bok, przez co mogłam zauważyć jej kobiecą i delikatną twarz. Odnosiłam wrażenie, że wie doskonale o mojej obecności. Widziałam lekko zarys uśmiechu, nim szybko skręciła w najbliższy tunel. Musiałam przyspieszyć, by jej nie zgubić. Nie do końca wiedziałam, gdzie dokładnie jestem. A już tym bardziej nie byłam pewna, jak wrócić do celi. Minęłam tyle zakrętów. Miałam wrażenie, że każdy korytarz jest identyczny. Z pewnością było to celowe, by zmylić wroga i sprawić, by poczuł się zagubiony w długim labiryncie korytarzy.

Za rogiem nie było nikogo. Kobieta zniknęła mi z oczu. Czułam jednak delikatną woń kwiatów, a pod nią mocny, piżmowy aromat. Jej delikatność wręcz zaprzeczała aromatom zmiennych. Nie pasowała zarówno wyglądem, jak i zapachem do tego miejsca.

Drzwi na końcu korytarza były uchylone. Zapraszające. Niewiele myśląc, wśliznęłam się przez nie. Nic jednak tu nie zastałam. Jedynie ciemność pustego pomieszczenia. Rozejrzałam się dokładniej, wykorzystując do tego swoje zmysły. Ale niczego nie znalazłam. W powietrzu intensywniej pachniało zmiennymi oraz tym kwiatowym zapachem. Jak gdybym weszła na łąkę, jakże kolorową i soczystą, a wokół rozłożone byłyby bestie. Czekające na znak…

Potrząsnęłam głową, pozbywając się tego obrazu z głowy. Nie czas myśleć o łąkach, których nigdy nie widziałam. Tylko moja wyobraźnia i obrazy z dzieciństwa podpowiadały mi, jak wygląda świeża, soczysta trwa, spod której wychylają się pachnące kwiaty. Nawet nie byłam pewna, czy to, co pamiętam zza dziecka, było prawdziwym obrazem, czy tylko czymś z książek przyniesionych przez matkę.

Zrobiłam kolejne parę kroków w głąb pomieszczenia. Wydawało mi się znacznie większe, niż wskazywałyby na to moje oczy. To dziwne uczucie, że jest tu coś więcej, niż by się mogło wydawać. Zarejestrowałam jedynie puste pomieszczenie wielkości przeciętnego pokoju. Takich, jakie widziałam tu mnóstwo. Dlaczego więc miałam wrażenie, że jest tego znacznie więcej? Próbowałam skupić się na tym, co odczuwałam i skąd miałam takie dziwne przeczucie. Nic jednak nie wskazywało na to, by pomieszczenie było znacznie większe. Rozglądałam się intensywnie po wszystkich ścianach licząc, że gdzieś znajdę jakieś kolejne przejście, może dodatkowy tunel. Im dalej jednak szłam, tym zapach bestii stawał się intensywniejszy. Dlaczego? Spojrzałam do góry, ale niczego tam nie było – jednolity sufit z małą kratką wentylacyjną – na tyle małą, że dawała powiew powietrza, ale zbyt mały, by go wykorzystać do przejścia. Czy to stamtąd dobywał się ten aromat zmiennych? Moja własna bestia przeciągała się, ale musiałam ją głęboko ukryć w sobie. Wiem, że ostatnio była mną bardzo rozczarowana, ale musiałam uciekać od jej wybranka, a teraz musiałam uchodzić za człowieka.

Kolejny krok sprawił, że się zachwiałam. Spojrzałam pod nogi. Stałam na krawędzi. Przede mną znajdował się ogromny wyłom w podłodze, a pod nim jedynie ciemność. I już wiedziałam, że to właśnie stamtąd dobywał się piżmowy aromat. Zrobiłam krok w tył, by nie wpaść do wyłomu. Poczułam za sobą czyjąś obecność.

Odwróciłam się i stanęłam twarzą w twarz z kobietą w bieli. Tak ją nazywałam idąc korytarzem. Teraz dopiero rozpoznałam jej twarz. Musiała dojrzeć mój szok rozpoznania. I cieszyła się w tym pełni.

– Lamia… – zdążyłam wyszeptać, nim mocno pchnęła mnie do wyłomu. Stała z tym swoim uśmiechem i patrzyła, jak spadam w ciemność.

Uderzyłam mocno plecami o podłogę. Krzyknęłam bardziej z zaskoczenia, niż z bólu. Nie było znowu aż tak wysoko, bym sobie coś połamała. Ściany jednak były na tyle gładkie, że nie było możliwości wdrapania się na górę. Spojrzałam na oblicze kobiety, która mnie tu pchnęła. Co w tym miejscu robiła Lamia? Dlaczego była ze swoimi wrogami? Czyżby była wysłanniczką Akera? Czułam jednak, że coś tu jest bardzo nie tak. Rozejrzałam się po pomieszczeniu wokół siebie. Wysokie, ogromne pomieszczenie. Żadnych wyjść. Jedynie kraty w drugim końcu. I ten coraz bardziej intensywny, piżmowy zapach. Wyczułam tu także starą, zaschniętą krew.

– Co się dzieje Lamia? – zapytałam, starając się zmusić własny głos do pewności. Nie mogłam pokazać jej strachu. Nie jej. Nigdy. Ale ona przysiadła na krawędzi, wciąż wyglądając na lodową piękność. Przynajmniej teraz nie otaczała się paletą intensywnych barw. Postawiła na delikatną biel, która jedynie podkreślała jej jasne włosy i porcelanową skórę. Uśmiechała się, ale nie było w tym ciepła i życzliwości. Premedytacja i obietnica bólu – owszem.

– Pomożesz naszej sprawie. – powiedziała cicho. – Skoro tak trudno cię zabić, można cię wykorzystać. – i znów ten jej uśmiech, przez który przechodził mnie nieprzyjemny dreszcz. O jakiej sprawie ona mówi i dlaczego uważa, że trudno mnie zabić? Moja własna bestia na chwilę wychyliła się z ukrycia, ale nie sądzę, by Lamia wyczuła ją ode mnie. Zbyt dużo tu aromatów zmiennych.

– Próbowałaś mnie zabić? – ale ona jedynie się roześmiała.

– Oni twierdzą, że tak. – nachyliła się bardziej nad wyłomem i miałam wrażenie, że za chwilę wpadnie tu do mnie. Ale ona wiedziała co robi. Nachylała się, by powiedzieć coś tylko do mnie. Jak gdyby dzieliła się tajemnicą. Ale czułam doskonale jej rozbawienie całą sytuacją. – Ale oni nie wiedzą, co masz w sobie, prawda? Teraz sprawdzimy, jak daleko wszystko zaszło.

– O czym ty mówisz? – nic z tego nie rozumiałam. Kim są ci „oni”? Kto myślał, że miałam być zabita? Patrzyłam jednak, jak wyciąga w moim kierunku swoją dłoń. Pokazywała mi pierścień. Duży, z czerwonym kamieniem. Z premedytacją w oczach nacisnęła palcem ozdobę, poszerzając swój zimny uśmiech.

Upadłam na kolana, niemo krzycząc. Otwierałam usta, próbując nabrać powietrza, wydobyć z siebie jakikolwiek głos. Nie byłam w stanie zrobić cokolwiek. Potworny ból opanowywał całe moje ciało. Niczym wrząca lawa oblewająca moje ciało. Wychodziło z karku. Miejsca, gdzie znaleziono chip. Wyginałam ciało. Bestia wyła, czując wspólnie ze mną ból. Dzieliłyśmy go. Ręce skrobały podłogę. Czułam własną krew wokół. Dusiłam się. Umierałam.

Ból zniknął. Czułam jedynie jego pozostałości w końcówkach palców. Patrzyłam, jak zakrwawione są moje dłonie, którymi szorowałam po podłodze. Krew kapała z mojej twarzy. Nie byłam jednak pewna, czy to z nosa, czy jeszcze z czegoś. Kaszlałam, wypluwając własną krew ze śliną. Przypomniałam sobie sytuację, w której poddano mnie badaniom w laboratorium. Chcieliśmy dowiedzieć się, czym jest ten chip. Prawie umarłam wtedy. A teraz Lamia uruchamiała go swym pierścieniem.

Przeszył mnie dreszcz. Do świadomości zaczęło dochodzić, kto był odpowiedzialny za laboratoria, za moją zmianę. Za Hope i Gabe’a. Za Nadię. I wszystkich tych ludzi, którzy byli porywani i zmieniani wbrew ich woli. Mieszańcy, z którymi walczyliśmy w tamtym laboratorium. Aker, który nie wiedział o nas, naszej walce. Czyżby Lamia przeszła na drugą stronę? Spojrzałam na nią w górę. Cieszyła się tym. Chciała, bym wiedziała. To ona mi to zrobiła. Nam wszystkim.

Tuż koło niej stał jednak mój ojciec. Patrzył na mnie w dół z poważną miną.

– Jest gotowa? – zapytał kobiety, a ona skinęła głową.

– Tato? – wyszeptałam. Jak mógł stać obok niej, rozmawiać z nią. Była ich wrogiem.

– Możesz nam pomóc, Miro. Chcieliśmy podać ci geny w laboratorium, ale Lamia twierdzi, że to jedyna możliwość.

– Co chcecie zrobić? – zapytałam, nie ukrywając, jak bardzo drży mi głos. Strach coraz bardziej zaczął mnie opanowywać. Jeśli Lamia połączyła swoje siły z Podziemiem, to znaczyłoby, że ojciec wiedział o tamtych laboratoriach. Wiedział, czym się stałam?

– Musimy cię przemienić. Wiem, że się uda. Przeżyjesz, kochanie. I pomożesz nam w pokonaniu armii Akera. Obalimy ich.

– Nie rozumiesz?! Zginiecie! Sądzisz, że Mieszańcy oddadzą wam Liberię? Macie tylko osłabić odrobinę ich przeciwnika. Odwrócić uwagę od tego, co zrobią Mieszańcy. Jak możesz…

– Dość! Nie patrzysz przyszłościowo. Masz zbyt zamknięty umysł, by pojąć cały plan. Lamia wprowadziła już część w życie. Jest gen, kochanie. Jest więcej takich, jak ty. Spadkobierców. Wykorzystaliśmy ich krew, by przemieniać kolejnych.

– Spadkobierców?

– Tak. Prawdziwych mieszańców, zrodzonych z człowieka i bestii.

– Ale ja nie jestem… – ale on tylko się uśmiechnął.

– Jesteś. Obie jesteście.

– Ale ty jesteś tylko człowiekiem, Ben. Z kim zdradziłeś Mamę?

– Nie musiałem zdradzać. – powiedział już znacznie spokojniej. Uśmiechnął się, jak gdyby próbował nadać wszystkiemu ciepła. Ja czułam coraz to większy chłód. Moje ciało trzęsło się od szoku i pozostałości bólu. – Twoją matkę poznałem na jednej z misji, gdy zdobywaliśmy informację i broń od Mieszańców. Była jedną z córek żołnierza, który z nami współpracował. Taka piękna, niemal eteryczna. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Gdy okazało się, że jest w ciąży, nie mogła pozostać wśród Mieszańców. Ciężko znosiła i baliśmy się, że stracimy nasze dziecko. Przenieśliśmy się do Liberii. I tak już tu zostaliśmy.

– Ale badania krwi… przecież ona zginęła przez Mieszańców!

– Badania krwi sfałszowaliśmy. Mieliśmy swojego człowieka w szpitalu. Nikt nie mógł się dowiedzieć, co naprawdę w sobie nosisz. Zabito by cię od razu, nas pewnie też. Zresztą i tak ją zabito. Wojska Liberii znalazły nasz jeden z tuneli przerzutowych. Część z nas zdążyła przejść, ale jej się nie udało. Zawalił się na nią. Była zbyt mocno ranna i nie powstrzymała swojej przemiany. Wojska ją zabiły. – siedziałam, przyswajając to wszystko. Moje całe życie stało się nagle bajką, jednym wielkim kłamstwem. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że płaczę.

– Całe życie… całe nasze życie okłamywałeś nas. Wierzyłyśmy, że to bestie zabiły nasza matkę. – i wtedy zdałam sobie sprawę z jeszcze jednego faktu. Aker nie rozumiał fenomenu, dlaczego wymieniając ze mną krew, przemienił mnie. Teraz wszystko stało się jasne. Miałam gen zmiennych w sobie, a jego krew – jakże silnego samca alfa, odblokowała go. Stałam się już dawno tym, czym teraz ojciec chciał, bym się stała. Okłamywał wszystkich – nie tylko swoje dzieci, ale także całe Podziemie. Szerzył nienawiść względem wszystkich zmiennych, a żył z Mieszańcem pod jednym dachem. A teraz z nimi współpracuje.

– Dość gadania. Lamio, możesz je wypuścić. – spojrzałam na kobietę. Siedziała wciąż dumna. Warknęłam na nią.

– Pozwól im się zabawić, mała Miro. Pozwól im poczuć, czym naprawdę jesteś.

– Kiedy stąd wyjdę, nie przeżyjesz kolejnej doby, Lamia. – ale ona jedynie wstała. Śmiała się odchodząc gdzieś w głąb. – Ojcze, nie rób tego.

– Pozwól się przemienić. Wyzwól w sobie drugą naturę. Wygramy to, kochanie, wygramy. – on naprawdę w to wierzył.

Mój ojciec był szalony i przez to zginie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s