LIBERIA II. Miasto krwi–Rozdział 21.2

– Czy wy więzicie tu bestie? – zapytałam szeptem, choć mogliśmy przecież mówić swobodnie. Za drzwiami wciąż słyszałam kroki, jak gdyby nic się faktycznie nie stało. Strażnicy dalej się przechadzali. Wyczułam nawet odrobinę dymu, jak gdyby któryś z nich odpalił papierosa. Tytoń był drogi już nawet te dziesięć lat temu, jakim cudem teraz go mieli? Może tunele z mojego dzieciństwa nadal istnieją i są używane? Czyżby z zewnątrz, spoza Liberii przynoszono tutaj pożywienie i tytoń?

– Po prostu nie interesuj się tym, proszę.

– Ale jeśli więzicie tu bestie, a ona się uwolni…

– Nie uwolni się. I nie więzimy. Nie torturujemy, jak Zmienni.

– Ale słyszałam….

– Jednego z naszych. – spojrzałam w jego oczy. Kiedyś uwielbiałam tego mężczyznę, nawet planowałam z nim życie, choć byłoby wybuchowe i albo byśmy się pozabijali, albo nie wytrzymali ze sobą psychicznie. Mimo wszystko na swój sposób kochałam go. Teraz wydawał mi się jeszcze bardziej obcy, niż kiedyś. Objął moją twarz swymi spracowanymi dłońmi. Czułam jego szorstkość. Kreślił powolne kółka kciukami na moich policzkach. – Musimy wygrać, mała. Nie mamy innego sposobu. Albo wygramy, albo nas pozabijają, rozumiesz? Nie będzie dla nas wolności, nie będzie dla nas więzień. Zabiją nas, bo jesteśmy ich wrogami. Nie ma ułaskawienia.

– Co zrobiliście, Sam? – patrzyłam coraz bardziej przestraszona. Człowiek przede mną wiedział, że nie czekała go żadna przyszłość. Wiedział, że zginie i wybrał walkę. Dla każdego stróża prawa, każdego wojownika jest tylko jedna śmierć – podczas walki, a nie okaleczonym na łożu śmierci. Zginąć i zabrać ze sobą jak najwięcej wrogów. To jedyna opcja, jaką widziałam w jego oczach. Wiedział o tym.

– Zmienni rozrastają się w siłę. Mają wszystkie pola uprawne, wszystkie instytucje, objęli wszystkie drogi. My zeszliśmy do podziemi. Wiedzą, gdzie się ukrywamy. Wysadzają kolejno każdy z tuneli. Nie zostało ich już wiele.

– Sam… dlaczego nie uciekniecie poza Osadę? Przecież moglibyście…

– Większość z nas przeniosła już tam rodziny. Nie możemy iść do innych Osad. Musimy pozostać pomiędzy nimi. Na niczyim terenie. A tam … Miro, tam są inne prawa. Nie każdy potrafi tam przeżyć. Ile by trwało, aż wojska Liberii weszłyby na tereny niczyje i nas wybili? Powiem ci – cholernie krótko. Musieliśmy zrobić wszystko, by przeżyć. – przyłożył czoło do mojego. Czułam jego drżenie. Jego ciepło. I nagle mnie olśniło. To było niczym przeszywający, nieprzyjemny prąd. Odskoczyłam od niego i patrzyłam oskarżycielsko.

– Mieszańcy. Zawarliście pakt z Mieszańcami. – nie potwierdził, tylko patrzył na mnie uważnie. Czekał na reakcję. – Boże, tyle mówienia źle o Zmiennych, tyle nienawiści względem nich, a tu proszę bardzo, walczycie z Mieszańcami ramię w ramię. Gdzie są wasze cholerne ideały, co? Oczyszczenie Liberii tylko dla ludzi!

– Mała…

– Zdradziliście wszystko i wszystkich. Mieszańcy nigdy nie pozwolą, by Liberia należała do ludzi. Czego od was chcą, hm? Jaką cenę przychodzi wam za to płacić?

– Chcą pozbycia się teraźniejszej władzy.

– Akera. – wyszeptałam. Skinął głową potwierdzająco, a mi zaczynało być słabo. Oparłam się o ścianę, wciąż będąc jak najdalej od Sama.

– Aker nie stanowi władzy najwyższej. Jest ktoś nad nim. Zabijając Akera, pozbywając się jego armii, osłabiamy władzę Liberii. A wtedy wszystko będzie nasze. Nie rozumiesz? Ściągniemy nasze rodziny z ziem niczyich, by odbudowały to miejsce. Przyszłe pokolenia…

– Dlatego wciąż żyję, prawda? Dlatego jestem w tym miejscu… bo byłam u Akera i znam jego armię, znam rozkłady jego pomieszczeń, zabezpieczenia… Boże, co chcecie mi zrobić, bym to wyjawiła? Zamierzacie mnie torturować?

– Nie. Miro, twój ojciec nigdy by na to nie pozwolił. Ja też nie. Po prostu musimy…

– Zginiecie. – powiedziałam z rezygnacją.

– Nie. Z Mieszańcami u boku mamy szansę większą niż kiedykolwiek. – ale ja już wiedziałam. Mieszańce może i potrafiły być zorganizowane i walczyć w grupie. Ale zabiją wszystkich – swoich wrogów i sojuszników. Buntownicy będą jedynie mięsem armatnim, zginą okrutną śmiercią, a wtedy do walki staną Zmienni i Mieszańcy. Będą walczyć na krwi poległych buntowników i nikt nigdy już nie usłyszy imion zabitych, bo nie będzie już istniał nikt, kto ich znał.

Osunęłam się po ścianie, nie próbując powstrzymać nawet łez. Czułam, jak ściekają mi po policzkach. Nie chciałam takiej rzeczywistości. Ojciec nienawidzi wszystkiego, co było nieludzkie, a teraz ma pakt z Mieszańcami. Zdradził wszystko, o co walczył. Moja matka zginęła z łap bestii, czy to już dla niego nie ma znaczenia?

Pierwszy raz chciałam jedynie zamknąć oczy i nigdy już się nie obudzić. Żałowałam, że uciekłam z laboratorium. Nie chcę takiej rzeczywistości. Chcę wrócić do śpiączki, albo umrzeć. Nigdy już nie spojrzeć na tych ludzi, na tą całą zdradę.

Liberia już praktycznie nie istnieje. To tylko teren wypełniony ruinami. Nie ma już o co walczyć. I czy Aker wie o pakcie? Czy zdaje sobie sprawę, dlaczego tak wielu Mieszańców jest w Osadzie? I kto kieruje Mieszańcami, bo przecież sami by się nie zebrali i nie wynegocjowali paktu. Kto naprawdę jest za to wszystko odpowiedzialny?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s