Mroczni. Nadia–Rozdział 16.1

Spadły kolejne śniegi. Wszystko wokół było pokryte przez biały puch. Niegdyś kochałam zimę, bo moje zmysły stawały się bardziej wyostrzone. Teraz jednak oznaczało to dla mnie dokładne słuchanie nowinek zza ścian okolicznych domów. Mnóstwo ludzi rozmawiało ze sobą, przyprawiając mnie jedynie o ból głowy. W domu także nie było lekko. Connor miał rację – często u nas przesiadywali jacyś ludzie. Mroczni. Czasem pojawił się też ich alfa, jak go zwykli nazywać. Schodziłam im z oczu, witając tylko tych, z którymi się minęłam na korytarzu. Nie schodziłam podczas takich wizyt na dół, by dołączyć do reszty towarzystwa. Wiem, że mnie wyczuwali. Czasem pojawiała się też Gigi, ale nie byłam zbyt dobrym kompanem do rozmów. Chciałam ciszy. Uciec z daleka od tego wszystkiego. Mieszanki zapachów, emocji, głośnego zachowania. Dom przestał już nawet pachnieć Ianem. Nie bywał już wcale, odkąd wrócił do domu Connor.

Spojrzałam na okno. Śnieg prószył a ja jedyne, o czym marzyłam, to ucieczka. Otworzyły się drzwi na dole i usłyszałam kolejne głosy. Coraz więcej gości. Rozmawiali o zbliżających się świętach. Ja nigdy nie obchodziłam żadnych świąt. Jedynie w wigilię Matka ubierała mnie odświętnie i szłyśmy do każdego kościoła, jaki był w okolicy. W każdym dawano paczki dla biednych. Były także domy samotnej matki, sala opieki socjalnej, świetlice – wszystkie te miejsca, gdzie ludzie chcieli dzielić się tym, co mieli, co uzbierali. A ja zawsze miałam wyglądać, jakbym za chwilę miała się rozpłakać i zemdleć jednocześnie. W większości przypadków nie musiałam nawet grać – byłam zbyt upokorzona i zbyt głodna, by jeszcze udawać kogoś innego. Taka byłam naprawdę. A gdy odwiedziłyśmy wszystkie te miejsca, Matka zabierała mnie do domu, ściągała delikatnie ze mnie ubranie i chowała je do specjalnego kartonu na przyszły rok, a we mnie rzucała łachmany i kazała zejść sobie z oczu. Wychodziłam wówczas na zimny śnieg i szłam przed siebie.

Otarłam łzy. Nie chciałam tego wspominać, ale tylko to kojarzyło mi się ze świętami. Oglądanie cudzych domów, radości, prezentów, ciepłych potraw, których i tak by nie dali rady zjeść, a które potem mogłam wygrzebać z ich śmietników. Czasem wyrzucali też niechciane prezenty. Udawałam wówczas, że są dla mnie, że celowo zostawiano je tak, bym mogła szybko znaleźć. Wyobraźnia była dla mnie wszystkim. A teraz byłam dorosła i nadal ukrywałam się przed wszystkimi.

Poczułam przeszywające zimno, ale nie zatrzymałam się. W domu przecież byli Mroczni, mogli mnie wyczuć w każdej chwili. Musiałam się spieszyć. Rozejrzałam się po okolicy i pobiegłam przed siebie, zapominając, że śnieg topnieje pod moimi nagimi stopami. Nie mogłam dłużej tam zostać. Byli dla mnie mili, ale nie należałam do ich grona. Nawet nie wiem, kim do końca byli, do czego byli zdolni. Wszyscy powtarzali jedynie, że z czasem dowiem się reszty. Chcieli informacje mi podawać stopniowo, gdy ja chciałam jednak wiedzieć już wszystko. Jak miałam zrozumieć ich działanie, gdy nawet nie wiedziałam, z kim mam do czynienia?

Otarłam się o kolejne gałęzie, szorując nieprzyjemnie nagą skórę ramion. Wyskakując z domu przez okno w sypialni, miałam na sobie bluzkę z długim rękawem. Teraz była ona zbyt podarta i zapewne znaczyła drogę mojej ucieczki. Nie przestawałam jednak iść przed siebie. Nie wiem, dlaczego szłam właśnie w tym kierunku. Coś we mnie ciągnęło mnie właśnie tutaj, na skraj lasu. Rozejrzałam się okolicy. Księżyc oświetlał mi drogę. Przede mną była mała polanka wraz z zamarzniętym jeziorkiem. Nie spodziewałam się tutaj żadnego akwenu wodnego. Obeszłam je wokół szukając czegokolwiek, co by mnie zainteresowało.

– Nie powinnaś tu przychodzić. – odwróciłam się tak nagle, że gdyby nie zamarznięta tafla, wpadłabym pewnie do wody. A tak stanęłam piętą na lodzie, czując przeszywające zimno. Gdybym była zwykłym człowiekiem, z pewnością miałabym już odmrożone stopy i w ogóle cała byłabym przemarznięta, a zapewne nawet już leżałabym martwa. Ale mnie ogrzewało coś od środka, jakby druga natura.

– Ian… – wyszeptałam widząc jedynie cień oparty o drzewo. Nie zbliżył się do mnie, ale byłam pewna, że to jest on. Skąd? Moje ciało wyczuło go bardziej, niż mój nos.

– Będą cię szukać. A ty się pochorujesz. – ale nie słuchałam go. Chciałam podejść, ale na każdy mój krok do przodu, on się cofał. Jak gdyby wcale nie chciał przebywać blisko mnie. Czy powinnam się w ogóle dziwić?

– Przepraszam… że narobiłam ci kłopotów… – wyszeptałam patrząc teraz już tylko na śnieg przy moich czerwonych stopach.

– Wracaj do domu. Connor wrócił. – drgnęłam na ten jego wyrzut. Podniosłam głowę, by powiedzieć, że wcale nie chcę wracać, ale Iana już nie było. Na jego miejscu stał czarny wilk. Warknął na mnie i uciekł między drzewa. Chciałam ruszyć za nim, ale nie byłam zbyt szybka.

Usiadłam przy zamarzniętej tafli wody. Moje podarte spodnie dresowe stawały się przesiąknięte i zimne. Nie chciałam niczego czuć. Nawet Ian traktował mnie, jak potwora. Nie mógł nawet przebywać w moim towarzystwie.

Po raz ostatni zapłakałam, nim przejął mnie gniew. Nie zasłużyłam sobie na takie traktowanie. Nikt nie ma prawa mną pomiatać i się mną bawić. Poczułam, jak robi mi się coraz cieplej. To nienawiść do innych mnie tak ogrzewało. Całe te miasteczko patrzyło na mnie, jak na ofiarę, chodzili na paluszkach, ale nikt nie chciał powiedzieć mi prawdy. „Dowiesz się, gdy przyjdzie na to pora” – mawiali. Teraz koniec z dobrocią. Mam dość bycia grzeczną Nadią, którą będziemy chronić nawet przed nią samą. Byłam człowiekiem i miałam prawo wiedzieć, co się dzieje.

Ból. Przeszywał całe moje ciało. Niemijający, rozrywający każdą tkankę mego ciała. Otworzyłam usta, by krzyczeć, ale nic się z nich nie wydobyło. Leżałam na śniegu pozwalając jedynie płynąć łzą. Przerażenie, to zbyt małe określenie tego, jak czułam się w tej chwili. Każda cząsteczka mego ciała drżała niezależnie ode mnie. Ciało co chwila wykrzywiało się pod różnymi kątami, a ja przestałam mieć nad tym władzę. Poddałam się, bo wówczas mniej bolało. Tracą świadomość, przestawałam wiedzieć kim jestem i gdzie teraz się znajduję. Liczyło się tylko to, by przestało tak bardzo boleć. Nigdy w życiu nie czułam czegoś takiego. Moje kości zaczęły trzaskać. Niewidzialna siła łamała je i przestawiała. Panika wzrastała wraz z bólem. Niemy krzyk opuszczał moje ciało. Charczałam, próbując nabrać powietrza. Ale i to przychodziło z trudem.

I tylko jeden dźwięk słyszany wszędzie w oddali.

Skowyt.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s