LIBERIA II. Miasto krwi–Rozdział 20

UŁOŻYŁAM SIĘ WYGODNIEJ na starym materacu licząc, że nie spędzę tu zbyt długo czasu. Było mi zimno i to pewnie dlatego, że moja bestia ukryła się głęboko we mnie w pełni obrażona. Nie pozwoliłam jej na nic podczas tej wizyty, choć była bardziej niż chętna do działania. Nie mogłam jednak pozwolić, by zobaczono moją prawdziwą naturę. Nie ci ludzie, którzy nadal wierzyli, że wygrają ze zmiennymi. Prawda była jednak taka, że nie mieli praktycznie żadnych szans. Człowiek w starciu z bestią? Nawet przy najlepszej broni, każdy zmienny był znacznie szybszy, silniejszy i widział oraz czuł ze znacznym odległości.

Tak, jak ja teraz czułam przy ścianie Sama, który ułożył się na drugim materacu i po prostu siedział, uważnie mi się przyglądając. Siedzieliśmy tak od pewnego czasu obserwując jeden drugiego, nic nie mówiąc. Miałam jednak tę przewagę, że słyszałam jego szybkie bicie serca, czułam emocje i zapach delikatnego strachu wydzielający się przez pory skóry. Niby ten sam mężczyzna, a taki obcy teraz. Czy mogłabym go za to winić?

Słyszałam kroki za włazem, przez który mnie przeprowadzono. Zapewne strażnicy gotowi do walki. Bronili ludzi tutaj mieszkających, ale ja nie stanowiłam dla nich zagrożenia. Chciałam jedynie odnaleźć swoją rodzinę i swoje miejsce. Czy jednak takie w ogóle dla mnie istnieje? Już nie człowiek, ale i nie w pełni zmienny. Jakaś hybryda. Coś po środku, co samo nie wie, czym jest i do czego jest zdolne. Dokładnie – coś!

– Jak sobie radzisz? – spojrzałam na Sama, skupiając się na jego cichym, męskim głosie. Kiedyś potrafiliśmy rozmawiać. Pytanie było dziwne i nie na miejscu, ale pewnie miało jedynie przełamać ciszę.

– Daję sobie radę o ile nie licząc dość częstego przesiadywania w celach, gdziekolwiek bym nie poszła. Wiesz, to zabawne, że chyba mam do nich słabość. Trzeba jednak przyznać, że ta jest znacznie bardziej klimatyczna. U Akera była oszklona i nie dawała żadnej prywatności. No i ten gaz, którym nas częstowali…

– Humor ci dopisuje. – jego wargi w kącikach lekko się uniosły, jakby w lekkim rozbawieniu. Ale skąd miał wiedzieć, że ja nie żartowałam? Naprawdę przechodziłam z jednej celi do drugiej, z jednej niewoli do kolejnej.

– Co się z tobą stało, Sam? Z tego co pamiętam, pracowałeś dla zmiennych i wiele razy się kłóciliśmy o podejście do nich. A teraz należysz do Ruchu Oporu i walczysz przeciwko tym, w których niegdyś tak wierzyłeś?

– Wszystko się zmienia, Mira. – gdyby wiedział, jak bardzo to wszystko potrafiło się pozmieniać. Przecież byłam Cat Girl – przeciwniczką działalności Zmiennych w Liberii. Pisałam tak wiele artykułów o zatuszowanych sprawach, morderstwach, znikających ludziach. To właśnie on, Sam, wiecznie tłumaczył mi, że przesadzam, że potrzebujemy Zmiennych, by zaprowadzili porządek i uratowali nas przed Mieszańcami. Ale ci, których tak bardzo się wówczas obawialiśmy, nadal są naszymi wrogami, czy może naszym wybawieniem? Dlaczego, pomimo wojny domowej, nie przedarli się przez niepilnowane granice i nie zniszczyli tej Osady? Co tak naprawdę znajduje się za murami Liberii?

– Wiem, że czasem wszystko się zmienia. Patrzymy z innej perspektywy, ale… Sam, czy naprawdę potrzebujemy tej wojny? I nie patrz na mnie tak, jakbym bluźniła. Widziałam tych ludzi w ruinach i oni wcale nie wyglądają na żołnierzy. I dlaczego Zmienni wciąż pozwalają im żyć, skoro są tacy okrutni i to ludzi chcą wybić?

– Mają plan….

– Gówno, a mają plan! Powiem ci, że nie chcą naszej, ludzkiej zagłady. Owszem, swoje mają za uszami i oboje o tym wiemy, ale kurna… oni nas też potrzebują.

– Jako niewolników? Żywicieli? Sorry bardzo, ale nie takiego życia chciałem.

– A jakie masz teraz? Żyjesz w tunelach, chowając się i czekając, by uszczypnąć ich za ogon. – mężczyzna wstał. Patrzył na mnie niedowierzając, że to mówię. Ale miał rację – wszystko się zmieniło. My się zmieniliśmy.

– Wygramy. Z takim wsparciem nie mają szans. – zmarszczyłam brwi. Nie wiedziałam, że ktoś wspiera rebeliantów w walce ze Zmiennymi. Czułam pewność każdego z nich – mojego ojca, strażników, a także Sama – w to, że wygrają.

– Ludzie nie mają szans z bestiami, Sam. Wiesz o tym doskonale.

– Ale ja nie mówię o tylko ludziach. – wyszeptał, ale nim zdążył rozwinąć temat, wszedł jeden ze strażników i zabrał nas na kolejne spotkanie z ojcem.

Nie wiedziałam, czy jest dzień, czy też noc. Tutaj wszystko było takie samo. Zamiast odpoczywać w celi, albo przespać się chociaż, rozmawiałam z Samem, patrzeliśmy na siebie. A teraz zostaliśmy wprowadzeni do kolejnego pomieszczenia, tym razem z widocznym na środku ogromnym stołem i ustawionymi wokół krzesłami. Ben siedział na samym końcu, w honorowym miejscu. Mogłam tylko przypuszczać, że nie jest już pionkiem, a to on teraz odpowiada za to miejsce. Zatem staje się celem numer jeden do zabicia przez Zmiennych. Poprowadzono nas dokładnie na dwa puste miejsca obok mego ojca. Dalej siedzieli mężczyźni i aż dwie kobiety. Nie przestawiono mi ich imion, ani nie określono, kim są. To jedynie postacie przy stole, które teraz czujnie mi się przyglądały.

Usiadłam grzecznie na wysunięte krzesło. Sam opadł chwilę później po mojej lewej stronie. Skinął głową do pozostałych gości. Ja jedynie przyglądałam się ich zaciekawionym twarzom. Zmęczeni ludzie, niektórzy z odrobiną obawy. Czekali.

– Odpoczęłaś choć odrobinkę? – skinęłam jedynie głową na słowa ojca, dalej patrząc jedynie po towarzyszach. – Mam nadzieję, że jesteś głodna. Byłam i to bardzo, jednak to nie tych warzyw chciałam. Moja bestia także była głodna czekając na coś krwawego. Surowego.

Spojrzałam raz jeszcze po wszystkich tych ludziach, powstrzymując przemożną chęć oblizania spierzchniętych ust. Bestia wychyliła swój łeb z kryjówki, ale szybko upchnęłam ją tam z powrotem. Nie mogłam jeszcze z nią walczyć. Nie po tym, jak wypowiedziałam się odnośnie bezsensowności walki. I tak byłam podejrzana. Pokazanie, że jestem zmienioną i nie w pełni człowiekiem byłoby dla mnie jedynie wyrokiem śmierci. Miałam dziwne przekonanie, że ojciec natychmiast skazałby mnie na śmierć. Ze względu na uczucia Bena do mnie, mogłam jedynie liczyć na w miarę szybki i bezbolesny koniec.

Podano półmiski z jakąś papką wyglądającą jak mieszanka ziemniaków z kaszą. Do tego sos, parę warzyw i minimalne kawałki mięsa. Z tego, co się dowiedziałam, w okolicach Liberii nie ma dzikich zwierząt, dlatego tak trudno upolować coś na obiad. Czy chciałam zatem wiedzieć, co właśnie jadłam?

– Panno Miro… – zapytała jedna z kobiet siedzących po praktycznie drugim końcu stołu. Nachylała się próbując szeptać, ale było to bezsensowne, skoro jej głos musiał do mnie dotrzeć przez całe pomieszczenie. Co prawda mogła szeptać pod nosem, a ja i tak bym ją usłyszała, ale z tym nie było sensu się zdradzać. – Co możesz nam o nich powiedzieć? – Była naprawdę zaintrygowana, a ja nie sądzę, by pytała o ich słabe punkty do walki i zabicia. Wiele kobiet kochało zmiennych za ich możliwości seksualne. Żywiciele także nie narzekali, czując ogromną euforię, nie wspominając o narkotykach na bazie krwi zmiennych. Ale to było kiedyś, jeszcze przed tą całą wojną, przemianą. Widziałam skrzywienie się mężczyzny tuż obok niej. Pewnie nie jeden raz musiał uspokajać zapędy kobiety. Swojej?

– Są potężni, silni i bezpośredni. Wiedzą, kiedy człowiek kłamie i … kiedy jest w potrzebie. Oni to zdaje się czują. A co do ich miejsca, no cóż, uciekając widziałam wiele oddziałów gotowych do walki a także kolejnych rekrutów przyuczających się do roli żołnierza. Szczerze? Trochę przerażający widok.

– Próbuje nas panienka przestraszyć? – zapytał mężczyzna.

– Nie, proszę pana. Jedynie ostrzec, że Zmienni są zwarci i gotowi do wszelkich starć. – mówiłam szczerze, ale nie zdradzałam też siedziby Akera. Każda z tych informacji była przecież powszechnie znana, albo przynajmniej łatwo było się tego domyślić.

– A mimo to uciekłaś, przynajmniej oficjalnie. – dobry był, to muszę mu przyznać. Przy stole panowała cisza, nikt nie jadł, tylko obserwował rozmówców. Pytanie, czy ten mężczyzna chciał odwrócić uwagę od dziwnego tutaj zainteresowania Zmiennymi jego partnerki, czy po prostu chciał mnie zdemaskować? Gdybym faktycznie była szpiegiem, takie rozmowy nic by przecież nie dały. Każdy powinien to wiedzieć. A na tortury się jeszcze nie zanosiło.

– To prawda. Myślę, że nie spodziewali się, że człowiek wykorzysta dwa razy tą samą drogę ucieczki. Z pewnością teraz obstawiają wszystkie już wejścia.

– I nie ścigali cię? Aż nie chce się wierzyć, że puścili cię ot tak, wolno.

– Pewnie teraz krążą po Liberii oddziały poszukiwawcze. Te, które mnie goniły natrafiły na grupę Mieszańców i najpierw tamtymi musieli się zająć. A dla mnie to była idealna okazja do ukrycia się. Zgubiłam swój ślad tak, jak mnie uczyłeś, ojcze. – ale on jedynie skinął głową i spojrzał z naganą na mężczyznę prowadzącego przesłuchanie. Wiem, że i inni byli ciekawi mnie, mojego życia wśród zmiennych, jak i sposobu na ucieczkę, ale to nie była najwyraźniej odpowiednia chwila. I dlaczego nikt nie zareagował na fakt, że po mieście biegają grupy Mieszańców? Dlaczego odniosłam wrażenie, że bardziej boją się Zmiennych, oddziałów Akera i jego podobnych, niż dzikich Mieszańców? Czyżby zaczęto wyznawać zasadę – wróg mego wroga staje się moim sprzymierzeńcem?

Reszta wieczoru przebiegała w ciszy i na rozmowach pomiędzy tymi ludźmi. Kim byli? Nie miałam pojęcia, ale po zachowaniu ojca mogłam śmiało stwierdzić, że musiał mimo wszystko liczyć się z ich zdaniem. Chociaż wydawało mi się, że to właśnie Ben wydawał tu głównie rozkazy i to jego słuchano. Mimo wszystko tłumaczył się z jakiś dwóch akcji, w której stracili zbyt wiele niewinnych. Nie wiedziałam, o czym mówili, jednak próbowałam się przysłuchiwać uważnie. Może coś jednak by mi się przydało?

Jednak Sam i część kobiet nie dali mi w spokoju zjeść posiłku. Żywe zainteresowanie Zmiennymi nie miało końca, choć mój ex wydał się nieco bardziej zniecierpliwiony. Przecież nie interesowały go umiejętności wroga pod względem flirtu, czy łóżkowych ekscesów, a jedynie słabe strony – jak najszybciej go zabić. Przypomniałam sobie moment, gdy bez żadnego problemu mogłabym zabić Akera. Kiedy wstałam z łóżka, on spał. Nie reagował na mnie. Przecież gdyby udawał, powstrzymałby mnie, prawda? Ale on był mnie pewny. Ufał mi. Mogłam go wówczas skrzywdzić. Gdybym była prawdziwym wrogiem Zmiennych, tak bym uczyniła. Ja jednak uciekłam od niego. A teraz czułam, jak wewnątrz mnie wszystko się ściska, boleśnie i bardzo nieprzyjemne uczucie ogarniało moje ciało. Zdradziłam go. Zawiodłam jego zaufanie. Przecież mogłam poczekać, aż się obudzi i po prostu z nim porozmawiać. Jednak zrobiłam pierwszą, impulsywną rzecz, jaką mogłam – ucieczka z jego oddziału. Od niego. Wiem, że czułam się u niego więziona i z pewnością nigdy nie powiedziałby mi prawdy o tym świecie, ale teraz też nie czułam się wolna. Popatrzyłam po wszystkich obecnych. Spuściłam głowę i zastanawiałam się – po raz pierwszy zresztą, czy oby na pewno postąpiłam dobrze uciekając?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s