Mroczni. Nadia–Rozdział 15

Para uderzyła mnie prosto w twarz. Nie odsunęłam się. Przeczyściłam dysze raz jeszcze. Dziś bar był prawie pusty. Tylko jakaś przejezdna para zażyczyła sobie kawę i jedzenie. Na ogół podawaliśmy tylko jakieś przegryzki pasujące do piwa dla stałych klientów, ale najwidoczniej jedzenie dla bardzo wygłodniałych też się tu znajdzie. Czy powinnam bardziej zainteresować się miejscem, w którym pracuję?

– Hej ci. – usłyszałam radosny głos zza pleców. Wiedziałam, że mnie odwiedzi w swój dzień wolny. I nawet liczyłam cichutko na taką miłą wizytę. Tęskniłam za kimś, z kim mogłabym porozmawiać. Ostatnio czułam, jak gdybym nie miała swojego miejsca. Czułam się opuszczona przez wszystkich. Patrzyłam, jak każdy kogoś ma, nawet kogoś do porozmawiania. Mieli swoje życia, a ja jedynie przechodziłam gdzieś obok, prawie nie zauważona.

– Cześć Viv. Zaraz podejdę. – stwierdziłam przez ramię, przygotowując kawę dla gości. – James jest w kuchni, przygotowuje posiłki. Jak chcesz się załapać, to krzyknij do niego.

– Wpadłam tylko się ogrzać i pogadać. Dawno się nie widziałyśmy. – powiedzmy, że tak było. Owszem, tęskniłam za towarzystwem, ale także czekałam na odpowiedzi. Nikt takich nie chciał mi udzielić. Miałam jednak wrażenie, że Viv czyta we mnie i widzi, co naprawdę się dzieje.

Podałam kawy do stolika i wróciłam za bar. Nie wiedziałam, co chciała Vivian do picia, bo przecież nic nie zamawiała. Sama z siebie też nie wiedziałam, czy mogę komuś robić napoje i nie liczyć za nie. To przecież bar Jamesa.

– Connor wraca z Matthew. Pewnie już się nie możesz ich doczekać? – o tak, mieli być znacznie wcześniej, ale coś sprawiło, że ich przyjazd się przedłuża.

– Wszyscy na nich czekają, jak gdyby byli najważniejszymi w tym mieście. – nie chciałam warczeć, ale dlaczego nikt nie przejmuje się innymi? Dlaczego wszyscy sądzą, że to właśnie ja najbardziej oczekuję ich powrotu. Owszem, cieszyłam się, ale coraz bardziej denerwowały mnie insynuacje, że mnie i Connora łączy coś znacznie poważniejszego, niż jest naprawdę.

– Bo przecież praktycznie są… Connor…. – spojrzałam na nią, ale już nic nie powiedziała. Pokiwała jedynie głową, jak gdyby z bezsilności. – Ty wciąż nie rozumiesz, jak ważni są Mroczni dla naszego miasta. Kiedy zrozumiesz, ile znaczy dla nas Connor i to, co robi, zdasz sobie sprawę, dlaczego wszyscy tak się cieszą, gdy wraca.

– Ja nawet nie wiem, kim ci Mroczni do końca są. – powiedziałam cicho, przecierając i tak wciąż czysty blat. Vivi spojrzała na mnie tak dziwnie, jak gdyby spodziewała się, że żartuję. Ale wcale tak nie było. Mówiłam serio – nie wiedziałam, bo nikt nie chciał mi niczego powiedzieć. Ot, jakieś ochłapy informacji dostałam od Connora i Iana, coś dorzucił Matthew, ale nadal niewiele wiedziałam o tym miejscu, Mrocznych, ich prawdziwym życiu i przede wszystkim – prawdzie o mnie.

– Wiesz co? Wpadnę po Ciebie, jak skończysz zmianę. Pójdziemy na kawę i pogadamy. Widzę, że nie jest dobrze. – ale nie zareagowałam. Jedynie wzruszyłam ramionami i oparłam się o ladę. Patrzyłam w przestrzeń za witryną. Życie tam toczyło się tak, jak gdyby nigdy nic. Ludzie przechodzili i rozmawiali. Ale czy to byli tylko ludzie? Może to też byli Mroczni? Jak mam rozpoznać, kto jest kim? Jak mam wejść w ich życia i czuć się komfortowo, gdy nadal czułam się outsiderką?

* * * * *

Szłam pustą drogą, zastanawiając się, dlaczego wciąż nie zmieniła się w błotnistą breję. Ubita ziemia wyglądała nadal stabilnie, a błoto zajmowało jedynie krótki odcinek pomiędzy końcem drogi, a trawiastym poboczem. Na szczęście nie jeździły tutaj przeważnie żadne auta. Cieszyłam się z tej ciszy. Była dla mnie niemal balsamem na wszelkie zranienia. Nie czułam się dobrze wśród zbyt wielu ludzi. Tłumy mnie przerażały. Czułam się wówczas za bardzo stłoczona, uwięziona. A chciałam być przecież znów wolna. Po tym wszystkim, co przeżyłam, chciałam doświadczyć wszystkiego, co straciłam przez te lata. Z jednej strony chciałam szaleć i czuć, że naprawdę żyję, że to wszystko nie jest dziwnym snem. Jednak druga część mnie, ta ostrożna, strachliwa, za bardzo się bała oddać w pełni wszystkiemu. Stopowała mnie obawiając się konsekwencji każdego działania. Przez nią kroczyłam na paluszkach przez całe moje życie. To ona kazała mi posłusznie wysłuchiwać każdego kroku w celi. Słuchać wszystkiego, co oprawcy mówili, robili. Nie wyróżniać się z tłumu. Stać się niewidzialną, bo tylko wówczas nikt nie mógł nas skrzywdzić.

Spojrzałam na dom w oddali. Moje tymczasowe miejsce pobytu. Miałam tam odnaleźć spokój i stanąć na nogi, ale coś mi nie pozwalało w pełni cieszyć się tym, co miałam. Owszem, dom uwielbiałam i gdybym mogła, mieszkałabym tam nadal. Wokół tylko drzewa i brak ludzi wokół, poza paroma sąsiadami, którzy na szczęście mieszkali w odpowiednich odległościach. Zupełnie, jak gdyby domy były wybudowane tak, by czuć się samotnikiem, mieć święty spokój, ale i być wciąż częścią społeczeństwa. Wiedziałam, że w razie problemów, miałam sąsiadów chętnych do niesienia pomocy. Nie odwiedzali mnie jednak, nie byli nachalnymi i chętnymi do poznania. Connor powiedział, że czekają, aż sama zechcę się zaprzyjaźnić. Czy chciałam? Owszem, nie chciałam być więcej samotnikiem, z drugiej strony pasował mi taki układ. Miałam tylko siebie i tęskne spojrzenia na drugiego mieszkańca tego domu. Czy był właśnie teraz przygotowując sobie posiłek? Zostawi mi znów ślad swojej obecności? Wiem, że czuwał nade mną, ale z jakiegoś powodu nie chciał mnie widzieć, nie chciał znów razem mieszkać i… robić to wszystko, co robiliśmy dotąd. Tak bardzo chciałabym zrozumieć jego postępowanie, ale nie miałam z kim o tym porozmawiać. Musiałabym wówczas zbyt wiele wyjaśniać. Wyjawić mój sekret. Nasz.

Otworzyłam drzwi i poczułam aromat świeżo zaparzonej kawy. Wbiegłam do kuchni czując w powietrzu zawirowania. Ktoś tu wciąż był. Ścisnęłam ladę widząc męskie nogi zasłonięte przez ciemne dżinsy. Reszta ciała zakryta była przez drzwi lodówki. Chrząknęłam by zaznaczyć moją obecność.

– Cześć maleństwo. – powitał mnie lekko zachrypnięty głos Connora. Uśmiech znikał stopniowo z mojej twarzy. Gdy jednak wychylił się zza lodówki, zamykając ją biodrem, próbowałam wymusić na sobie radość z zobaczenia właśnie jego. Zmarszczył brwi widząc mój zawodowy uśmiech, ale w środku bolało mnie, że to jednak on był w kuchni, a nie jego brat. Czułam ogromną tęsknotę i pustkę w sobie. Dziwne uczucie, do którego wciąż nie potrafiłam przywyknąć.

Connor odstawił na blat produkty, które trzymał. Ostrożnie podszedł do mnie, by przytulić moje ciało. Czy coś czułam? Owszem. Jego zapach, bezpieczeństwo. Ale to nie tych ramion teraz tak bardzo pragnęłam. Wtuliłam się jednak próbując za wszelką cenę się nie rozpłakać.

– Wszystko dobrze? – zapytał zdziwiony czując, jak drżę.

– To z tęsknoty. – nie chciałam zdradzać niczego więcej. Wyczułby pewnie, że kłamię. A to było prawdą. Nie rozwinęłam jednak dalej tematu, ściskając go mocniej.

– Już jestem i nie wybieram się przez dłuższy czas. – pocałował mnie w głowę i pozwolił mi dłużej tak stać. – Co powiesz na to, byśmy wypili kawę i pogadali o tym, co tu się działo? – zadrżałam z obawy, że wie o czymś, o czym nie powinien wiedzieć. Czyżby nasz sekret został wyjawiony? A może Ian mu wszystko opowiedział? Spojrzałam w jego łagodne oczy. Zawsze takie dla mnie były. Czy mogłabym go rozczarować, gdyby poznał o mnie prawdę i do czego byłam zdolna? Czy nadal by mnie tak ściskał wiedząc, jakim jestem potworem? Nie powinien mnie uwalniać z tamtej celi. Najwyraźniej inni wiedzieli lepiej, że nie powinnam być wśród ludzi.

Niestabilna.

Niebezpieczna.

Potwór.

Dzwonek telefonu Connora przerwał moje rozmyślania. Odkleiłam się, dosłownie, od klatki mężczyzny, pozwalając mu swobodnie odebrać. Nie przysłuchiwałam się rozmowie. Odeszłam w stronę ekspresu, nalewając do kubków dwie kawy. Pamiętałam, jaką pija mój opiekun, dlatego zrobiłam jego ulubioną. Sprawdziłam, jakie produkty wyciągnął z lodówki. Musiał być głodny. A ja bardzo chciałam się czymś zająć. Robić cokolwiek, by nie myśleć o tym, czym jestem i co się wokół dzieje. Wsadziłam wszystko ponownie do lodówki, wyciągając garnek z gotowym obiadem do odgrzania. Przygotowałam talerz i sztućce dla niego, samej nie chcąc już nic jeść. Straciłam apetyt. Wiem, byłam niewdzięczna. Wrócił tutaj, do mnie, choć mógł być gdziekolwiek. A ja nie potrafiłam okazać mu nawet radości.

– Wszystko w porządku? – zapytał cicho nadal nie ruszając się zza lady. I byłam mu za to wdzięczna. Nie zniosłabym, gdyby teraz podszedł do mnie i mnie objął. Moje ciało się spięło. – Dzwoniła Vivian. Miałyście spotkać się pod koniec twojej zmiany.

– Wyszłam wcześniej i chciałam się przejść. – powiedziałam nadal zgodnie z prawdą, mieszając gulasz. Ponownie nie rozwinęłam tematu, by nie musieć kłamać. Ale naprawdę nie chciałam słuchać ćwierkania dziewczyny nad przyjazdem mojego opiekuna, nad całą resztą. Z jednej strony pragnęłam przyjaciół, być częścią tego wszystkiego, ale robiłam też tak wiele, by wciąż odseparować się od mieszkańców.

– Martwiła się, że zniknęłaś. Ponoć nie wyglądałaś za dobrze. – skinęłam w odpowiedzi głową, nie komentując. Przez chwilę panowała nieprzyjemna cisza. W innych okolicznościach opowiadałabym mu o wszystkim. Zawsze mieliśmy sobie sporo do powiedzenia. Pracowałam w barze, gdzie przychodzili różni ludzie, zawsze coś znalazło się do opowiadania. Ja jednak uparcie milczałam. – Niebezpiecznie teraz chodzić samemu. Wiesz, przez te wypadki…

– Wiem, słyszałam. – odłożyłam drewnianą łyżkę, którą mieszałam gulasz. Podałam mu kubek kawy uważając, by nie dotknąć jego dłoni. Wcześniej nie miałam z tym problemu, teraz jednak nie czułam się komfortowo z tym. Coś się zmieniło we mnie.

– Zjeżdżają się wszyscy. Powinnaś wiedzieć, że w domu często będą… goście. Nie chcę, byś się wystraszyła, albo czuła niekomfortowo.

– To wasz dom, a ja jestem gościem. Nie mam prawa narzekać, Connor.

– Nadia… co się dzieje? – jego głos stał się niższy, bardziej zachrypnięty, odrobinę cichszy. Czułam jego zmartwienie i znów miała gulę w gardle. Nie chciałam znów płakać, ale rozmawiać o Ianie także nie mogłam. Connor i tak miał wiele do zarzucenia swojemu bratu, a ja nie chciałam dodawać jeszcze więcej do listy wykroczeń. Jaki byłby sens? Chciałam przecież, by zobaczyli w Ianie to, co ja. Nie był złym człowiekiem, po prostu szukał swojej drogi w sobie znany sposób. Coś go zmieniło, a nikt nie chciał nawet dotrzeć do niego, do istoty problemu.

Spojrzałam w okno. Niebo zasłaniały chmury. Gęste. Zwiastujące załamanie pogody. Znowu. Czy Ian miał jakieś lokum? Nocował u swoich przyjaciółek? A może po prostu wyjechał? Nie, niemożliwe, skoro zostawiał mi znaki swojej obecności w całym domu. Nigdzie też nie widziałam, by zakaz mi wchodzić do swojej sypialni. Po prostu zabierał swoje ciuchy i drobne przedmioty. Ale nigdzie nie było informacji, bym zajęła na nowo swój pokój. Czasem budziłam się w nocy mając wrażenie, że jestem obserwowana, ale pokój był pusty, gdy się wówczas zrywałam. Czy to było złudzenie, moje życzenie, czy faktycznie tam był?

Connor nie odezwał się słowem przez resztę swojej wizyty. Wypiliśmy w ciszy kawę. Zjadł gulasz, który mu podałam. Ja jedynie siedziałam i patrzyłam w okno, na zmieniający się krajobraz. Ogarniał mnie coraz większy smutek. Tak ogromna tęsknota sprawiała mi ból. Czułam się odrzucona. Niechciana.

Ale jak ktoś miałby mnie chcieć, skoro byłam potworem?

Jakiś czas później, Connor opuścił w ciszy dom. Posprzątałam po jego wizycie i poszłam do łóżka. Ułożyłam się na pościeli pragnąc znów poczuć się dobrze. Przytuliłam poduszkę Iana i odpłynęłam.

Sny. To jedyne miejsce, gdzie byłam tym, czym chciałam być.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s