LIBERIA II. Miasto krwi–Rozdział 19

ROZEJRZAŁAM SIĘ PO okolicy. Wcześniej znałam każdy kąt. Teraz wydawał mi się zupełnie inny. Przysiadłam na gałęzi niedaleko tajnego wejścia do kryjówki. Czekałam i nasłuchiwałam. Z jakiegoś powodu wiedziałam, że nie jestem tu sama. Nie wyłapałam jednak żadnych czujników, kamer, żadnych zabezpieczeń. Nie potrafiłam jednak podejść zbyt blisko. Musieli przecież zostawić jakieś pułapki.

Kroki się zbliżały. Powoli. Dokładnie pode mną. Siedziałam nadal nieruchomo w oczekiwaniu na gościa, który skradał się pod drzewem. Czułam go. Człowiek. Istota w pełni ludzka, choć strasznie śmierdząca. Po chwili zobaczyłam go dokładnie pod konarem, na którym przysiadłam cicho i nieruchomo. W kapturze naciągniętym na głowę, z dziwnymi goglami. Ubrany niemal jak bezdomny, jak każdy mieszkaniec Liberii, na jakiego dotąd się napatoczyłam. Kilka warstw podartych i czasem cerowanych ubrań. Zamiast butów, zawiązane szmaty. Stare, śmierdzące nawet z tej odległości ubrania. Na plecach jednak dźwigał lniany wór, wypełniony czymś po brzegi. Wydawał się ciężki zważywszy, jak uginała się postać. Rozglądał się z przestrachem obserwując wszystko wokół, nim postawił kolejny krok.

Skupiłam się na nim i na śladach przez niego zostawianych. Nie szedł prosto do włazu. Robił dziwne zawijane ścieżki, zupełnie jak gdyby chciał ominąć niektóre kupki ziemi, posianą dziwnymi kępami trawę. Pułapki lub ostrzegawcze alarmy. Tak, jak się spodziewałam – zostawiono zabezpieczenia. Kiedyś z ojcem doglądaliśmy podobnych miejsc. Były bardziej zabezpieczane, z daleka ostrzegały już o zbliżających się osobnikach. Ruch Oporu posiadał także wiele kamer, dzięki czemu nie tylko mieliśmy obraz z zewnątrz, ale także mogliśmy patrzeć na temperaturę osób zbliżających się do nas. Dzięki temu wykrywaliśmy Paranormali, których temperatura przewyższała ludzką parokrotnie. Czy zatem teraz czujniki wykryłyby mnie jako wroga? Wszak należę teraz do tamtych – oddziału przeciwników ludzkości, prawda?

Zeskoczyłam szybko i bezszelestnie z drzewa. Wciąż obserwując człowieka zbliżającego się do włazu. Rozglądał się, ale mnie nie wypatrzył. Byłam poza jego wzrokiem. Teraz jednak wiedziałam, że gogle, które założył, badały temperaturę otoczenia. Zatem nadal tego używają. Poczekałam, aż odłoży worek i zacznie odbezpieczać właz. Wiedziałam, że na tym właśnie się skupi, by odpowiednio odbezpieczyć, w innym przypadku mógłby umrzeć. Sam właz przecież też musiał być zabezpieczony. Chyba nawet najbardziej ze wszystkiego. Ostatnia deska ratunku, nim wróg wejdzie do tuneli i napadnie na mieszkańców.

Cierpliwość nigdy nie należała do moich mocnych stron, posiadałam raczej krótki zapalnik, teraz jednak musiałam przeczekać odpowiednią ilość czasu, aż mężczyzna uzna za bezpieczną okolicę i otworzy przejście do podziemi. Na szczęście długo czekać nie musiałam. Zdziwiło mnie jednak, że nawet nie zacierał swoich śladów idąc wprost do włazu. Po karku przeszedł mi nieprzyjemny dreszcz. Coś tu było bardzo nie tak, jednak musiałam teraz szybko działać. Może nie powinnam za nim podążać? Może Ruch był gdzie indziej? Mogło się przecież wszystko pozmieniać przez te dziesięć lat.

Ruszyłam biegiem, gdy tylko mężczyzna otworzył właz i wrzucił worek. Wiedziałam, że moja druga natura pozwoli mi dobiec do niego w niemożliwy dla ludzi sposobów. Prędkość była zarezerwowana dla Zmiennych.

Pisnął, gdy w ostatniej chwili chwyciłam go za kark i przyciągnęłam bliżej siebie. Wytrąciłam z ręki broń, którą pewnie chętnie by mnie potraktował. Przez chwilę jeszcze walczył, próbując uwolnić się z mojego objęcia, nawet machnął parę razy głową licząc pewnie, że byłam na tyle głupia, by mieć swoją twarz w pobliżu jego głowy. Uderzenie prosto w nos z pewnością by sprawiło, że zdołałby się uwolnić. Ale nawet o tym nie myślałam, ustawiając moje ciało nieco z boku. Nie mógł mi nic zrobić. Wykorzystywałam jedynie swoją ludzką siłę i zaskoczenie, starając się nie dopuszczać teraz mojej dzikiej natury.

– Chce zobaczyć się z członkami Ruchu Oporu.

– Nie wiem…. Nie wiem, o czym mówisz. – wyszeptał, jąkając się. Nie mogłam znieść jego zapachu. Zatykał mi nos i sprawiał, że chciałam zasłonić twarz. Z drugiej strony ja teraz pachniałam nie lepiej. Pożyczone ciuchy, broczenie bo wodzie, a teraz przytulnie się do niego z pewnością nie było przyjemnością. Ścisnęłam go nieco mocniej, by usłuchał mnie uważniej. Znów pisnął jak panienka. Co się dzieje z ludźmi? Gdzie ci wojownicy, którzy mieli walczyć o przetrwanie ludzkości?

– Chcę się jedynie zobaczyć z ojcem, albo kimś, kto jest w stanie udzielić mi informacji o Liberii. Potem odejdę.

– Puść go! – zza moich pleców wyszedł mężczyzna. Wojownik. Miał surowy ton. Lekko odwróciłam głowę, by zerknąć za siebie. W ciemności widziałam kształt z wymierzonym we mnie pistoletem. I to nie takim starociem, a najnowszym modelem, jakie widywałam u Akera w oddziałach. A jednak mają tu strażników. Głos jednak mi coś mówił. Odwróciłam się nagle doń przodem, przed sobą ściskając nieszczęsnego mężczyznę. Po chwili poczułam ostry zapach uryny. Warknęłam, gdy poczułam na stopie coś mokrego. Boshe, on właśnie się zsikał ze strachu.

– Naprawdę? Szczasz w spodnie, choć nie mam broni? – odrzuciłam go na bok, nie mając z niego żadnego pożytku. Poradziłabym sobie z wojownikiem przede mną. Przecież walczyłam z Mieszańcami w ich zwierzęcej formie.

– Mira?! – podniosłam głowę. Z ciemności po lewo wychodził kolejny mężczyzna. Trzymał broń w gotowości, choć opuszczoną wzdłuż ciała. Obserwował mnie uważnie. Jego zapach wydawał się znajomy. Głos również. Zmarszczyłam brwi, próbując sobie przypomnieć, do kogo należał. Moja przeszłość, to pewne.

– Znam cię… kiedyś znałam… kim jesteś? – wyszeptałam, próbując dostać się do moich wspomnień. Powinnam go pamiętać, czułam to. Choć nie zdawałam sobie sprawy, że minęło dziesięć lat, one wywietrzyły z mojej głowy mnóstwo rzeczy.

Mężczyzna wyszedł z ciemności. Mocnej postury, z krótko przyciętymi włosami w żołnierskim stylu. I te jego przeszywające, surowe oczy, które niegdyś znały mnie doskonale, patrzyły przeze mnie, widząc wszystko, czego być może nawet nie powinien. Poczułam, jak nogi lekko mi się uginają. Lekko kącik ust się podniósł, jak gdyby cieszyła go reakcja mojego ciała.

– O boże, Sam! – wyszeptałam, rzucając się w jego stronę. Drugi wojownik podniósł broń, ale szybko ją opuścił, gdy jego kolega stanął na linii strzału, nijako broniąc mnie. Po chwili już wisiałam w jego ramionach. Jego ramiona mocno mnie przyciągnęły do siebie. Chłonęłam jego ciepło. Przywoływał w mojej pamięci te stare, dobre czasy, gdy jeszcze Osada była miejscem bezpiecznym, a ja czułam się beztrosko nie martwiąc się o nic.

– Miro… – ścisnął mocniej jeszcze raz, a potem puścił. Czułam ruch ręki, jak gdyby pokazywał coś innym. Obejrzałam się za siebie. W ciemności zauważyłam cztery kształty. Widziałam błysk broni. A zatem strażnicy byli tam cały czas. Czy mnie widzieli na drzewie? Czekali na mnie? Przecież nie wyczułam nikogo, ale teraz czułam tych, którzy byli przy mnie. Jakim cudem nie potrafiłam wyczuć innych wojowników, schowanych w ciemności? Gdy wiedziałam, gdzie szukać, mogłam zauważyć delikatne drgania w powietrzu. Jednak tylko wtedy, gdy oni chcieli mi się pokazać. Czego tutaj używano, by ukryć się przed Zmiennymi?

Po chwili byłam już w ciemnym tunelu podziemnym. Mężczyzna, którego napadłam, szybko przechodził korytarzami starając się być najdalej ode mnie. Sam milczał całą drogę, będąc tuż za moimi plecami, jednak na bezpieczną odległość, bym nie mogła go uderzyć z zaskoczenia. Miał też wciąż w dłoni broń gotową do strzału, teraz jednak sztywno ustawioną wzdłuż swego ciała. Nie byłam zatem zbyt miło powitana. Owszem, przytulał mnie na górze, teraz jednak czułam się jak więzień idący na przesłuchanie. Atmosfera tego miejsca także nie nastrajała zbyt optymistycznie. Ciemne ściany i gdzie nie gdzie jakieś oświetlenie. Starałam się widzieć tylko ludzkimi oczyma, potykając się, gdy było zbyt ciemno dla człowieka. Sam co jakiś czas łapał mnie za ramię, ale równie szybko puszczał i cofał się, klnąc pod nosem. Czyżby walczył z odruchem ratowania mnie od upadku? Przy kolejnym potknięciu po prostu stał za mną i czekał, aż złapię równowagę.

– Sam… co się dzieje? – zapytałam przez ramię, nadal idąc wskazanym mi długim, ciemnym korytarzem. Było tu znacznie chłodniej, niż na powierzchni. Czułam także, jak gdybyśmy schodzili coraz niżej, choć sam korytarz nie wydawał się być pod kątem. Było tu tak cicho i mrocznie. Zza ściany czasem udało mi się dosłyszeć jakieś głosy, szurania. Czyżby to była jedynie jakaś dziwna ścianka działowa, a za nią kolejne przejścia? Pamiętam, jak ojciec mi tłumaczył, że Ruch celowo tak tworzy tunele pod Osadą, by wydawały się labiryntem i tylko mała grupa odpowiedzialnych ludzi wiedzieli, jak swobodnie się poruszać. Reszta była jedynie prowadzana przez żołnierzy. Czyżby to się nie zmieniło, a Sam przeszedł do Ruchu Oporu?

– Cierpliwości, Miro. Nie tylko ty szukasz odpowiedzi. – powiedział z dziwną chrypką w głosie. Wcale nie było to przyjemne. Zadrżałam.

Korytarz się rozwidlał w trzy różne tunele. Przystanęłam nie wiedząc, gdzie mam iść dalej. Sam przez chwilę mi się przyglądał. Starałam się nie reagować na głosy dochodzące z każdego z tuneli. Przyciszone głosy. Zapachy niemal z kuchni i choć czułam ogromny głód, zacisnęłam zęby, by nie reagować. Człowiek by tego nie wyczuł, prawda? Miałam wrażenie, że jestem testowana.

Sam kiwnął głową w lewą stronę, czyli dalej od kuchni. Skierowałam tam swoje kroki nie reagując na fakt, że Sam zwolnił i coraz bardziej się ode mnie oddalał. Po chwili weszliśmy w zakręt, który kończył się mocnymi drzwiami. Wyglądały na drewniane, ale z pewnością były dodatkowo zabezpieczone. Czułam delikatne drgania napięcia elektrycznego. Czyżby chcieli mnie nieco „podładować”?

– Sam, czy…. – nie zdążyłam jednak dokończyć pytania, gdy drzwi odtworzyły się hukiem. Jeden ze strażników krzyczał, że nie wolno tego robić. Ale za jego ramieniem zobaczyłam człowieka, którego tak szukałam. Wyglądał o wiele starzej, niż to zapamiętałam. Przeciskał się pomiędzy wojownikami, by do mnie dotrzeć. Kątem oka widziałam także, jak Sam przybliżył się do mnie. Czułam jego napięcie w ciele. Był gotów do walki. I z pewnością nie w mojej obronie. – Ben?

– Córeczko! – krzyknął i udało mu się przecisnąć. Rozłożył ręce pozwalając mi w nie wpaść. Tak bardzo pragnęłam go odnaleźć. I chociaż nie często okazywaliśmy sobie czułości, teraz była to chwila tylko dla nas. Wyjątkowa. Nareszcie się odnaleźliśmy, a ja byłam już pewna, że mam rodzinę. Żywą. W moich ramionach. – Ty żyjesz!

– Oczywiście, że żyję… – powiedziałam, marszcząc brwi. Spojrzałam na jego zdziwione spojrzenie. – Tato, dlaczego sądzisz, że nie żyłam?

– Tak nam powiedzieli. Przyniesiono nam twój czip jako potwierdzenie i powiedzieli, że zginęłaś. Napadnięta przez bestie. – wypluł zza zaciśniętych zębów. Pamiętam, jak bardzo nie lubił Zmiennych za to, co zrobili z moją matką. A potem dostał powiadomienie, że jego starsza córka także zginęła. Spojrzałam na Sama, ale on patrzył teraz gdzieś w bok.

– Nie, ja… to długa historia. – powiedziałam z rezygnacją mając świadomość, że znów przez to będę przechodzić. Czy oni także zamkną mnie w celach, jak Aker i będą przeprowadzać jakieś badania, by sprawdzić, co mi zrobiono? Przytuliłam mocniej ojca nie chcąc tracić nawet najmniejszego z nim kontaktu. Już dosyć straciliśmy oboje. Zadrżałam na tę myśl. – Jest tu też Lisa? – ojciec drgnął na moje pytanie. Skrzywił się i chwycił za moją dłoń. Szarpnął mnie w głąb pomieszczenia. Posadzono mnie na drewnianej sofie pokrytej podartą poduszką. Nie chciałam wiedzieć, co przeszło to siedzisko. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Postawiono tu jeszcze takie same dwie sofy i dwa fotele. Każdy mebel wydawał się z zupełnie innego źródła. Nic nie pasowało do siebie. Przede mną był też mały stolik, na którym ustawione były parujące dwa kubki. Przy ścianie ustawiono ogromne regały, wypchane książkami. Wyglądało to niczym salon w mieszkaniach. Pokój, gdzie przyjmujemy gości, miło gawędzimy o nic nieznaczących rzeczach. Dziwnie się czułam. Sam usiadł po drugiej stronie tak, by obserwować zarówno mojego ojca, jak i mnie. Było tu też dwóch wojowników, którzy stanęli za moimi plecami. Traktowano mnie jak niestabilnego, być może niebezpiecznego gościa.

– Tato, gdzie jest Lisa? – zapytałam ostrzej, zaczynając naprawdę się denerwować tym, co tu się działo. Nie tylko nie poznawałam całej Osady, ale także tego miejsca. Ci ludzie nie byli już bandą próbującą przemówić ludziom do rozumu, stojący przeciwko Zmiennym. To byli prawdziwi wojownicy. Widziałam ich gojące się rany. Sam także odniósł swoje. Blizna przecinająca jego policzek, nadająca mu groźniejszy wygląd. Miał też wciąż krwawiącą ranę na ramieniu, o czym pewnie miałam nie wiedzieć. Czułam jednak jego krew nawet z tej odległości.

– Lisa pracowała w szpitalu, jak wiesz. Gdy zaczęło być naprawdę źle, a walki weszły na wyższy poziom, przeniesiono wszystkich członków szpitala do klinik Liberii. Od tamtej pory nie widziałem jej, choć stara się zostawiać wiadomości, że żyje. Posłańcy mówią, że wygląda dobrze, ale… – zrozumiałam. Widziałam jego niesmak i rozczarowanie, jakie czuł do swojego dziecka. Lisa, moja młodsza siostra, była za równością ludzi i zmiennych. Pracowała dla nich, sprzeciwiając się temu, co robił Ruch. Pamiętam, że wielokrotnie mówiła, że każdy ma ograniczoną cierpliwość i nie chce widzieć, co się stanie, gdy ta się zmiennym skończy. Czyżby właśnie to nastało? Skubałam skórki przy połamanych, krótkich paznokciach próbując przeanalizować wszystko. – Nadal jest z tym swoim… lalusiem, sprzedawczykiem.

– Rozumiem. – powiedziałam. Od zawsze ojciec nie ukrywał swojego stosunku do Fabiana, partnera Lisy. Chodziły słuchy, że był aż za bardzo oddany Zmiennym, ale nikt mu niczego nie udowodnił. Musiałam przerwać, bo ojciec potrafił naprawdę długo rozprawiać o jakże złym guście mojej siostry. Mój był nie lepszy, prawda?

– A co się działo z tobą? – po raz pierwszy odezwał się Sam, obserwując mnie czujnie. Dystansował się do tego wszystkiego. I nie dziwię się mu wcale. Mogłam przecież być koniem trojańskim, wprowadzonym przez ich wroga, prawda? I choć zabolało mnie to, rozumiałam takie działanie.

– Tak naprawdę to nie wiem. Podczas biegania z sąsiadką zostałyśmy zaatakowane przez jakieś bestie. I uwierzcie mi, byłam pewna, że umieram. Potem obudziłam się w jakieś klinice, szpitalu. Nie wiem, co to było. Okazało się, że porywano ludzi do tego miejsca, a potem puszczano dla jakieś chorej zabawy. Moim zadaniem było przeżyć. Atakowały nas Mieszańce. – zauważyłam, jak mężczyźni drgnęli.

– Jak przeżyłaś? Człowiek nie ma szans…

– Poznałam tam Hope. Dziewczynę z niższych Dystryktów, która była tam znacznie dłużej ode mnie. Pokazała mi, jak wykrada jedzenie i jak się ukrywa w szybach wentylacyjnych. – nie było sensu opowiadać, że sama zabijałam Mieszańców, bo i mnie zmieniono w coś, co śmiało można było nazwać maszyną do zabijania. – Potem uciekłyśmy, gdy oddziały Liberii napadły na to miejsce. Przeniesiono nas do ich siedziby, znaczy się do tutejszych władz. Opatrzono i zaczęto poddawać badaniom. Uciekłam. Pierwsze co, to musiałam zgubić ogon i chciałam jak najszybciej odnaleźć Was. Powiedziano mi, że nie było mnie dziesięć lat. A gdy uciekłam… nie mogłam poznać Osady. Liberia jest ruiną!

– To wojna. – wywarczał mój ojciec, przyglądając się swoim dłoniom.

– I przez te lata byłaś w tej klinice?

– Nie wiem, Sam. Obudziłam się w jakimś zniszczonym pokoju szpitalnym nie pamiętając niczego sprzed ataku podczas biegu. Uwierz mi, próbowałam sobie przypomnieć. Zmienni także zmuszali mnie do przypomnienia. Ale to na nic. Mam czarną dziurę, jak gdybym po prostu przespała dziesięć lat.

– Jak wygodnie…

– Dosyć! Sam, przestań przesłuchiwać moją córkę. Cieszmy się, że wróciła. – przesiadł się bliżej mnie i mocno mnie objął. Nie spuściłam czujnego spojrzenia z wojownika naprzeciwko. Kiedyś był moim partnerem, dzieliliśmy nasze życia. Teraz?

– Tatusiu, co się właściwie stało? – zapytałam najmilszym głosem, na jaki mogłam się zdobyć. Sam skrzywił się, słysząc go. Kiedyś, gdy naprawdę narozrabiałam, chcąc uniknąć kary, używałam tego tonu do zmiany tematu i ojciec zawsze zapominał, że miał mnie ukarać. Teraz przytulił mnie bardziej nawet nie zwracając zbytnio uwagi, że nazwałam go „tatusiem”, choć prawie nigdy tego nie robiłam. Zawsze był tatą, ojcem, albo po prostu Benem.

– To było takie trudne. Wyszliśmy na ulice. Było nas wielu. Szliśmy protestując przeciwko władzy Liberii. Nie chcieliśmy ich wtedy całkowicie obalić, co dopuścić po równi także ludzi. Ale zostaliśmy zaatakowani przez bestie. Rozrywały nas. Nie mieliśmy szans. W proteście brały udział całe rodziny, ale oni… oni zabijali wszystkich. Oczywiście wielki Aker wydał oświadczenie, że to nie on, tylko Mieszańcy, ale nikt mu nie uwierzył. Zaczęliśmy nierówną walkę. Wielu nas zginęło, nim nauczyliśmy się słabych stron przeciwnika. Długo to trwało. Skończyły się dostawy wody i jedzenia, odcięli prąd sądząc, że tym nas zmuszą do posłuszeństwa. Ludzie zaczęli znikać. Radziliśmy sobie sami. Dopóki Orkus, władca tej Osady, nie wezwał posiłków. Walka była nierówna, bo nie wiedzieliśmy kim są Mieszańcy i po czyjej stronie stoją. Ale i z tym sobie poradziliśmy.

– I to nadal trwa? Ta cała walka o… o co właściwie?

– O sprawiedliwość. O równość dla nas wszystkich. O wolność dla ludzi…

– Tato, widziałam tych ludzi. Są jak szczury w zniszczonych budynkach. Tu już nie ma o co walczyć. – odskoczył ode mnie, jak gdybym była trędowata.

– Już ci wyprali mózg? A może teraz dla nich też pracujesz, jak twoja zdradziecka siostra?! – aż się zachłysnęłam powietrzem na jego atak. Naprawdę nie rozumiałam, o co teraz walczą. Może na początku, ale teraz? Liberia nie istnieje. To ruina. A oni idą na rzeź. Wybijają się w imię starych idei, bez żadnych szans. Pokiwałam zrezygnowana głową. Jakie były szanse zatem na przeżycie tych wszystkich ludzi?

Przypomniałam sobie to wszystko, co mijałam po drodze. Ludzie stłoczeni w ruinach budynków, próbujący ogrzać się przy minimalnym ogniu, by tylko nie zaalarmować nikogo z zewnątrz. Ludzie znikający w ciemnościach. Dziecko wsuwające się w zwaliska, ryzykujące swoje marne życie, by skryć się na noc przed Zmiennymi. Ci ludzie nie chcieli walki. Oni chcieli po prostu żyć. Pamiętam o tym, co opowiadała mi Hope. Tamta rodząca kobieta starająca się być cicho, by nikt nie odkrył, gdzie są. Choroby, śmierć, nędza. Ludzie zachowujący się jak dzikie zwierzęta. To ma być ta cała wolność?

Czy Ben był ostatnimi laty na zewnątrz, by zobaczyć, co się dzieje w jego kochanej Osadzie? Wątpię, by widział prawdę. A może to ja jej nie widziałam? Zmienni byli znacznie silniejsi od Ruchu. Mieli arsenał. Nie poznałam co prawda Orkusa, ale sporo o nim słyszałam. Bezwzględny, choć sprawiedliwy przy osądach. Władał Liberią od samego początku i starał się, by ludzie w jego osadzie żyli godnie. Czyżby był jednak aż tak okrutny, by chcieć teraz wszystkich zabić? Z drugiej strony, gdyby przecież chciał, już dawno by to zrobił. Zmienni mieli przecież wyostrzone zmysły i bez problemu wyczuliby ludzi. Tamci w budynku nie mieliby szans. Wydawało im się pewnie, że są cwani, ale Zmienni z pewnością wiedzieli o ich istnieniu. Pozwalali im przeżyć, a przecież walczą ponoć z ludźmi i ich zabijają bezwzględnie. I choć ojciec wygłosił mi to, co się zdarzyło, ja widziałam w tej wypowiedzi zbyt wiele luk. Zbyt wiele rzeczy mi się po prostu nie zgadzało. Z drugiej strony rozumiałam, jak działa bestia. Widziałam, jakie posiada oddziały Aker. Ludzie naprawdę nie mieli szans. Dlaczego zatem ojciec chciał wciąż walczyć?

– Sam, zabierz ją do celi. Niech prześpi się i wtedy porozmawiamy.

– Co?! – chcą mnie zamknąć w celi? Mój własny ojciec? Ale Sam jedynie skinął głową i wstał energicznie. Nie spuszczał ze mnie oczu. Czułam, jak strażnicy za mną się poruszyli. Gdy na nich spojrzałam, ich broń była gotowa do strzału, wycelowana prosto we mnie. Czy byli gotowi walczyć? I czy ja chciałam ich zranić?

– Miro, chodź ze mną…

– Nie pozwolę się znów zamknąć w celi. – wywarczałam. Nie ruszyłam się z sofy, ale byłam gotowa w każdej chwili do walki. Moje nogi były naprężone, gotowe. Ciało także w trybie walki, choć powstrzymałam moją bestię gotową wyjść na powierzchnię i pokazać im, do czego jestem zdolna.

– Zostanę z tobą. Może być? – i choć czułam, że mówi prawdę, nie mogłam uwierzyć, że własny ojciec każe mnie tam zamknąć.

Pozwoliłam się lekko chwycić za ramię i podnieść na nogi. Strażnicy za mną wciąż nie spuszczali mnie z celowników. Sam jednak nie reagował. Stanął obok mnie i się przyglądał. Czekał. Skinęłam mu głową pozwalając się wyprowadzić. Jakie miałabym szanse? Nie znałam przecież tych tuneli. Zmienili je. Mogłam popaść w pułapkę. I czy mogłabym skrzywdzić ojca? On byłby w stanie we mnie wycelować? To już nie jest mój świat.

Opuściłam głowę, patrząc na swoje przemarznięte stopy. Jedna za drugą, w kierunku celi.

Po policzku spłynęła łza.

Czułam bezradność i zdradę prosto w sercu.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s