LIBERIA II. Miasto krwi–Rozdział 18

WIEDZIAŁAM, ŻE MUSZĘ zgubić po sobie wszelki ślad. Nie wystarczyło jedynie zmienić ubranie. Przecież moje ciało nadal wydzielało swój zapach, za którym wytrawny myśliwy spokojnie mnie wytropi. Idąc tuż przy ścianach zniszczonych budynków, musiałam sobie przypominać, jak kiedyś wyglądały te miejsca. Gdzie teraz jest Ian i Mel? Żyją, czy poświęcono ich tej całej wojnie? I dlaczego ten świat wygląda tak, jakby przeszło tornado i zniszczyło dosłownie wszystko. Wybite okna, śmieci walające się po ulicach, smród, nędza. Niegdyś piękne budynki, w których nie jedna rodzina chciała zamieszkać, teraz przypominały slumsy. Brudne, z wybitymi ścianami, na wyższych piętrach widziałam jedynie delikatny blask, jak gdyby paliły się tam świece. Przy dolnych piętrach wybito ściany, przez co wyglądało to jak ogromna przestrzeń z wystającymi prętami i popękanymi schodami prowadzącymi w górę. Czułam mdłości na ten widok. Jak ogromna siła musiała wyburzyć zewnętrzne i wewnętrzne ściany? Niektóre budynki nie wytrzymały najwyraźniej takiej ingerencji i zawaliły się. Teraz wyglądały jak ogromne gruzowiska. Widziałam, jak jakieś dziecko czołgało się do środka przez małą szczelinę pomiędzy zawalonymi filarami. A zatem i tam znaleziono kryjówkę. Nie sądzę, by była ona bezpieczna. Chciałam natychmiast wyciągnąć tamto dziecko, ale co miałabym z nim zrobić? Przecież nie mogłam zabrać ze sobą, skoro sama nie wiedziałam, gdzie się udaję?

Czułam chłód coraz dotkliwiej. Wiatr przedzierał się przez moje łachmany. Ale to dobrze, oznaczało bowiem, że byłam coraz bliżej celu. Zapadła noc i drogę oświetlał mi jedynie księżyc. Ratowało mnie także, że dzięki drugiej naturze lepiej widziałam w ciemnościach. Mogłam omijać przeszkody znacznie sprawniej, niż miałabym oświetlać tylko naturalnym blaskiem z czarnego nieba. Wiedziałam jednak, że za chwilę przyjdzie mi skręcić w stronę zarośli, gdzie zapanuje całkowita ciemność. Musiałam jednak zgubić ogon, który z pewnością miałam. Aker nie puści mnie tak po prostu w teren swojej Osady, nie znając celu ucieczki, miejsca przebywania i przede wszystkim – do czego byłam zdolna. Miałam nadzieję, że dostali się do swojego żołnierza i jest teraz bezpieczny.

Przeskoczyłam metrowy murek, lądując w błotnistej brei. Skrzywiłam się słysząc specyficzny plask pod stopami. Naprawdę wolałabym nie wiedzieć, w co właśnie wpadłam i cicho liczyłam, że to jednak zwykła woda i ziemia. Przełknęłam mdłości i ruszyłam dalej truchtem. Musiałam się pospieszyć. Nad ranem będzie więcej patroli, a to z pewnością utrudni mi podróż.

Mijałam kolejno drzewa. Przeskakiwałam powalone pnie. Od czasu do czasu wydawało mi się, że coś mignęło w ciemności, ale nic nie wyczułam. Przecież poczułabym obcego, prawda? Jeśli nawet bym nie usłyszała, to przynajmniej poczuła na wietrze aromat. Tu byłam jednak sama wśród dzikich drzew. Czułam już chłód wody. Uśmiech zaczynał się formować na twarzy.

Wybiegłam zza drzew i aż potknęłam się z wrażenia. Przede mną wycięta była polana z tak wieloma dołami w ziemi. Między nimi były już usypane kopczyki, na niektórych były także ułożone kamienie. Na każdym jednak znajdowała się kartka z nabazgranym imieniem, albo wbita w ziemię deska z wyrytym tekstem. Poczułam łzy. Trafiłam na ogromny cmentarz. Wiele grobów po mojej prawej stronie jednak nie miało nawet kartki. Bezimienne, nikomu nieznane, czy może stworzone tabliczki zostały gdzieś porwane?

– Zbyt piękna na to miejsce. – obróciłam się gwałtownie. Jak mogłam go nie wyczuć? Wciągnęłam głębiej powietrze. Starzec za moimi plecami śmierdział. Zapach śmierci. Moja bestia cicho warczała i cofała się w głąb mnie, przestraszona. Przede mną był zmęczony życiem mężczyzna. Siwe włosy związane były jakimś skrawkiem sznurka, tuż na karku, reszta puszczona na plecy. Sięgały mu aż za łopatki. Widziałam jego pomarszczoną skórę. Ledwo się poruszał. Przygarbiony. Ale najbardziej przeraziło mnie jego puste spojrzenie. Ten człowiek widział zdecydowanie za dużo. Ubrany w jakieś łachmany, otulony starym długim płaszczem. Był tu sam?

– Tu nie jest bezpiecznie. Ma pan schronienie? – ale starzec tylko się roześmiał. Zdziwiło mnie to, przecież są tu żołnierze, dzicy, być może nawet mieszkańcy.

– Mi nic już nie grozi. Nikt nie ruszy śmierci. – jego głos był równie zmęczony, jak jego ciało. Brzmiał chrapliwie, jak gdyby nie często używał głosu. Czy był tu sam? Miał z kim rozmawiać poza tymi grobami?

– Co tu się stało? – nie wytrzymałam. Może on udzieli mi informacji. Potrzebowałam kogoś, kto wytłumaczy mi to wszystko, nakieruje być może w bezpieczne miejsce, gdzie znajdę moją rodzinę? Czułam się, jak gdybym trafiła do zupełnie innego świata. Kiedyś Mama czytała mi taką bajkę, mówiła że ma ją jeszcze ze starego świata, gdzie w każdym domy były książki i rodzice czytali do snu swym dzieciom. To musiał być piękny świat, bez nowoczesnych urządzeń, bez nadnaturalnych istot. W tej bajce była dziewczynka, Alina albo Alicja. Nie pamiętam już za dobrze. Nagle przeszła do innego świata, zupełnie innego, obcego dla siebie. Ja tak się właśnie czułam, jakby ktoś wepchnął mnie do odrębnej przestrzeni, alternatywnej rzeczywistości. Niby ci sami ludzie, niby ta sama Liberia, ale już nie moje miasto, nie moje życie. Ja chcę wrócić! – Co się stało z Liberią?

– Dziecko… jeśli zadajesz takie pytania, powinnaś opuścić mnie jak najszybciej. Uciekaj…. Tik Tak Tik Tak… czas ci się kończy… – zmarszczyłam brwi patrząc, jak starzec kiwa głową to w lewą stronę, to w prawą powtarzając cały czas „tik, tak”. Każe mi uciekać, bo zadałam pytanie? A może dlatego, że właśnie wydałam się z tym pytaniem? Odwróciłam się w stronę rzeki. Musiałam uciekać. Kiwnęłam głową w stronę starca i pobiegłam między grobami w stronę rzeki. W oddali słyszałam tylko szept Starca – To nie twój czas na śmierć. Ona przyjdzie później, jak odkryjesz prawdę…

Obejrzałam się, ale Starca już nie było. Tylko ogromne cmentarzysko oświetlone światłem księżyca. Przeszedł mnie dreszcz. Czy to śmierć przebrana za starca? To była jedyna myśl, jaka mi się nasunęła w tym przeklętym miejscu.

Lodowata woda sprawiła, że zatrzymałam się przez chwilę. Syknęłam czując, że za chwilę nogi mi zdrętwieją i poruszać się nimi będzie znacznie trudniej. Musiałam jednak spory kawałek iść właśnie środkiem rzeki, utrzymując równowagę na kamieniach ułożonych na dnie. Prąd nie był zbyt mocny, by mnie porwać, ale zdecydowanie zdradziecki. Musiałam przez pewien czas iść tak, by nie dotknąć żadnego z brzegów. Łowcy w wodzie zgubią przecież mój zapach. A przynajmniej miałam taką nadzieję. Moje przekonanie o tym także było dziwne – pochodziło z jakieś głębi mnie. Nie wiedziałam, skąd brała się cała ta wiedza po poszukiwaczach, łowcach, ani jak ich zmylić. Musieli mnie tego uczyć w tamtej placówce.

Mijałam kolejne drzewa. Rozglądałam się na boki. Uważając w tym samym momencie, by nie pośliznąć się na kamieniu i nie upaść po raz kolejny. Całe biodro i udo po prawej stronie już pulsowało bólem, obite i zziębnięte. Moje zęby cicho uderzały o siebie. Ciało trzęsło się z wychłodzenia, ale musiałam iść dalej. Odejść nie zauważona, by mieć pewność, że żołnierze nie dojdą moim śladem do Ruchu Oporu. Ojciec uczył mnie ich kryjówek. Potrafił budzić w środku nocy i kazać odpowiadać na pytania. Wyrwana ze snu potrafiłam przywołać natychmiast w pamięci wszystkie adresy, przejścia, każdą drogę ewakuacji. I jedna droga poza mury Liberii. Pamiętam, że Ojciec chciał stworzyć kolejne, by nie musieć polegać tylko na tej jednej, która i tak była – jak to wspominał wówczas – „chwiejna”. Oznaczało to, że nie była w pełni bezpieczna i sporo wówczas ryzykowali, wyprowadzając ludzi, uciekinierów, na zewnątrz. Tym samym tunelem także przenosiliśmy towary, których nie można było kupić w Osadzie – pożywienie, książki dla dzieci, nierejestrowany sprzęt czy broń. Moja Matka była specjalistką od zdobywania rzeczy niepowtarzalnych. Ponoć znała kupców zza muru i często z nimi robiła interesy. To było, zanim mój Ojciec w pełni oddał się dla Ruchu.

Pamiętam także jej rozpacz, gdy tunel na zewnątrz kiedyś się zawalił, przygniatając paru ludzi. Wypłakiwała łzy na Ojca ramieniu. Zginęło pięciu ludzi, a parę osób zostało uwięzionych w Dziczy, czyli poza murami. Na szczęście tunel odbudowano, ale wciąż pamięta się tragedię i możliwość ponownego zawalenia, czy odkrycia. Przecież tuż nad tunelem przebiegała droga, po której przejeżdżały coraz to cięższe transportery Liberii.

Otrząsłam się ze wspomnień i znów pośliznęłam się na kamieniach. Tym razem mocząc się w rzece cała. Wyplułam brudną wodę, siedząc teraz na kamieniach. Tylko tego mi jeszcze brakowało. Niebo wciąż było czarne, tylko światło księżyca odbijało się od wody sprawiając, że miejsce to wyglądało niemal magicznie. Zupełna cisza, jak gdybym była jedyną żyjącą tu istotą. W innych okolicznościach pewnie bym zrelaksowała się w takim miejscu. Teraz mnie to przerażało. Gdzie są ludzie? Przy rzece często były domy najniższej kasty – sprzątaczek, pomocy gospodarczych. Były też małe chytki[1] stworzone celowo dla wędkarzy, spacerowiczów, których zaskoczy zmiana pogody. Teraz nie widziałam niczego, poza drzewami, składem drewnianych pali, konarów, czy desek. Czy to pozostałość po tych domkach? Kiedyś młodzi wymykali się nad rzekę, urządzając dzikie zabawy, albo pary chcące spędzić z sobą czas. Teraz nie było tu nikogo. Nawet ptaków, dzikich zwierząt. Tylko przerażająca cisza i moje chlupoczące kroki.

Nie wiem, jak długo szłam, ale miałam wrażenie, że oddaliłam się wystarczająco, by móc nareszcie wyjść. Niezbyt elegancko wygrzebałam się na brzeg, rozglądając się czujnie po otoczeniu. Niedaleko widziałam jakiś mur, może kamienny most tuż nad rzeką. Pamiętam, że kiedyś taki znajdował się tuż przy Dystrykcie 7. Nie mogłam sobie pozwolić, by wejść nim do centrum. Z pewnością czekano na mnie pod wszystkimi znanymi wcześniej adresami – moim domem, pracą, mieszkaniami znajomych czy rodziny. Aż dziwne, że nikt nie obstawił wcześniej klubu Mela. Z drugiej strony nie spodziewali się, że wyjdę z ich chronionego miejsca. Czy nadal mnie szukają? Czy uwięzili moich współtowarzyszy? Ani Gabe, ani Hope nie mieli przecież nic z tym wspólnego. Z pewnością dowiedzieli się o mojej ucieczce tak samo, jak inni – od podniesionego alarmu.

Jak znosi to Aker? Jako dowódca – zawiódł. Pozwolił, bym się wymknęła z jego siedziby i opuściła jego teren. Z drugiej strony po tym, co sobie właśnie zrobiliśmy, czy spodziewał się po mnie czegoś innego? On nigdy by mnie nie wypuścił na zewnątrz. Uwięziłby mnie tak samo, jak ktoś zrobił to przez dziesięć lat. Nie mogłam sobie na to pozwolić. Byśmy się tylko ranili. Ja wciąż bym żądała wielu rzeczy, w tym wypuszczenia mnie na zewnątrz oraz spotkania z rodziną, a przynajmniej dowiedzenia się, co się z nią stało. On ciągle powtarzałby mi, jak to jest niebezpieczne, jak to nie może znów mnie stracić. Efekt byłby taki sam – ból obojga i rosnąca nienawiść do siebie. Nie chciałam tego.

Poczułam łzy, jeszcze nie gotowe do spłynięcia, ale już formujące się we mnie i ten szloch, który musiałam powstrzymywać. Nie było teraz drogi powrotu. Cofnąć tego nie mogłam i nawet nie chciałam. To jedynie cichy płacz nad utratą być może kogoś bliskiego, kto wkrótce mógł się stać tym jedynym. Zarówno moja bestia, jak i kobieta we mnie, pragnęłyśmy Akera tak bardzo, że czasem nawet bolało. Nasza zazdrość przekraczała wszelkie granice. Obie chciałyśmy go oznaczyć, jako nasz i to na tyle widocznie, by żadna inna już nie patrzyła na niego z takim pożądaniem. I właśnie zostawiłam go po dzikim seksie, nagiego w sypialni, uciekając z jego bezpiecznego kokonu, jednostki. Zostawiłam go dla Czarnulki. Ja musiałam znaleźć swoje miejsce, gdziekolwiek by one nie było.

Najpierw jednak musiałam znaleźć kryjówkę ludzi, którzy byliby w stanie odpowiedzieć mi na wiele pytań, zwłaszcza gdzie jest mój ojciec i moja siostra. I co tu się właściwie stało, bo Liberia nie wygląda już jak mój dom. To ruina, zimna i bezduszna, pełna cierpienia wokół. To nie jest już mój świat.


[1] chytka – to mały, drewniany domek letniskowy, przypominający bardziej nasze kampingi, jedno-izbowe.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s