LIBERIA II. Miasto krwi–Rozdział 17

ZATRZYMAŁAM SIĘ przy zawalonych schodach. Kiedyś prowadziły do biura i na dół, do sali tanecznej. Teraz stojąc na pierwszych stopniach mogłam podziwiać ciemniejsze niebo. Nie było poręczy. Widok, jaki zastałam – bolał. Zsunęłam buty, dotykając gołą stopą zimnego betonu. Nawet nie pomyślałam o odłamkach leżących wszędzie wokół. O brudzie i ciemności pode mną.

– Co ty wyprawiasz, do cholery! – ale nie odwróciłam się do zdyszanego Opiekuna.

– Tam stał bar. – wyszeptałam, pokazując mu palcem. – Tam się wszyscy poznawaliśmy, a potem szliśmy na parkiet, tańcząc. Pod nami stały loże. A tam – wskazałam wejście po prawo nad nami, do którego już nie prowadziły żadne schody, zarwane. – Tam było biura Melwasa. – poczułam łzy spływające po policzkach. – Miałam zawsze tu przychodzić, w razie problemów. Mieli na mnie czekać…

– Do wszystkich jednostek! – zadrżałam, gdy żołnierza radio zatrzeszczało. Słuchałam męskiego, zdenerwowanego głosu mówiącego o uciekinierce, o moim wyglądzie i że mogę być na zewnątrz. Rozkaz Mistrza – przyprowadzić niezwłocznie do niego. Zadrżałam. Już wiedzą. Spojrzałam w oczy Opiekuna. Patrzył na mnie, teraz rozumiejąc. Widziałam, jak jego dłoń powoli kieruje się w stronę broni.

– Nie rób tego, proszę. Pozwól mi odejść.

– Mam rozkazy. – wywarczał. Odwróciłam się do niego, obserwując to, co zostało po klubie. Kompletna ruina, jak wszystko zresztą wokół. Teraz doszło do mnie, że naprawdę toczyła się tu wojna, o której nie wiedziałam.

– Nie wrócę tam. – szeptałam. – Chcesz wykonać rozkaz, to strzel dobrze.

– Nie chcę….

– Lepiej, byś mnie zabił na miejscu, bo nie wrócę tam. – w oddali usłyszeliśmy syrenę. Żołnierz zadrżał. Czyżby to był alarm z powodu mojej ucieczki?

– Musimy wracać. – patrzył wokół. – Tu już nie jest bezpiecznie. Nie dla nas.

– Nie wrócę…

– Słyszysz syreny? Nie jesteś nawet żołnierzem! – odetchnął głębiej, nim zaczął mówić spokojniej. – Tracimy teraz czas. Nikt nie wie, gdzie jesteśmy, a tamten dźwięk oznacza natychmiastowy powrót, bo czujki wykryły ruch. Wiesz, co to oznacza? – nie musiał mi mówić, czułam w powietrzu delikatne zawirowanie. Zapach futra, krwi i czegoś złego, co kręciło w nosie.

– Bestie – wyszeptałam. Spojrzałam na żołnierza. Na jego pojedynczą broń. Nie miał szans. On też wyczuł ten zapach. – Wezwij posiłki do klubu Melwasa. Tu będziesz bezpieczniejszy niż na otwartej przestrzeni. Tam – wskazałam biuro u góry. Pamiętam, że było wysoko i miało jedno wejście. Co prawda były jeszcze wzmocnione okna, ale to i tak lepiej, niż stać tutaj, gdzie atak mógł odbyć się z każdego miejsca. Zbyt wiele ciemności, kątów do ukrycia bestii.

– Nie przeżyjesz sama…

– O mnie się nie martw. – wypuściłam nieco bestii z siebie. Ona już wyczuła niebezpieczeństwo i kręciła się nerwowo wewnątrz mnie. Wiem, że oczy rozbłysły mi na czerwono. Musiały się zmienić, skoro żołnierz przede mną cofnął się, prawie spadając z podestu. Ja także inaczej teraz widziałam. Wyraźniej. Nie było dla mnie ciemności. Zupełnie, jak gdyby ktoś rozjaśnił mi obraz. Słyszałam każdy oddech, każdy szmer, nawet zawirowania powietrza wokół filarów. Przechyliłam głowę, by ocenić okolicę. – Trzy bestie, same. Dwie przecznice stąd. Jeszcze nas nie wyczuły.

Odezwało się radio. Usłyszałam głos Akera. Pytał żołnierza gdzie jest.

– Dawny klub… Melwasa zdaje się.

– Jest z tobą. – nie było to pytanie. Wiedział, że skoro tutaj znalazł się jego żołnierz, musiałam być i ja. – Mira, zostań z nim. Posiłki w drodze. – spojrzałam na żołnierza. Podeszłam do niego, prawie rzucając go na ścianę. Dotknęłam przekaźnika.

– Odbierzcie swojego żołnierza z klubu. Będzie bezpieczny.

– Wracasz z nim. – wywarczał Mistrz. Prychnęłam.

– Nie wrócę do twojej niewoli. – powiedziałam cicho, bez warczenia. Wiem, że wszyscy słyszeli, ale miałam to gdzieś. – Dwie przecznice stąd są trzy bestie. Odciągnę je od żołnierza. Będzie bezpieczny, nim przyjdziecie. – cofnęłam się o krok i jeszcze raz rozejrzałam po tym miejscu. Kiedyś było ostoją bezpieczeństwa. Co stało się z Melem? Co z Ianem? Żyją? Jeśli tak, to gdzie teraz są.

Odpięłam ochraniacze na udach. Tylko by mnie spowalniały. Żołnierz patrzył na mnie, gdy podwijałam nogawki bojówek i rękawy bluzy. Kazałam mu ukryć się w biurze. Nabrałam powietrza i wybiegłam z pomieszczenia. Nie biegł za mną. Został. Wiedział, że jeśli posłucha rozkazu i będzie mi towarzyszył, zginie. A tak, to miał szansę uratować swoje życie. Pewnie także stwierdził, że jestem wariatką, skoro sama pchałam się na bestie. Bez broni, bez wsparcia. Wiedziałam jednak, że sobie poradzę. Z jakiegoś powodu wiedziałam, że uda mi się je przechytrzyć. Jeśli jednak miałabym zginąć, byłam teraz wolna. Walczyłam, bo chciałam kogoś uratować. Nie było to rozkazem, a moim wyborem. Uśmiechnęłam się i ruszyłam truchtem środkiem ulicy wiedząc, że za parę metrów natknę się na bestie i zmuszona będę biec z całych sił, by odciągnąć je od klubu.

Zważywszy, że miejscówka Akera była niedaleko, wsparcie będzie tu lada chwila. Nie mogli mnie spotkać. Siłą zaprowadziliby mnie przed oblicze swego Mistrza, a ten z pewnością by mnie zniewolił. Może trafiłabym znów do tej celi, w której się obudziłam po uwolnieniu z Kliniki? Toczyliby mi gaz, by mnie otumanić. Na co jeszcze by pozwolił? A może moja ucieczka dała mu jedynie dowód, że nie jestem godna tego wszystkiego i powinien mnie traktować tak, jak traktowano mnie dotychczas? Pokazałam mu, że jestem niestabilna. Z drugiej strony udowodniłam, jak prosto było obejść jego ochronę i dostać się na zewnątrz, albo właśnie do środka. Mieli kamery, strażników, a mimo to teraz biegłam sama po D6.

Warknięcie. Pazury na asfalcie. Wycie gdzieś z oddali oznaczające, że bestie rozpoczęły polowanie na swą zwierzynę – mnie. Doskonale. Wiem, że żołnierze także usłyszeli to wycie. Zdawali sobie sprawę pewnie, co to oznacza. A tym bardziej wiedział to Aker, który – być może – był w oddziale kierującym się do klubu Melwasa. Uśmiechnęłam się, biegnąc ulicami opuszczonego miasta. Im bliżej centrum, tym więcej widziałam uciekających, kryjących się ludzi. Nikt nie chciał być dzisiejszą kolacją futrzaków za mną.

Skręciłam mocno za jeden z budynków. Przebiegłam wąskim przejściem i znów skręciłam za budynkiem, robiąc pętlę. Dzięki temu obiegłam bestie wokół. Wyjrzałam zza ściany. Jeden stał na środku drogi, rozglądając się, warcząc cicho. Gdzie zniknęli jego towarzysze? Czyżby jednak próbowali przedostać się wąskimi przejściami, czy ustawili się gdzieś w cieniu, zastanawiając pułapkę?

Skradając się cichutko na palcach, starałam się nawet nie oddychać. Nawet nie zwróciłam uwagi, że nie przeszkadzały moim stopom śmiecie na ulicach i dawnych chodnikach. Powinnam przecież odczuwać każdą nierówność, każdy nadepnięty kamień, prawda? Mimo to nie czułam nic, jak gdyby moje stopy wcale ich nie dotykały. Czułam asfalt pod palcami, ale nic więcej.

Wyskoczyłam zza samochodu, wskakując praktycznie bestii na grzbiet. Nim zdążyła zareagować głośniej, wbiłam jej wypuszczone szpony prosto w gardło. Dławiła się. Charczała. A ja rozrywałam szyje bardziej. Nie cięłam pazurami, raczej rozrywałam w poprzek, wciąż trzymając się drugą ręką i nogami na grzbiecie.

Bestia upadła. Widziałam w oczach zdziwienie. Od kiedy dzikie potrafią przekazywać emocje? Miała brudne futro. Żaden żołnierz nie nosiłby takiego. Śmierdziała zgnilizną. Zmarszczyłam nos. Teraz ja tak będę śmierdzieć. Patrząc prosto w oczy, rozorałam bardziej zarówno gardło, jak i brzuch. Musiałam mieć pewność, że nie wstanie. Wbiłam rękę do środka, wyrywając wciąż bijące serce. Teraz już z pewnością nie wyleczy swoich ran w jakiś cudowny sposób. Zostawiłam wypływające wnętrzności i pobiegłam dalej ulicą. Nie mogłam tu zostać. Z jednej strony były jeszcze dwie bestie, z drugiej strażnicy, którzy z pewnością byli na moim tropie. Zawyłam na znak zwycięstwa i rzuciłam się do ucieczki w głąb Dystryktu 6.

* * * * *

SKRĘCIŁAM KOLEJNYCH parę przecznic dalej. Musiałam zmienić trasę. Nie chciałam przecież zaprowadzić bestii do centrum. Być może tam są jacyś strażnicy, czy żołnierze. O ile oczywiście ludzie wciąż jeszcze żyją w Dystryktach. Zatrzymałam się przy wielkim budynku, kiedyś będącym biurowcem jakieś firmy. Nawet nie pamiętam teraz, co tu się właściwie mieściło. Teraz był jedynie ciemnym szkieletem, opuszczonym dawno temu. Poczułam, jak bardzo zaczyna boleć mnie serce. Tamten żołnierz powiedział, że wyższe Dystrykty były bardziej chronione, ale nie powiedział, czy zostały ochronione. Gdzie jest moja rodzina i czy żyją? Jeśli tak wygląda wszystko, to gdzie teraz mieszkają ludzie? Może jest więcej takich ośrodków, z jakiego uciekłam? I poza żołnierzami, są tam też bezpieczni mieszkańcy? Skądś się bierze przecież jedzenie , a nie widziałam przy zabudowaniach Akera żadnych pól uprawnych. Szłam środkiem ulicy, obserwując każdy z budynków. Co jakiś czas zauważałam ludzki kształt chowający się w ciemności. Nikt nie rozmawiał, nie pytał. Biegli ze swoimi zawiniątkami, ukrywając się w szczelinach, które były ich schronieniem. Nie wyglądali na wolnych, a tym bardziej na szczęśliwych.

Warczenie tuż za plecami. Odskoczyłam z lewo czując, jak ogromne ciało przelatuje tuż przy moim ramieniu. Byłam tak zajęta obserwowaniem okolicy, że straciłam czujność. Bestia odwróciła się zgrabnie i znów mnie zaatakowała. Na to byłam już przygotowana. Mimo to, trafiła mnie jednym z pazurów w ramię, tnąc je na szczęście niezbyt głęboko. Mimo to, boleśnie. Warknęłam niezadowolona, co sprawiło, że moja własna bestia się obudziła w pełni. Z całej siły kopnęłam zbliżający się pysk. A następnie wskoczyłam na kark bestii, chwytając mocno za górną szczękę, tuż za ogromnymi, brudnymi kłami. Pociągnęłam szybko i mocno w górę. kierując pysk w tym kierunku. Bestia próbowała zamknąć pysk, pewnie zjadając moje dłonie. Nic jednak takiego się nie stało, bo trzymałam w takiej pozycji, że szczęka dolna nie była w stanie połączyć się z górną. Następnie szarpnęłam z całej siły, warcząc głośno. Usłyszałam pisk cielska pode mną i ten charakterystyczny zgrzyt kości, gdy szczęka została wyrwana. Teraz bestia nie była w stanie w ogóle nic gryźć. Ból musiał być okropny. Ale nie czekałam dłużej. Zeskoczyłam jednym, płynnym ruchem na ziemię, tuż przy boku futrzaka i wbiłam w klatkę piersiową ręce, łamiąc przy tym żebra. I tej wyrwałam serce. Ogromny, czarny kształt padł prosto przy moich stopach. Zawyłam w kolejnym zwycięstwie.

Gdzieś w oddali usłyszałam strzały. Czyżby żołnierze zajęli się trzecim? Nie mogłam czekać, aż się spotkamy. Spojrzałam na okolicę. Musiałam uciekać. Tak bardzo chciałam zobaczyć swój dom, siostrę i ojca, ale nie mogłam ryzykować. Z pewnością tam na mnie czekano. Aker nie był głupi. Musiał zdawać sobie sprawę, że tam wrócę, więc z pewnością zastawił odpowiednie pułapki. Ale nie wiedział wszystkiego. Mój ojciec był w Ruchu Oporu. Mieli swoje tajne „miejscówki”, jak to zwykli nazywać. Miejsca, gdzie można było się ukryć na parę dni. Jeśli one nadal istnieją, może spotkałabym tam kogoś, kto udzieliłby mi wszelkich odpowiedzi?

Metr dalej zrozumiałam, jaki właśnie popełniałam błąd. Krwawiłam z ramienia, prowadząc malutki ślad za sobą. Będą wiedzieli, że jestem ranna. Oderwałam kawałek bluzy od munduru i mocno związałam swoje bolesne ramię. Musiałam zgubić pościg. Nawet jeśli nie wyczują mnie po śladach krwi, zostawiam za sobą swój zapach. A dobrze przeszkoleni łowcy będą mogli za nim podążyć. Nawet nie wiem, skąd to wiedziałam. Po prostu o tym pomyślałam.

Przystanęłam na chwilę, przypominając sobie położenie Dystryktów. Musiałam znaleźć coś, co pozwoli mi ich zgubić, zmylić ślady. Spojrzałam w górę, na starą kamienicę. Na jednym z pięter delikatnie drgało światło, jakby był to malutki płomień. Mogło oznaczać to tylko mieszkańców.

Wbiegłam do pomieszczenia. Uniosło się na mnie wiele par zmęczonych, przestraszonych oczu. Uśmiechnęłam się miło, ale nikt nie reagował. Po prostu patrzyli na mnie. Miałam na sobie resztki munduru żołnierzy Akera. Nie wiedziałam, czy są przeciwnikami, czy zwolennikami. Nie chciałam reagować. Lekko sycząc ściągnęłam z siebie najpierw bluzę, potem spodnie. Stałam w bieliźnie i patrzyłam po nich. Mieli na sobie stare, podarte ubrania, warstwowo rzucone na siebie. Z pewnością odczuwali tu zmiany temperatur bardziej, niż ja, dzięki mojej bestii.

Chwyciłam bluzę w jedną rękę, a spodnie w drugą. Wyciągnęłam obie przed siebie w stronę ludzi. Patrzyli na mnie niepewnie. Czułam na rozgrzanym ciele każdy powiew wiatru, przez co cała drżałam. Z powodu nagłego chłodu i głodu, jaki teraz mną targał. Wyzwoliłam w sobie bestię, ale nie dałam jej nic w zamian. Straciłam bardzo wiele energii, a przecież nic nie jadłam ani nie piłam. Nie mogłam jednak teraz się na tym skupiać. Musiałam uciekać od żołnierzy.

Jakaś kobieta wyciągnęła powoli dłoń w stronę bluzy. Chwyciła ją, a ja puściłam. Szybko ją założyła. Mężczyzna obok nie wstał i dosłownie wyrwał mi spodnie. Założył je szybko. Uśmiechnęłam się i objęłam ramionami. Kobieta pogrzebała w kartonie za sobą i wyciągnęła jakieś szmaty, które kiedyś były z pewnością ładnym strojem. Stare, brudne spodnie dresowe, w których jedna nogawka została oderwała prawie w połowie. Gdy je ubrałam, w lewej nodze musiałam mocno podwijać, ale za to prawa była prawie idealna. Podali mi też jakieś stare tenisówki, które zszywane były tak wiele razy, że teraz wyglądały bardziej jak plątanina różnych nici, a nie materiał wierzchni. Dostałam także na górę do ubrania jakąś rozciągniętą czarną bluzkę z elementami lawendowego. Spadała mi z jednego ramienia. Słyszałam, jak nabrali powietrza, gdy akurat odsłaniało fragment, w który Aker wbił swe kły. Wiem, jak dobrze były widoczne. Ślad po nich zniknie za parę dni dopiero. Skinęłam im głowami. Mężczyzna właśnie robił mi miejsce, ale go powstrzymałam kiwaniem przeczącym głową. Nie mogłam tu zostać. Jeszcze raz skinęłam w podziękowaniu i pobiegłam w stronę schodów, by uciec stąd w stronę, gdzie mogłam zgubić ślad. Teraz pachniałam tymi ubraniami, tymi ludźmi.

Znów usłyszałam strzelanie, ale było wystarczająco daleko ode mnie. Szłam szybko w ciemności, widząc lepiej, niż w ciągu dnia. Dzięki temu byłam niezauważona, a o to przecież mi chodziło, prawda? Musiałam dostać się do Ruchu Oporu. Ciekawe, czy jeszcze są i jacy teraz są.

Przerażało mnie to, co widziałam po drodze. Opuszczone, zniszczone budynku. Szarzy ludzie uciekający przed spojrzeniem. Śmiecie walające się wszędzie. Gruz po zniszczonych budynkach. Stare samochody, zapomniane. Co jakiś czas widziałam też dzikie zwierzęta, które przecież w Liberii nie miały prawa funkcjonować. Na tablicach, ugryzionych przez ząb czasu, widniały nowe rozporządzenia Władz Liberii. Zakaz wychodzenia po zmroku, inaczej każdy napotkany będzie traktowany jak członek Ruchu Oporu. A zatem to z nimi była walka? Pamiętam, jak Ojciec tłumaczył nam kiedyś, że w przyszłości ludzkość się wyzwoli, że staniemy ramię w ramię z Bestiami i wygramy swoją wolność. Czy właśnie to się teraz działo? Na wygraną i odzyskaną wolność jakoś nie wyglądało. Kolejne rozporządzenia były coraz to gorsze. Znaczyło to, że ludzie pozostawieni są samym sobie. Ochronę i dostęp do służb zdrowia mieli tylko ci, którzy pracowali dla jedynej i słusznej władzy – Paranormali. Reszta mieszkańców Liberii traktowana była tak samo, jak te budynki – po prostu byli tu, ale nie mieli większego znaczenia. Dlaczego zatem po mieście biegali sobie Mieszańce i nikt nie reagował?

Poszłam dalej, nie mogąc uwierzyć w to, co widzę. To nie był już mój świat. Co naprawdę tu się stało w ciągu tych dziesięciu lat? Czułam się, jak gdybym straciła wszystko. Nie znałam tych miejsc. Wyglądały podobnie, jak kiedyś, ale to już inny świat. Ludzie, których dotąd tu widziałam, byli wystraszeni, wręcz zaszczuci. To był Dystrykt 6, do cholery! Tu były śliczne domy, ludzie na poziomie! Klasa średnia, jak niegdyś sądziłam. A teraz? Wyglądało to gorzej, jak Dystrykt 1. Nawet nie chciałam myśleć, jak wyglądały tamte.

Przypomniałam sobie, co opowiadała Hope o swoim domu. O codziennej łapance, ukrywaniu się i walce o najmniejsze miejsce w piwnicy, o karton, a nawet skrawek wolnej przestrzeni. O kobietę rodzącą bez opieki, która bała się być usłyszaną. Teraz widziałam, że nie tylko w jej okolicy tak było. Tutaj ludzie żyli tak samo. To już nie był mój świat, mój dom.

Czy moja siostra przemyka tak samo ulicami? O ile jeszcze żyje. Pracowała w służbie zdrowia, więc może jest gdzieś w zamkniętym ośrodku, nadal jako pielęgniarka. Chciałam wierzyć, że ma ochronę i w miarę dobre warunki. Może pracuje tak samo, jak teraz Hope?

Boże, nawet się z nikim nie pożegnałam.

Czy Hope i Gabe będą ukarani za moją ucieczkę?

Czy właśnie przekreśliłam ich przyszłość?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s