LIBERIA II. Miasto krwi–Rozdział 16

ZASNĄŁ, BĘDĄC NADAL we mnie, głęboko. Czułam nasze połączenie, choć on już cicho oddychał, śpiąc w najlepsze. jak miałam się zatem wydostać? Kiedy tylko delikatnie się poruszyłam, jego ręka natychmiast obejmowała mnie mocniej i przyciągała do jego gorącego ciała. Nawet przez sen musiał być władczy i wszystko musiało być dokładnie tak, jak ja tego chciałam. Byłam napięta i wciąż próbowałam się spod niego wydostać. Stało się przecież to, co sama chciałam. Pragnęłam go. W mojej przeszłości, nim obudziłam się w Klinice, też go pragnęłam. Pamiętałam kolację, na którą został zaproszony. Jak moje ciało rwało się do niego, pomimo iż obok mnie siedział mój ówczesny partner. Jak denerwowała mnie bliska obecność Amber przy jego boku. Nigdy jednak nie chciałam tego przeżyć w taki sposób. Moja bestia była szczęśliwa, spełniona. Moje ciało przyjemnie wciąż mrowiło. Ale ja czułam wstręt do tego wszystkiego. Nie mogłam uwierzyć, że przeżyłam z nim orgazm. Jak mogłam, skoro czułam, jakby mnie gwałcił? Nic tak nie boli, jak świadomość, że zostałam zdradzona przez siebie samą.

Kolejne łzy skapnęły na i tak już mokrą poduszkę.

Wiedziałam, że muszę być opuchnięta od płaczu. Czułam w powietrzu nie tylko nasz aromat, ale także zapach mojej krwi. Przypomniałam sobie, jak mnie trzymał zębami za ramię, gdy w tym czasie brutalnie wchodził we mnie. Może gdybym się wtedy wyłączyła, dała się w pełni przejąć mojej drugiej naturze, nie musiałabym teraz tego pamiętać? Nie chciałam, by to wszystko pozostało w moich wspomnieniach.

Poruszył się lekko na mnie, mrucząc coś pod nosem. Dało mi to szansę, by wyśliznąć się z łóżka. Mruczał nadal, jak gdyby szukając mnie, mojego ciepła. Pogłaskałam go delikatnie po głowie. Uspokajał się. Nawet nie wiem, skąd wiedziałam, co zrobić.

Zabrałam szybko ciuchy i pobiegłam do wyjścia. Nie mogłam już tu być. Zatrzymałam się, by nałożyć na siebie ubranie. Przecież naga nie będę biegać po korytarzach. Spojrzałam na Akera, jego nagie, rozłożone ciało w sypialni. Był taki spokojny i wciąż tak piękny.

Otarłam kolejne łzy. Nie mogłam tu dłużej zostać. Wsunęłam szybko dresy i wybiegłam boso z apartamentu. Nie przejmowałam się, że ktoś zobaczy mnie zapłakaną. Musiałam być jak najdalej od tego miejsca. Nie tylko apartamentu Mistrza, ale coraz bardziej rosła we mnie potrzeba ucieczki całkowitej. Potrzebowałam wydostać się na zewnątrz.

– Wszystko ok? – spojrzałam w górę. Jeden z żołnierzy stał w korytarzu z jakąś teczką i patrzył na mnie uważnie. Kojarzyłam go z zajęć, ale nie pamiętam, czy także z nim walczyłam. Wiedział, skąd wychodziłam. Z pewnością też czuł ode mnie swojego przywódcę. Skinęłam jedynie głową i przyspieszyłam kroku, prawie biegnąc dalej korytarzem. Potrzebowałam oddalić się od tych pokoi.

* * * * *

ZAKRĘCIŁAM WODĘ czując, że teraz już leciała jedynie zimna. Nie wiem, ile czasu spędziłam w łaźni oddalonej najbardziej od Akera. Chciałam zmyć z siebie jego zapach, jego oznaczenie mnie. Ale mogłam szorować swoje ciało, zdzierać skórę, ale wciąż pachniałam nim, jego aromatem. Ile czasu zajmie, aż przestanie być wyczuwalny? Był teraz we mnie, rozlał się po całym mym ciele. Nie powinien kończyć we mnie, jaką mam pewność, że mnie nie zapłodnił? Czy ja w ogóle mogę mieć potomstwo? Dotknęłam delikatnie swojego brzucha czując wzbierający we mnie kolejny płacz.

Znalazłam jakiś porzucony ręcznik. Wiem, że z pewnością ktoś go używał, ale musiałam wytrzeć swoje ciało. Nie patrząc wcale, czy to higieniczne, zaczęłam nim pocierać swoje nogi. Może aromat kogoś innego przejdzie na mnie?

Byłam już prawie całkowicie ubrana, gdy drzwi do pomieszczenia obok się otworzyły. Słyszałam męskie głosy. Zadrżałam. Ilu ich było? Rozmawiali o zbiórce, którą właśnie odbyli i o małym, nowym oddziale, który za pięć minut rusza na zwiad. I wtedy zrodził mi się pomysł, jak uciec. Na palcach podeszłam do drzwi, które nas dzieliły. Były uchylone, dzięki temu mogłam ich podsłuchiwać. Omawiali właśnie swoją misję i fakt, że teraz zabierają nowych na zewnątrz, by się przyzwyczaili.

Sięgnęłam ręką do jednej z otwartych szafek i wyciągnęłam mundur. Spodnie, specjalną bluzę, ochraniacze i hełm zasłaniający większość głowy i twarzy. Jeśli to pierwszy wymarsz świeżaków, to nikt nie powinien mnie rozpoznać, prawda? Ubrałam się szybko, lekko się krzywiąc na ciężar ochraniaczy. Zaciągnęłam rękawice i założyłam hełm. Teraz byłam gotowa. Równie cicho wyszłam na korytarz. Niezbyt wygodnie było się poruszać w za dużych butach. Nogawki na szczęście podwinęłam znacznie, nim włożyłam służbowe glany. Szczelinę pomiędzy palcami a końcem buta wypełniłam skarpetkami.

– Hej! Gdzie idziesz?! – zadrżałam i przystanęłam. Pozwoliłam, aby obcy podszedł do mnie. – Nowicjusze… wszędzie się zgubią. Tam – wskazał drugi koniec korytarza. – Za chwilę macie wymarsz. – a następnie złapał mnie mocno za ramiona i pchnął we wskazanym kierunku. – Postaraj się nie zginąć na pierwszym wyjściu. – a potem odszedł dalej marudząc na nowicjuszy, przez których wszyscy zginą. Nie czekałam na dalsze uwagi, tylko przyspieszyłam kroku.

Zza zakrętu prawie wpadłam na grupę innych. Nie rozmawiali, tylko stali w szeregu i czekali. Stanęłam na palcach, by móc zobaczyć coś nad ramieniem mężczyzny przede mną. Były tam ogromne drzwi, które zaczęły się rozsuwać. Czy to była moja wolność? Spojrzałam za siebie, ale korytarz był pusty. Nikt mnie jeszcze nie ścigał. Ciekawe kiedy zauważą brak jednego z mundurów? Kiedy Aker wstanie i czy będzie mnie szukał?

– Biegiem, biegiem! – towarzystwo na rozkaz ruszyło. Truchtałam z ledwością za nimi. Wypełnienie skarpetkami jednak nie za wiele dało. Miałam wrażenie, że człapię dziwnie za towarzystwem. – Nie ociągać się! Biegiem! – minęłam pierwszą osobę. Żołnierz, którego kojarzyłam z treningu, stał wyprostowany przy ścianie. Nie miał założonego hełmu, dzięki temu go rozpoznałam. Wykrzykiwał rozkaz. Za pasem trzymał przypiętą broń, jaką widziałam wielokrotnie przy Akerze. Spojrzałam na nowicjusza przede mną, ale nie zauważyłam u niego wcale takiego pasa. A zatem my nie dostaniemy broni? Czy to misja samobójcza? A może wcale nie ta grupa ma wymarsz na zewnątrz?

Wpadliśmy do ciemnego korytarza, gdzie tylko drogę oświetlały nam minimalnie zielone żarówki tuż przy podłodze. Czułam się, jak w metalowej puszce. Nowicjusze rozeszli się na boki, zrobiłam więc to samo. Przede mną była jedna rura, której mogłam się przytrzymać. Za mną wszedł żołnierz i przytknął coś do czytnika. Drzwi się zamknęły za nim. Po chwili poczułam szarpnięcie, jak gdybyśmy ruszyli.

– A teraz powtórzę. To tylko rozeznanie. Przyzwyczaicie się do terenu. Każdy pamięta swój podział terenu? – nikt nie zareagował, gdy przechadzał się i mówił. Każdy patrzył na niego, a w powietrzu unosił się zapach oczekiwania, strachu. – W razie problemu wciskacie przycisk alarmu i próbujecie przeżyć, nim nadejdą posiłki. I pamiętajcie, chronicie siebie i partnera. – po czym poszedł do przodu, rozmawiając z żołnierzem, którego dopiero teraz zauważyłam. Ilu ich było? I skoro doczepiłam się do nich, nie będę zauważalną nadprogramową jednostką?

Kolejne szarpniecie. Nabrałam głębiej powietrza. Drzwi z przodu się uchyliły, oślepiając nas lekko światłem. Nowicjusze znów ustawili się w szeregu, a ja przecisnęłam się, by nie być na końcu. Wychodziliśmy pojedynczo na zewnątrz.

Pierwsze, co zauważyłam, był blask słońca na zachodzie. Niebo zmieniało już delikatnie kolor. Trawa tutaj była zdeptana. Wokół stali strażnicy, były też wysokie budki oraz ogrodzenie. Nawet stąd, a byłam od tego sporo oddalona, czułam drgania poszczególnych kabli siatki pod napięciem. Ucieczka zatem była niemożliwa.

Odwróciłam się widząc jakieś zamieszanie po prawej. Z tunelu wyłonił się kolejny dziwny wagon. Drzwi się uchyliły i wyszli z niego żołnierze. Nie byli nowicjuszami. Mieli ze sobą broń. Spojrzeli na nas. Komentowali i zakładali się, ilu nie wytrzyma. Podchodzili do nas. A zatem to oni byli naszymi partnerami. Słyszałam, jak na końcu kolejki jeden z nich stwierdził, że znów źle ktoś wyliczył i mają nadprogramowego. Ucieszyłam się, że nie stałam już na końcu.

Na sygnał żołnierza, który nas przywiózł, pochód ruszył do przodu. Szliśmy wydeptaną ścieżką, będąc uważnie obserwowani przez strażników.

– Hej, śmierdzisz strachem. Opanuj się, co? Nie będzie tak strasznie. – spojrzałam na prawo. Żołnierz obok mnie przyglądał się uważniej. – Jesteś taką kruszyną, że nawet mundur dali ci używany. – pokiwał z rezygnacją głową. A potem patrzył już tylko przed siebie, wkładając hełm.

Droga prowadziła przez bramę pod napięciem na tyle wysokim, że każdy włosek stanął mi dęba. Zadrżałam w wyobrażeniu sobie, jak ktoś próbowałby się tu dostać lub wydostać. Nikt żywy nie przeszedłby przez to ogrodzenie. Następnie zostaliśmy skierowani w stronę wąskiej dróżki przez las. Żołnierze pomiędzy sobą żartowali, dalej zakładając się, kto pierwszy ucieknie. Chłonęłam wszystko. Pierwszy raz, od niepamiętnych czasów, szłam ku wolności. Przechodząc przez las widziałam jakieś ruiny w oddali. Przystanęłam, ku niezadowoleniu reszty załogi. Mój opiekun podszedł do mnie, ale pozwolił mi chłonąć ten widok. Towarzystwo szło dalej, ale my staliśmy i patrzyliśmy przed siebie.

– To graniczne zabudowania w D6. Chcesz tam pójść? – skinęłam głową. Nie chciałam iść lasem, chciałam poznać okolicę. A zatem byliśmy nie tak wcale daleko od mojego dawnego domu. Dzięki zwiedzeniu okolicy, bardziej mogłam się zorientować, gdzie byłam i jak bardzo okolica się zmieniła.

Żołnierz nacisnął coś przy swym ramieniu. Zdał raport, że się rozdzielili i idą w stronę ruin D6. Dostał pozwolenie. A zatem mieliśmy wolną rękę? A to mogło oznaczać, że teren był bezpieczny. Inaczej nie wypuściliby nowicjuszy tylko z jednym opiekunem. Przynajmniej tak sądziłam. Nie czekając dalej na nikogo, szłam przed siebie. Musiałam zobaczyć, jak teraz wyglądał ten teren. Raz jedynie obejrzałam się za siebie – zza drzew widziałam wielkie ogrodzenia i małe wyjścia z tunelu. Zatem i miejsce Akera było głęboko pod ziemią.

– Mieszkałaś tu? – zapytał idąc ramię w ramię ze mną. Patrzyłam na zniszczone ściany. Jeden z domów utrzymał był całkowicie zniszczony. Dachu nie było, a zachowały się tylko dwie ściany i połowa trzeciej z przekrzywionymi drzwiami. Nawet w jednym oknie powiewała zniszczona szmata, kiedyś zapewne będąca zasłoną. Widziałam na niej brązowe plamy, pewnie zaschnięta dawno krew, a brzegi szmaty były postrzępione, jak gdyby ogromne pazury rozorały materiał. Zajrzałam do środka. Meble zniszczone przez walkę i czas. Wycofałam się i szłam dalej.

– Nie – wyszeptałam. – Mieszkałam znacznie dalej. Czy kolejne Dystrykty wyglądają podobnie? – miałam nadzieję, że nie zdradzę się tym pytaniem. Zbroja mi ciążyła i pragnęłam ściągnąć to wszystko z siebie, poczuć prawdziwe powietrze, trawę i beton pod stopami.

– Nie. Tylko obrzeża. Dystrykty wyższe były znacznie bardziej chronione. Dystrykty niższe uległy całkowitym zniszczeniom. – po czym zmarszczył brwi i przyjrzał mi się uważniej. – Jak długo byłaś trenowana?

– Zbyt długo. – powiedziałam. Zawiał mocniejszy wiatr, przez co podniosłam głowę i pozwoliłam sobie głębiej oddychać.

Po chwili ściągnęłam całkowicie hełm, rzucając go na ziemię. Usłyszałam słowa sprzeciwu gdzieś zza pleców, ale nie reagowałam. Potrząsnęłam głową. Chłonęłam Liberię taką, jaką ją zastałam. W oddali widziałam wieżowce, ciemne kształty na tle różowego nieba. Zmarszczyłam brwi widząc, że nie są teraz równe. Nie paliły się też światła, a przecież domownicy pewnie już weszli do domów. Dopiero teraz doszło do mnie, że nie minęliśmy żadnych ludzi. No dobrze, wciąż były to obrzeża Dystryktu, ale nawet tu spotkać można było wielu mieszkańców, zwłaszcza tych, których nie stać było na życie w centrum. Teraz wszędzie panowała cisza, tylko nasze kroki odbijające się po zniszczonym asfalcie. Minęłam przewrócone, zardzewiałe i zniszczone auta. Przeszedł mnie dreszcz. Czy to możliwe, by Liberia aż tak się zmieniła?

Zaczynało mi być duszno. Rozpięłam ciężkie ochraniacze, zrzucając je u swych stóp. Kroki za mną przyspieszyły, ale ja nadal szłam prosto przed siebie, zrzucając z siebie ciężary.

– Hej! Nie wolno… – jego ciepła dłoń dotknęła mojej. Zadrżałam. – Nie wpadaj w panikę. Już wracamy. – potrząsnął mną, ale nie reagowałam. Oglądałam to wszystko próbując sobie uzmysłowić, co widzę. To nie były obrzeża Dystryktu, jaki znałam. Widziałam zniszczone budynki, bez okien i drzwi. Dotknięte przez czas. I ta przeraźliwa cisza wokół. – Musimy wracać. To rozkaz! – dopiero teraz skupiłam na nim wzrok. Zmarszczyłam brwi.

– To nie mój dom. – wyszeptałam. Rozejrzałam się jeszcze bardziej. Poznawałam ulicę, na którą prawie weszłam. Wyrwałam się i pobiegłam w tamtym kierunku. Słyszałam, jak Opiekun za mną wołał, ale nie przestawałam biec. Musiałam dotrzeć do osób, którym kiedyś ufałam i które już wcześniej mi pomogły.

Biegłam, ile tylko miałam sił. Pchana potrzebą spojrzenia w ich twarze. Potrzebowałam pomocy i nie mógł mi jej dać Aker. Pamiętałam czas tu spędzony. Zakazane miejsce, w którym oficjalnie nigdy nie byłam, a które traktowałam jak przystań, gdy walczyłam z przemianą w coś, czego nie rozumiałam.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s