LIBERIA II. Miasto krwi–Rozdział 9.2.

WESZŁAM DO OGROMNEJ sali wypełnionej zapachami i rozmowami. Wszędzie były rozstawione stoliki, przy których siedzieli żołnierze i jakieś osoby ubrane po prostu w takie same szare dresy, jak moje. Pomiędzy stolikami przechodzili ludzie, a raczej zmienni, z tacami. Uśmiechali się, witali. Wszyscy się znali. Rozglądałam się po tym dziwnym miejscu. Nie pamiętałam takie wcześniej. W szpitalu siostry kiedyś byłam przez chwilę w stołówce – tak to zdaje się nazywała. Miejsce, gdzie personel szpitala spożywał posiłki. W sumie to zjadłam już z Akerem, ale nie chciałam się wyróżniać. Podążyłam za innymi w stronę kolejki. Przepuściłam dwie dziewczyny. Spojrzały na mnie dziwnie, po czym zabrały ze stosu tace i ruszyły wzdłuż szafek chłodzących. Naśladowałam je, bo sama pewnie wyglądałabym na bardzo zagubioną. Przede mną znajdowały się jakieś paćki, dosłownie, w trzech różnych kolorach. Nie wiedziałam nawet, co to jest, ani jak smakuje.

– Przepraszam…. – dotknęłam dziewczynę przede mną. Obejrzała się i z taką odrazą przeszyła mnie spojrzeniem, że prawie się cofnęłam. Coś wewnątrz mnie zawarczało niezadowolone. – Co to jest? – zapytałam dodając tym samym uśmiech. Może po prostu niektórzy musieli dostać więcej czasu, by przywyknąć do mnie i tych hybryd, przywiezionych tutaj?

– Jedzenie. – wywarczała, po czym odwróciła się do koleżanki.

Tyle, to i ja wiedziałam. Właśnie kontynuowały rozmowę o możliwym awansie i że tej niesympatycznej czarnulce z pewnością się należy, zwłaszcza, że jest tak blisko Mistrza. Zrozumiałam, że jak wszędzie – przez romans chce szybko awansować. Przyjrzałam się jej uważniej. Atuty miała z pewnością niezłe. Wysportowane ciało, ale nie za bardzo umięśnione, kobiece krągłości, gdzie trzeba i przepiękne długie włosy o odcieniu czarnej nocy z odrobiną granatu, które spinała w węzeł z tyłu głowy.

Po nałożeniu sobie każdej potrawy odrobinę, tak dla smaku, odeszłam od lad i spojrzałam po sali. Szukałam miejsca, gdzie mogłabym usiąść i przemyśleć, co dalej. W rogu sali zauważyłam swoich towarzyszy. Hope wyglądała na wystraszoną. Dziobała swoje jedzenie, z przestrachem rozglądając się wokół. Zupełnie, jak gdyby oczekiwała ataku z każdej strony. Obok niej czujnie siedział Gabe. Po prostu jadł obserwując uważnie otoczenie. Uśmiechnęłam się i przysiadłam naprzeciwko nich.

– Dobre to? – zapytałam, pokazując papkę pomarańczową i drugą taką samą, ale w odcieniu zieleni. Kiedy wbiłam widelec, zauważyłam jakie klejące to było. Wzdrygnęłam się na samą myśl, co to może być.

– To zmielone ziemniaki z warzywami. – wyszeptała Hope. Miałam nadzieję, że kiedyś odważy się rozmawiać głośno, pewnie. – Pomarańczowe jest głównie z marchewką. Zielone….

– Nie dają za dużo mięsa. – wywarczał Gabe. – Dobrze cię widzieć wśród żywych.

– Martwiłeś się? Słodziutko. – parsknęłam, próbując obu papek. Odsunęłam tacę i tylko chwyciłam kawałki mięsa. Tym z pewnością nie pogardzę. – Gdzie was ulokowali? Macie spokój?

– Chcieli nas rozdzielić, bo tylko małżeństwa mogą mieszkać razem, ale…

– Gabe zaczął się zmieniać, więc stwierdzili, że co ich to obchodzi i mamy wspólny pokój. Ładny. Czysty. Mają łóżka. – to ostatnie Hope wyszeptała tak, jak gdyby było to cudem. Nie chciałam im opowiadać, gdzie ja trafiłam.

– To dobrze. Słuchajcie, musimy się odpowiednio zachowywać. Mają tu monitoring i pewnie sprawdzają każdego z nas. Żadnych bójek, ucieczek, morderstw itd. Jasne? Inaczej wrócimy do tamtych klatek, a chcę tego uniknąć.

– Gdzie Nadia? – Gabe pytając mnie, nachylił się bardziej nad stołem. Hope wtuliła się w jego ramię, ale widziałam, jak jej ciało także się przybliża. Dobrze, że przy nim czuje się pewniej. Bezpieczniej. Tego teraz potrzebowała najbardziej. Potem coś wymyślę. Teraz musieliśmy uśpić czujność, a ja musiałam się dowiedzieć, komu zawdzięczam ten cały koszmar i do kogo należały tamte budynki i całe te przedsięwzięcie. To był priorytet. Poza moją dawną przyjaciółką.

– Nadia jest w skrzydle szpitalnym. Jest z nią źle. Robią badania, by się dowiedzieć, co wyniszcza jej organizm i dlaczego nie reaguje na żadne dostępne leki. Oni… proszą nas o oddanie im trochę naszej krwi. – widziałam, jak się wzdrygnęli. – My z jakiegoś powodu mamy się dobrze. Nadia nie. Albo dawali jej coś innego, albo coś w niej nie pozwala pozbyć się tego paskudztwa.

– Przecież jak przyjdą po nas do badań…

– Nie, Gabe. Oni nie przyjdą po nas, by poddać nas badaniom. Chcą, byśmy dobrowolnie oddali im trochę naszej krwi. Tylko tyle. Będę cały czas z wami.

– Nie lubię jej. – wyszeptała Hope. Zmarszczyłam brwi, bo była to zupełna zmiana tematu. Spojrzałam przez ramię na osobę, którą obserwowała dziewczyna. Stała tam czarnulka z kolejki wraz z innymi żołnierzami. Kokietowała ich, ale wydawała się pewna siebie, swoich możliwości i władzy, jaką ma nad wszystkimi. – Wywyższa się.

– Pchnęła Hope, gdy byliśmy w przejściu. – warknęłam. Dziewczyna podniosła wzrok na nas. Nie wiem, czy wyczuła się obserwowana, czy usłyszała mój warkot. Przez chwilę patrzyłyśmy sobie w oczy. – Uspokój się, zaczynasz…

– Wiem, Gabe. Po prostu czuję potrzebę rozszarpania jej na kawałki. – po czym skupiłam się ponownie na tacy. Nie byłam głodna, ale jedynie bawiłam się papkami, rozmyślając o tym co dalej. Nie mogliśmy jedynie siedzieć u Akera i czekać na nie wiadomo na co. Chciałam wyjść na zewnątrz. Chciałam być do czegoś przydatna.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s