Mroczni. Nadia–Rozdział 12

Obudziło mnie lekkie liźnięcie w dłoń. Otworzyłam oczy. Pies patrzył na mnie uważnie i znów mnie polizał, nie spuszczając swego spojrzenia ze mnie. Uniosłam się i pogłaskałam go po łbie. Starzec wciąż spał. Gdzieś w domu coś się przewróciło, coś zapiszczało. Pewnie maluchy wstały i teraz rozrabiają, spalając energię. Za oknem wciąż było ciemno. Musiałam wrócić do domu i wrócić tu z zakupami.

Po obejrzeniu domu i pozbieraniu talerzy, a także ich sprzątnięciu, wyszłam przed dom. Powietrze było chłodne i rześkie. Jak to bywa o poranku. Wokół panowała idealna cisza. Stałam przez chwilę, delektując się odczuciem wolności. Chciałam jak najszybciej dotrzeć do domu. Zauważyłam parę nieodebranych połączeń i dwie wiadomości od Iana, że nie zamierza się o mnie zamartwiać, ale jak coś się mi stanie, to Connor dupę mu skopie, a skoro on lubi swój tyłek, to mogłabym dać znać, gdzie jestem. Uznałam, że nie warto teraz odpowiadać, skoro pewnie śpi, a ja za niedługo będę w domu. Wybrałam drogę obok miejsca dla wisielców, chcąc skrócić sobie drogę. Przypomniałam sobie, że idąc do Berta, robiłam spory łuk. Zatem jeśli przetnę tą drogę, powinnam wyjść na drugim krańcu Tenebris i dzięki temu skrócę czas drogi do domu. Uśmiechnięta ze swojego pomysłu, żwawym krokiem poszłam wprost przed siebie.

Mijałam coraz rzadziej zamieszkiwane domy. W uliczce dalej usłyszałam głośniejszą muzykę. Pewnie ludzie wracający z pracy, bądź nocnej imprezy. Nie chciałam ich mijać. Potrzebowałam jak najszybciej znaleźć się w znanej sobie części miasta. Te okolice sprawiały, że nie tylko atakowały mnie wspomnienia z dzieciństwa, ale przeszywał mnie też jakiś nieprzyjemny dreszcz.

– Czyż to nie nasza barmaneczka? – przyspieszyłam słysząc za plecami znany z pracy głos. Mężczyzna, który uważał się za lepszych od wszystkich. A skoro tak, to co robił w tej dzielnicy? Szuranie stopami, śmiech i komentarze wciąż dochodziły zza moich pleców. Gdy przyspieszyłam jeszcze bardziej, oni zrobili to samo.

Szarpnięcie za ramię sprawiło, że moje ciało odwróciło się w tamtym kierunku, a ja próbowałam zwalczyć nie tylko piśnięcie, ale także złapać równowagę, po tak niespodziewanym ruchu. Patrzyłam prosto w oczy Joeya. Jego stylizowana fryzura błyszczała teraz w świetle pobliskiej latarni. Zresztą jednej z nielicznych, jakie paliły się w tej dzielnicy. Jego oczy zwęziły się, wpatrując wprost w moje. Palce mocno ściskały moje przedramię.

– No proszę, proszę… kogo tu mamy…

– Zostaw mnie. – wywarczałam w jego twarz, ale jego tylko to rozbawiło.

– Bo co? Pobiegniesz skamląco do Connora? On mnie nie tknie. Powinnaś się tego nauczyć. – przeszył mnie dreszcz. Próbowałam się wyszarpnąć, ale on mocniej mnie ścisnął. Kiedy zbliżył twarz do mojej, podniosłam wargi ostrzegawczo i kłapnęłam zębami tuż przy jego nosie. Nie rozumiałam, dlaczego to robię. Wiedziałam jednak, że posłucha ostrzeżenia. A przynajmniej powinien. Jednak to moje kolano uderzające go w czułe miejsce, było znakiem, by poluzował chwyt. To dało mi chwilę, by się wyrwać. Kiedy jednak się odwróciłam i chciałam uciec, zobaczyłam jego dwóch kompanów. Nim udało mi się zrobić cokolwiek, jeden z nich się zamachnął.

Moje ciało upadło od tego uderzenia. Otworzyłam lekko oczy, bo ból nie pozwalał mi otworzyć je bardziej. Widziałam przy twarzy parę stóp odzianych w eleganckie buty. Głosy rozmywały się, aż pochłonęła mnie całkowicie ciemność.

Otworzyłam oczy bardzo powoli. Czułam, jak głowa mi pulsuje jednostajnym bólem. Pierwsze, co zobaczyłam, to zaschnięte liście i trochę igieł oraz ziemia. Dziwne, byłam przecież w mieście, dlaczego jestem teraz w… ogródku? Nie, to nie jest czyjś ogródek, bo w dalszym planie było zbyt wiele drzew. I choć nadal panowały ciemności, widziałam cienie wielu wysokich drzew. Byłam w lesie!

Coś szarpnęło moim ciałem. Mocno. Poczułam, jak nogi zostały uniesione i coś po nich przeciągnięto. Chłód ziemi i wiatru sprawił, że ciało wciąż mi drżało. Było mi tak strasznie zimno i wszystko mnie bolało. Gdzieś nad sobą słyszałam głosy. Męskie. Jeden chrapliwy bliżej. Dwa pozostałe lekko w oddali, ale tamte nie były już takie przyjaźnie nastawione. Chyba się kłócili.

Wydawać by się mogło, gorące duże dłonie na mojej wyziębionej skórze. Dotykały moich nóg. Sunęły coraz wyżej. Uderzenie w pośladek. Ciało szarpnięte tak, że teraz leżałam na brzuchu. Czułam, jak igły wbijają mi się w nagą skórę. Byłam naga! Rozszerzono mi nogi. Chrapliwy głos był teraz bardzo blisko. Czułam go tuż za sobą. Przez chwilę się kręcił. Słyszałam głos odpinanego zamka. Przeszedł mnie dreszcz. Musiałam uciec. Musiałam zrobić cokolwiek, by się wydostać.

Coś gorącego otarło się o mnie. O moje pośladki, a następnie zaczęło ocierać się o moje najskrytsze miejsca. Może i nie mam doświadczenia, ale wiedziałam, co chciał mi zrobić. Pisnęłam cicho. Łkanie, gdy próbował we mnie wejść.

– Jaka, kurwa, ciasna…. – wychrypiał, stękając obrzydliwie. Mężczyźni nieco dalej zaczęli się śmiać. Usłyszałam ciche kliknięcia i nagły błysk światła. Ktoś robił mi zdjęcia? Zadrżałam i próbowałam się wyczołgać.

– Dobra, miłej zabawy. Mnie tu nie powinno być. – po czym odszedł pogwizdując cicho. Szarpnięcie za biodra sprawiło, że wróciłam do sytuacji, w której byłam. W mojej głowie jednak zapamiętałam tą pogwizdywaną melodię. Znajdę go i zemszczę się. Rozpoznam go po głosie i tym gwizdaniu.

Zawyłam, gdy mężczyzna ponowił próby wejścia we mnie. Spięłam się, wciąż odczuwając ból nie tylko próby jego wtargnięcia, ale i kolejnego klapsa, którym mnie poczęstował. Poczułam, jak coś wewnątrz się we mnie buduje. Warczało.

– Ona warczy. – powiedział zdenerwowany głos z oddali.

– Tyle może. – zaśmiał się chrapliwy nade mną i znów ocierał się o mnie, stękając. Poczułam, że robi mi się niedobrze od samej myśli, że robi to z moim ciałem. Sparaliżowanym strachem. – Kurwa, wpuść mnie. – trzepnął mnie mocno pięścią w plecy. Krzyknęłam.

– Zatkaj jej buzię, bo jeszcze ktoś usłyszy.

– Ale czym? – zapytał zbliżający się głos.

– Kurwa, fiutem.

– Żeby go odgryzła? – parsknął tamten, ale i tak się zbliżył. Próbowałam się odczołgać, szorując ciało po ziemi, kalecząc coraz boleśniej.

Uderzenie było tak niespodziewane, że nawet nie krzyknęłam, tylko cicho zapiszczałam. Kolejne spadło w to samo miejsce. I trzecie, szybkie. Krew płynęła mi z ust. Wyplułam ją. Szarpnął moją głowę za włosy do góry tak, bym na niego spojrzała. Podniosłam wzrok rozpoznając twarz z baru. Kumpel Joeya. Patrzył przez chwilę mi w oczy, po czym jego pięść ponownie spotkała się z moją twarzą. Uderzenie poczułam aż w napiętym kręgosłupie, gdy głowę odrzuciło mi w drugim kierunku. Chciał mnie uciszyć, bijąc. Po drugiej stronie mojego ciała, mężczyzna wśliznął się odrobinę we mnie. Czułam, jak jego część zaczyna torować sobie drogę we mnie. Bolało i tak bardzo piekło.

Zamknęłam oczy. Dreszcz po plecach się mocno nasilił. Usłyszałam skowyt a potem warczenie. Głośne. Wprost z mego gardła. Mężczyzna z przodu nie zdążył odskoczyć na czas, gdy wgryzłam się w jego nogę. Mocno. Jego krzyk przestraszył niejedno stworzenie nocy. Jakieś ptaki zerwały się do lotu, opuszczając swoje miejsca na wierzchołkach drzew. Mężczyzna za mną się odczołgał.

– Mroczna… – wyszeptał z przestrachem. Oderwałam się od napastnika z przodu, i wypluwając krew, odwróciłam się do tyłu. W jednej sekundzie byłam w pół przysiadzie czujnie obserwując mężczyznę leżącego przed sobą. Spodnie, które usilnie próbował znów podciągnąć do góry. Jego męskość błyszczała w słabym świetle lasu. Tym próbował we mnie wejść? Tym próbował mnie ukarać? Kolejny kumpel Joeya. Wysunęłam się odrobinę do przodu, warcząc na niego. Czułam swędzenie rąk i lekkie ciągnięcie. Wiedziałam, że nie miałam już swoich dłoni. Znów szpony. Uniosłam je do góry tak, by mężczyzna mógł się napatrzeć. Zakwilił. Szybko zerwał się do biegu. A ja na to tylko czekałam.

Mogłam go dogonić. Mogłam nań skoczyć i zranić. Ale nie zasłużył na szybką śmierć. Napawałam się jego strachem. Biegłam trochę za nim, czasem przebiegłam obok, lekko kalecząc, zmieniając kierunek jego biegu. Słabł coraz szybciej. Ślady krwi zataczały koło wśród miejsca, gdzie chciał mnie zranić. On chyba sobie jednak nie zdawał sprawy, że biega w kółko. Przynajmniej do czasu, aż zobaczył kolegę leżącego na ziemi, trzymającego zakrwawioną nogę i piszczącego z bólu.

Skoczyłam na jego plecy, mocno tnąc szponami skórę, mięśnie, aż poczułam pod pazurami twardość kości. Nie przeszkadzał mi jego krzyk. Napawałam się strachem, bólem i krwią. Pachniała tak dobrze. Oblizałam usta. Mężczyzna czołgał się na brzuchu tak, jak jeszcze niedawno ja to robiłam. Stałam nad nim i tylko patrzyłam na jego starania. Kwaśny odór uryny odwrócił moją uwagę na drugiego, który tylko patrzył przerażony na mnie, zalewając siebie i liście wokół. Obrzydlistwo. Zmarszczyłam nos i wróciłam do mojego niedoszłego gwałciciela.

Wbiłam zęby w jego ramię. Smakowałam nektar wpływający do mojej buzi. Połykałam. Zachłannie ssałam i wbijałam dalej zęby, by mieć go więcej. Początkowo mężczyzna krzyczał i próbował się wyrwać. Po chwili jednak cicho łkał pozwalając mi na wszystko. A może już opadł z sił?

Wstałam. Oblizałam wargi i spojrzałam w bok. Nie było już krzyków, kwilenia, ani płaczu. Była tylko cisza i urywane oddechy. Podeszłam do zwiniętego pod drzewem mężczyzny. Złapałam go mocno za brodę.

– Chcieliście mnie skrzywdzić. – wywarczałam mu prosto w twarz, opluwając krwią jego kompana. – Daruję ci życie, ale wrócę…. – miałam wrażenie, że nie kontaktował. Może to z upływu krwi, a może z widoku jego kolegi, który teraz leżał nieruchomo dwa kroki od nas. Wstałam i rozejrzałam się wokół. Znalazłam swoje ubrania. Chwyciłam je i pobiegłam przed siebie. Nie wiedziałam, w jakim kierunku biegnę. Musiałam się wydostać.

Nogi się ugięły. Spojrzałam przed siebie. Zza drzew widziałam światła miasta. Byłam tak blisko, a mimo to nikt nie reagował na krzyki z lasu? Z drugiej strony ludzie pamiętali o ostrzeżeniach, by nie wychodzić w takie miejsca po zachodzie.

Nad domami zaczynało jaśnieć. Ktoś za niedługo odkryje dwóch mężczyzn w lesie. Zaczną szukać bestii, która ich tak załatwiła. Powinnam zgłosić się na policję? Pomyślałam o Connorze – będzie taki rozczarowany. Z torby wyciągnęłam telefon. Otarłam zapłakaną twarz i wybiłam pierwszy numer, jaki przyszedł mi do głowy.

Obudziło mnie lekkie liźnięcie w dłoń. Otworzyłam oczy. Pies patrzył na mnie uważnie i znów mnie polizał, nie spuszczając swego spojrzenia ze mnie. Uniosłam się i pogłaskałam go po łbie. Starzec wciąż spał. Gdzieś w domu coś się przewróciło, coś zapiszczało. Pewnie maluchy wstały i teraz rozrabiają, spalając energię. Za oknem wciąż było ciemno. Musiałam wrócić do domu i wrócić tu z zakupami.

Po obejrzeniu domu i pozbieraniu talerzy, a także ich sprzątnięciu, wyszłam przed dom. Powietrze było chłodne i rześkie. Jak to bywa o poranku. Wokół panowała idealna cisza. Stałam przez chwilę, delektując się odczuciem wolności. Chciałam jak najszybciej dotrzeć do domu. Zauważyłam parę nieodebranych połączeń i dwie wiadomości od Iana, że nie zamierza się o mnie zamartwiać, ale jak coś się mi stanie, to Connor dupę mu skopie, a skoro on lubi swój tyłek, to mogłabym dać znać, gdzie jestem. Uznałam, że nie warto teraz odpowiadać, skoro pewnie śpi, a ja za niedługo będę w domu. Wybrałam drogę obok miejsca dla wisielców, chcąc skrócić sobie drogę. Przypomniałam sobie, że idąc do Berta, robiłam spory łuk. Zatem jeśli przetnę tą drogę, powinnam wyjść na drugim krańcu Tenebris i dzięki temu skrócę czas drogi do domu. Uśmiechnięta ze swojego pomysłu, żwawym krokiem poszłam wprost przed siebie.

Mijałam coraz rzadziej zamieszkiwane domy. W uliczce dalej usłyszałam głośniejszą muzykę. Pewnie ludzie wracający z pracy, bądź nocnej imprezy. Nie chciałam ich mijać. Potrzebowałam jak najszybciej znaleźć się w znanej sobie części miasta. Te okolice sprawiały, że nie tylko atakowały mnie wspomnienia z dzieciństwa, ale przeszywał mnie też jakiś nieprzyjemny dreszcz.

– Czyż to nie nasza barmaneczka? – przyspieszyłam słysząc za plecami znany z pracy głos. Mężczyzna, który uważał się za lepszych od wszystkich. A skoro tak, to co robił w tej dzielnicy? Szuranie stopami, śmiech i komentarze wciąż dochodziły zza moich pleców. Gdy przyspieszyłam jeszcze bardziej, oni zrobili to samo.

Szarpnięcie za ramię sprawiło, że moje ciało odwróciło się w tamtym kierunku, a ja próbowałam zwalczyć nie tylko piśnięcie, ale także złapać równowagę, po tak niespodziewanym ruchu. Patrzyłam prosto w oczy Joeya. Jego stylizowana fryzura błyszczała teraz w świetle pobliskiej latarni. Zresztą jednej z nielicznych, jakie paliły się w tej dzielnicy. Jego oczy zwęziły się, wpatrując wprost w moje. Palce mocno ściskały moje przedramię.

– No proszę, proszę… kogo tu mamy…

– Zostaw mnie. – wywarczałam w jego twarz, ale jego tylko to rozbawiło.

– Bo co? Pobiegniesz skamląco do Connora? On mnie nie tknie. Powinnaś się tego nauczyć. – przeszył mnie dreszcz. Próbowałam się wyszarpnąć, ale on mocniej mnie ścisnął. Kiedy zbliżył twarz do mojej, podniosłam wargi ostrzegawczo i kłapnęłam zębami tuż przy jego nosie. Nie rozumiałam, dlaczego to robię. Wiedziałam jednak, że posłucha ostrzeżenia. A przynajmniej powinien. Jednak to moje kolano uderzające go w czułe miejsce, było znakiem, by poluzował chwyt. To dało mi chwilę, by się wyrwać. Kiedy jednak się odwróciłam i chciałam uciec, zobaczyłam jego dwóch kompanów. Nim udało mi się zrobić cokolwiek, jeden z nich się zamachnął.

Moje ciało upadło od tego uderzenia. Otworzyłam lekko oczy, bo ból nie pozwalał mi otworzyć je bardziej. Widziałam przy twarzy parę stóp odzianych w eleganckie buty. Głosy rozmywały się, aż pochłonęła mnie całkowicie ciemność.

Otworzyłam oczy bardzo powoli. Czułam, jak głowa mi pulsuje jednostajnym bólem. Pierwsze, co zobaczyłam, to zaschnięte liście i trochę igieł oraz ziemia. Dziwne, byłam przecież w mieście, dlaczego jestem teraz w… ogródku? Nie, to nie jest czyjś ogródek, bo w dalszym planie było zbyt wiele drzew. I choć nadal panowały ciemności, widziałam cienie wielu wysokich drzew. Byłam w lesie!

Coś szarpnęło moim ciałem. Mocno. Poczułam, jak nogi zostały uniesione i coś po nich przeciągnięto. Chłód ziemi i wiatru sprawił, że ciało wciąż mi drżało. Było mi tak strasznie zimno i wszystko mnie bolało. Gdzieś nad sobą słyszałam głosy. Męskie. Jeden chrapliwy bliżej. Dwa pozostałe lekko w oddali, ale tamte nie były już takie przyjaźnie nastawione. Chyba się kłócili.

Wydawać by się mogło, gorące duże dłonie na mojej wyziębionej skórze. Dotykały moich nóg. Sunęły coraz wyżej. Uderzenie w pośladek. Ciało szarpnięte tak, że teraz leżałam na brzuchu. Czułam, jak igły wbijają mi się w nagą skórę. Byłam naga! Rozszerzono mi nogi. Chrapliwy głos był teraz bardzo blisko. Czułam go tuż za sobą. Przez chwilę się kręcił. Słyszałam głos odpinanego zamka. Przeszedł mnie dreszcz. Musiałam uciec. Musiałam zrobić cokolwiek, by się wydostać.

Coś gorącego otarło się o mnie. O moje pośladki, a następnie zaczęło ocierać się o moje najskrytsze miejsca. Może i nie mam doświadczenia, ale wiedziałam, co chciał mi zrobić. Pisnęłam cicho. Łkanie, gdy próbował we mnie wejść.

– Jaka, kurwa, ciasna…. – wychrypiał, stękając obrzydliwie. Mężczyźni nieco dalej zaczęli się śmiać. Usłyszałam ciche kliknięcia i nagły błysk światła. Ktoś robił mi zdjęcia? Zadrżałam i próbowałam się wyczołgać.

– Dobra, miłej zabawy. Mnie tu nie powinno być. – po czym odszedł pogwizdując cicho. Szarpnięcie za biodra sprawiło, że wróciłam do sytuacji, w której byłam. W mojej głowie jednak zapamiętałam tą pogwizdywaną melodię. Znajdę go i zemszczę się. Rozpoznam go po głosie i tym gwizdaniu.

Zawyłam, gdy mężczyzna ponowił próby wejścia we mnie. Spięłam się, wciąż odczuwając ból nie tylko próby jego wtargnięcia, ale i kolejnego klapsa, którym mnie poczęstował. Poczułam, jak coś wewnątrz się we mnie buduje. Warczało.

– Ona warczy. – powiedział zdenerwowany głos z oddali.

– Tyle może. – zaśmiał się chrapliwy nade mną i znów ocierał się o mnie, stękając. Poczułam, że robi mi się niedobrze od samej myśli, że robi to z moim ciałem. Sparaliżowanym strachem. – Kurwa, wpuść mnie. – trzepnął mnie mocno pięścią w plecy. Krzyknęłam.

– Zatkaj jej buzię, bo jeszcze ktoś usłyszy.

– Ale czym? – zapytał zbliżający się głos.

– Kurwa, fiutem.

– Żeby go odgryzła? – parsknął tamten, ale i tak się zbliżył. Próbowałam się odczołgać, szorując ciało po ziemi, kalecząc coraz boleśniej.

Uderzenie było tak niespodziewane, że nawet nie krzyknęłam, tylko cicho zapiszczałam. Kolejne spadło w to samo miejsce. I trzecie, szybkie. Krew płynęła mi z ust. Wyplułam ją. Szarpnął moją głowę za włosy do góry tak, bym na niego spojrzała. Podniosłam wzrok rozpoznając twarz z baru. Kumpel Joeya. Patrzył przez chwilę mi w oczy, po czym jego pięść ponownie spotkała się z moją twarzą. Uderzenie poczułam aż w napiętym kręgosłupie, gdy głowę odrzuciło mi w drugim kierunku. Chciał mnie uciszyć, bijąc. Po drugiej stronie mojego ciała, mężczyzna wśliznął się odrobinę we mnie. Czułam, jak jego część zaczyna torować sobie drogę we mnie. Bolało i tak bardzo piekło.

Zamknęłam oczy. Dreszcz po plecach się mocno nasilił. Usłyszałam skowyt a potem warczenie. Głośne. Wprost z mego gardła. Mężczyzna z przodu nie zdążył odskoczyć na czas, gdy wgryzłam się w jego nogę. Mocno. Jego krzyk przestraszył niejedno stworzenie nocy. Jakieś ptaki zerwały się do lotu, opuszczając swoje miejsca na wierzchołkach drzew. Mężczyzna za mną się odczołgał.

– Mroczna… – wyszeptał z przestrachem. Oderwałam się od napastnika z przodu, i wypluwając krew, odwróciłam się do tyłu. W jednej sekundzie byłam w pół przysiadzie czujnie obserwując mężczyznę leżącego przed sobą. Spodnie, które usilnie próbował znów podciągnąć do góry. Jego męskość błyszczała w słabym świetle lasu. Tym próbował we mnie wejść? Tym próbował mnie ukarać? Kolejny kumpel Joeya. Wysunęłam się odrobinę do przodu, warcząc na niego. Czułam swędzenie rąk i lekkie ciągnięcie. Wiedziałam, że nie miałam już swoich dłoni. Znów szpony. Uniosłam je do góry tak, by mężczyzna mógł się napatrzeć. Zakwilił. Szybko zerwał się do biegu. A ja na to tylko czekałam.

Mogłam go dogonić. Mogłam nań skoczyć i zranić. Ale nie zasłużył na szybką śmierć. Napawałam się jego strachem. Biegłam trochę za nim, czasem przebiegłam obok, lekko kalecząc, zmieniając kierunek jego biegu. Słabł coraz szybciej. Ślady krwi zataczały koło wśród miejsca, gdzie chciał mnie zranić. On chyba sobie jednak nie zdawał sprawy, że biega w kółko. Przynajmniej do czasu, aż zobaczył kolegę leżącego na ziemi, trzymającego zakrwawioną nogę i piszczącego z bólu.

Skoczyłam na jego plecy, mocno tnąc szponami skórę, mięśnie, aż poczułam pod pazurami twardość kości. Nie przeszkadzał mi jego krzyk. Napawałam się strachem, bólem i krwią. Pachniała tak dobrze. Oblizałam usta. Mężczyzna czołgał się na brzuchu tak, jak jeszcze niedawno ja to robiłam. Stałam nad nim i tylko patrzyłam na jego starania. Kwaśny odór uryny odwrócił moją uwagę na drugiego, który tylko patrzył przerażony na mnie, zalewając siebie i liście wokół. Obrzydlistwo. Zmarszczyłam nos i wróciłam do mojego niedoszłego gwałciciela.

Wbiłam zęby w jego ramię. Smakowałam nektar wpływający do mojej buzi. Połykałam. Zachłannie ssałam i wbijałam dalej zęby, by mieć go więcej. Początkowo mężczyzna krzyczał i próbował się wyrwać. Po chwili jednak cicho łkał pozwalając mi na wszystko. A może już opadł z sił?

Wstałam. Oblizałam wargi i spojrzałam w bok. Nie było już krzyków, kwilenia, ani płaczu. Była tylko cisza i urywane oddechy. Podeszłam do zwiniętego pod drzewem mężczyzny. Złapałam go mocno za brodę.

– Chcieliście mnie skrzywdzić. – wywarczałam mu prosto w twarz, opluwając krwią jego kompana. – Daruję ci życie, ale wrócę…. – miałam wrażenie, że nie kontaktował. Może to z upływu krwi, a może z widoku jego kolegi, który teraz leżał nieruchomo dwa kroki od nas. Wstałam i rozejrzałam się wokół. Znalazłam swoje ubrania. Chwyciłam je i pobiegłam przed siebie. Nie wiedziałam, w jakim kierunku biegnę. Musiałam się wydostać.

Nogi się ugięły. Spojrzałam przed siebie. Zza drzew widziałam światła miasta. Byłam tak blisko, a mimo to nikt nie reagował na krzyki z lasu? Z drugiej strony ludzie pamiętali o ostrzeżeniach, by nie wychodzić w takie miejsca po zachodzie.

Nad domami zaczynało jaśnieć. Ktoś za niedługo odkryje dwóch mężczyzn w lesie. Zaczną szukać bestii, która ich tak załatwiła. Powinnam zgłosić się na policję? Pomyślałam o Connorze – będzie taki rozczarowany. Z torby wyciągnęłam telefon. Otarłam zapłakaną twarz i wybiłam pierwszy numer, jaki przyszedł mi do głowy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s