LIBERIA II. Miasto krwi–Rozdział 8

Czułam chłód, przenikający moje ciało, chociaż nie czułam ziemi. Lekko palcami przejechałam po powierzchni, na której leżałam. Wyczułam jakiś szorstki materiał, a tuż za nim zimny metal. Ale przecież byłam na trawie walcząc ze strażnikami. Otworzyłam szeroko oczy i zerwałam się z leżanki. Była zamontowana tuż przy ścianie małego pomieszczenia. Wokół mnie natomiast przeźroczyste ściany, przez które widziałam ludzi ubranych na czarno. Spoglądali to na mnie, to na monitory przed sobą. Spojrzałam na siebie – wciąż ubrana tak samo i jeszcze nawet nie umyta. Rozejrzałam się uważniej po pomieszczeniu, pragnąc rozpoznać choć odrobinę to miejsce. Czyżby nam się nie udało? Po mojej prawej stronie widziałam taką samą celę, w jakiej się znajdowałam. Na identycznej leżance do mojej, siedział Gabe. Patrzył jedynie na mnie. Skinął mi głową. Czy gdybym się odezwała, usłyszeliby mnie? On by usłyszał? Spojrzałam w lewą stronę, gdzie była kolejna cela. Pomiędzy tą ścianą a tamtym boksem ustawiono również parę stolików. Cele nie były tuż przy sobie, a oddalone od siebie o jakiś metr. Mogliśmy siebie obserwować, ale nawet nie dzieliliśmy jednej ścianki. W celi po lewo leżała Hope. Wiem, że była przytomna. Jednak nie poruszyła się, po prostu leżała patrząc w sufit.

– Gdzie jestem? – zapytałam głośno, patrząc na mężczyznę przede mną. Ale on jedynie wcisnął jakieś przyciski i powiedział do komunikatora, że się obudziłam. Nie rozmawiał jednak z nikim. Po prostu patrzył w monitor. Uderzyłam mocno w ścianę przed sobą, ale mężczyzna tylko uniósł brew do góry i zaszczycił mnie jednym spojrzeniem. Nie wiem, co chciał mi przekazać, ale ja zobaczyłam w nim tylko politowanie, co rozwścieczyło mnie jeszcze bardziej. Spojrzała w górę i na boki, czując tym samym, jak zaczynam oddychać coraz szybciej. Po prawo usłyszałam warknięcie, jak gdyby Gabe chciał coś mi przekazać, a być może nawet ostrzec. Ale ja nie potrafiłam się uspokoić. Musiałam się stąd wydostać i to jak najszybciej. Czułam silne prądy przechodzące po kręgosłupie. Coś zapiszczało w oddali. Warknęłam ostrzegawczo i wróciłam spojrzeniem do mężczyzny. Teraz nie odrywał ode mnie spojrzenia, pełnego zarówno zdziwienia, jak i ciekawości. Kłapnęłam zębami, ale nic nie zrobił. Uderzyłam pięścią raz jeszcze w przeźroczystą ścianę. Miałam wrażenie, jakby delikatnie się wygięła. Strażnik odsunął się o parę kroków. Gabe warczał głośno. Czułam w powietrzu zapach jego przemiany. Wiedziałam, że zaraz będzie wyglądał tak, jak go widziałam w tym laboratorium. Spojrzałam na Hope, ale ona siedziała skulona jedynie na leżance, z głową schowaną pomiędzy ramionami. Czułam, jakbym ją zawiodła. Ich wszystkich. Wezwałam pomoc, posiłki, próbowałam wydostać, a mimo to trafiliśmy do cel.

Poczułam, jakby ogarnęła mnie silna rozpacz i wściekłość jednocześnie.

– Wypuść. Mnie. – warczałam, przykładając twarz do ściany. – A przeżyjesz. – dodałam z lekkim uśmiechem. Ale strażnik nie zareagował. Jedynie wyszeptał coś do pozostałych mężczyzn, których dopiero teraz zauważyłam. Wszyscy obserwowali trzy cele. Czyżby moje działanie wywołało zmiany u pozostałych? Nie chciałam się o tym przekonywać. Musiałam się wydostać. Po chwili jeden z mężczyzn szybko coś kliknął w monitorze przed sobą. Usłyszałam cichy przełącznik, a następnie delikatny wiatr owiał moje ciało. Zadrżałam. Z niedowierzaniem spojrzałam po celi. Z rogów wydobywał się jakiś biały dym. Nie mogłam uwierzyć w to, co się dzieje. Oni próbowali mnie teraz potraktować jakimś gazem?

– To na uspokojenie. – powiedział jeden ze strażników, jakby faktycznie to miało sprawić, że się uspokoję. To był gaz i nie zmieniało to faktu, że właśnie wtłaczano go do mojej celi. Zaczęło mnie drapać momentalnie w gardle. Złapał mnie kaszel. Ześliznęłam się po ścianie i kaszlałam. Próbowałam nie wdychać tego skażonego powietrza, ale jak miałabym wytrzymać bez oddychania?

I wtedy poczułam silne szarpnięcie. Moje ciało jak gdyby zostało podpięte do gniazdka. Tym razem to nie był ten lekki dreszcz, który dotąd odczuwałam na swych plecach. Teraz naprawdę zabolało. Moje ciało wygięło się w łuk, a każdy mógł usłyszeć mój przeraźliwy krzyk pełen bólu. A potem nastała cisza. Słyszałam ich oddechy. Szepty, by w końcu go wezwali i to szybko. Ale ja jedynie patrzyłam przez białą mgłę na ich postacie. Nie widziałam twarzy, jedynie posturę. Czułam ogromną furię. I żaden z mężczyzn nie wyglądał na człowieka, a jedynie czerwoną posturę. Oblizałam usta.

Jednym ruchem zerwałam się z ziemi i uderzyłam mocno pięścią w ścianę oddzielającą mnie od żołnierzy. Spojrzałam na krew, która pozostała na szybie. Pochodziła za pewne z mojej ręki. Ale bardziej jednak ucieszyła mnie mała pajęczynka, która powstała wokół plamy krwi. Przejechałam po niej szponem i z uśmiechem spojrzałam na żołnierzy. Cofnęli się i ręką sięgnęli już w stronę swojej broni. Śledziłam każdy ich ruch. Jeden z nich nacisnął ogromny, czerwony przycisk. Zawyła syrena. W oddali, jakby za mgłą, usłyszałam pisk Hope.

Uderzyłam ponownie w ścianę. Kolejna pajęczyna. Strażnicy wyciągnęli broń z kabur.

Kolejne uderzenia. Mężczyźni celowali we mnie.

Coraz więcej rys na ścianie.

Coraz większe pajęczyny.

Ostatnie kopnięcie.

Ściana przede mną się rozsypała.

Wyszłam przed próg własnej celi. Patrzyłam na nich uważnie. Na każdego z osobna. Czułam ich puls. Prawie mogłam poczuć zapach ich ciał, ich krwi. Oblizałam się. Byłam głodna. Nogi lekko mi się ugięły.

Skoczyłam na pierwszego z nich, tego najbliżej mnie. Zasłoniłam się nim, by żadne pociski nie mogły mnie trafić. Czułam, jak gdyby coś ciągnęło mnie za zęby. Przypominało delikatnie ból. Cała twarz mrowiła. Wbiłam w żołnierza zęby, dokładnie w jego ramię. Nie były to już ludzkie zęby – one nigdy nie dotarłyby od razu do kości. Mężczyzna w moich ramionach krzyknął przeraźliwie, ale ja już szarpałam jego ciałem, nie spuszczając z oczu kolejnych. Nie strzelali, bo bali się trafić przyjaciela. I o to właśnie mi chodziło.

Drzwi od pomieszczenia rozsunęły się i wszedł mężczyzna ubrany na czarno. Zauważyłam kątem oka ruch. Ale nie podbiegł do nas, jedynie obserwował. Warknęłam ostrzegawczo. I wbiłam zęby ponownie w ciało przed sobą. Czułam krew, której tak teraz potrzebowałam. Zalewała mi buzię, a ja chłeptałam ją ze smakiem. Choć w głowie brzydziłam się tym, co właśnie robiłam, pozwalałam mojemu ciału na tą zmianę. Jeśli miałam przeżyć, niech działa samo. Ja swoje wypłaczę potem. Jak zginąć, to tylko w walce. Oto moja zasada – nigdy się nie poddać.

Usłyszałam od tyłu odbezpieczenie broni. Nie musiałam nawet wsłuchiwać się w warczenie Gabe’a, by zrozumieć, że niebezpieczeństwo jest za mną. W jednej chwili trzymałam strażnika przed sobą, w drugiej już moja dłoń uzbrojona w pazury cięła klatkę piersiową strażnika, robiąc przy tym unik od większości postrzału. Owinęłam się wokół strażnika, chroniąc ciało przed postrzałem.

Nie wiedziałam, jak do tego doszło, że mężczyźni rzucili się na mnie jednocześnie. Sądzili chyba, że ich siła tkwi teraz w ilości, a nie samej sile. Dziwiłam się, bo przecież czułam od nich zmienną naturę. Nie zabijałam ich, jedynie okaleczałam na tyle, by w tej chwili byli wyeliminowali i nie stanowili dla mnie kolejnego zagrożenia. Obróciłam się wokół własnej osi, szarpiąc i drapiąc wszystko wokół. Dostałam mocno w plecy, przez co straciłam równowagę, uderzając o strażnika przede mną. Warknęłam niezadowolona i odwróciłam się z kopnięciem. Trafiłam. Wszyscy w pomieszczeniu usłyszeli chrzęst łamanej kości. Nie miałam czasu jednak cieszyć się chwilowym zwycięstwem. Odwróciłam się i już zmierzyłam się z kolejnym. Uchyliłam się przed dobrze wymierzonymi uderzeniami i sama oddałam z pełną siłą. Jego ciało, z głośnym hukiem, zderzyło się z przeźroczystą ścianą celi alfy. Usłyszałam ciche pękanie. Mógł już uderzeniami uwolnić i siebie.

Odwróciłam się z ręką uniesioną w górę, celując pazurami prosto w twarz bądź przynajmniej szyję, gdy tuż przed się zatrzymałam. Po prostu nie potrafiłam go uderzyć. Moja druga, mroczna strona wciąż nie potrafiła go skrzywdzić.

– Aker… – wyszeptałam i opuściłam rękę w dół. Teraz stałam przed swoim stworzycielem i patrzyłam na jego piękne oblicze. ubrany w czarny mundur swoich oddziałów. Włosy jednak miał luźno spływające na plecy. Znacznie dłuższe, niż pamiętałam je z ostatnich spotkań. I te oczy, wpatrujące się we mnie z taką intensywnością. Nie wiedziałam, czy mam go uderzyć za pozostawienie mnie tutaj, czy ocierać się o niego stęskniona. Miałam ochotę na wszystko. I przyjęłabym od niego wszystko.

– Nie mogłaś jeszcze chwili poczekać? Musiałaś atakować moich ludzi?

– Nie reagowali na moją prośbę o uwolnienie. I nie chcieli ze mną rozmawiać. – starałam się zrobić naburmuszoną minę, ale nie za bardzo mi się udało. Wyciągnęłam rękę i przejechałam delikatnie opuszkami po jego policzku. Przez jedną chwilę, może nawet sekundę, zamknął oczy, jak gdyby napawał się tym dotykiem. Nie zastanawiając się wiele, posłuchałam znów instynktu. Wskoczyłam na niego, oplatając go ramionami wokół szyi i nogami wokół pasa. Wtuliłam się w niego chłonąć zapach. Widziałam, jak jeden ze strażników wymierzył we mnie, ale Aker machnął ręką w jego stronę. Broń została schowana do kabury. Przejechałam nosem po jego szyi, a potem delikatnie językiem. Musiałam go posmakować. Poczuć znów jego zapach. Byłam stęskniona, jak gdybym faktycznie nie widziała go od tak dawna. Jego dłonie objęły mnie pod tyłkiem i mocno przytuliły do jego ciała.

– Dziesięć lat… – wyszeptał i przyciągnął je mocniej. Otworzyłam oczy widząc, jak wychodzi ze mną owiniętą wokół niego.

– Aker… wypuść ich. – podniosłam głowę i spojrzałam w jego oczy. Czujne. – Oni byli w niewoli dłużej ode mnie. Nie zamykaj ich w celi.

– Są niestabilni, Maleństwo.

– A czy ja kiedykolwiek byłam stabilna? – uśmiechnął się minimalnie i lekko klepnął w tyłek. – Proszę, Aker….. – wyszeptałam, bo naprawdę chciałam, by byli wolni. Nie zasłużyli na taki los. Spojrzałam nad ramieniem na moich towarzyszy. Hope wciąż siedziała skulona w kącie i tylko zerkała znad ramienia. Gabe stał oparty o popękaną ścianę i jedynie nas czujnie obserwował. Aker odchylił głowę do tyłu.

– Umieścić ich w pokojach. – po czym wyszedł ze mną wciąż wtuloną w gorące jego ciało. Pocałowałam go w szyję i schowałam twarz w jego ramieniu. Czułam się tak bezpiecznie. Musiał mi tyle wyjaśnić, pomóc odkryć prawdę. Ale teraz chciałam jedynie go czuć. Był moim połączeniem z prawdziwym życiem, a nie czasem po przebudzeniu w ośrodku.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s