Mroczni. Nadia–Rozdział 11

Tenebris, wrzesień

Przeciągnęłam obolałe mięśnie, po raz kolejny czując, że dzienna zmiana wcale nie jest taka łatwa. Nie widziałam jednak trzeci dzień już starszego mężczyzny tak chętnego do snucia opowieści. Spytałam o niego kelnerki, ale jedynie wzruszyły ramionami twierdząc, że i tak nie dawał napiwków. Zatem przejęłyby się losem tylko tego, kto dawał im najwięcej? Płytkie podejście. Ja mimo wszystko byłam zmartwiona i szczerze mówiąc, tęskniłam za nim. Może i faktycznie nie zostawiał napiwków, mimo to lubiłam spędzać z nim czas. Wiele razy oddawałam swoje stoliki do obsługi dziewczynom, by tylko móc stać za barem i rozmawiać ze starszym mężczyznom. Wiedziałam, że nigdzie nie pracował, nie miał rodziny i przychodził do pubu każdego dnia. A skoro trzeci dzień nie zjawił się u mnie mogło to oznaczać tylko, że coś się stało. Może był chory? Stał się jakiś wypadek? Żaden z mieszkańców jednak nie chciał zareagować na moje prośby odwiedzenia mężczyzny, czy w ogóle pomocy w jego znalezieniu. Przecież nie wiedziałam nawet, gdzie on mieszkał.

– Di, pomożesz mi? – zapytałam właśnie moją zmienniczkę. Akurat kończyła logowanie na swoją zmianę. Czasem przychodziła wcześniej i mogłam dzięki temu sprawniej wszystko rozliczyć i przekazać jej wszelkie informacje. Pracowała na nocną zmianę i trzeba było przyznać, że dobrze sobie radziła z klientami. Wystarczyło jedno jej spojrzenie, a natychmiast milkli, uspokajali się, albo odchodzili rzucając jej na ladę spory napiwek. Bez nich ponoć nie obsługiwała wcale.

– To durny starzec, który czasem powinien się po prostu zamknąć.

– Mimo wszystko… proszę, Di. A co, jeśli mu się coś stało? Zachorował, albo się połamał i leży w domu? – musiałam mieć naprawdę żałosną minę, skoro parsknęła jedynie w moim kierunku i skończyła się logować.

– Złociutka, idź tą drogą prosto, jakbyś chciała wyjść z miasta.

– W stronę fabryki? – zapytałam mniej więcej kojarząc tamte okolice. Raz przeszłam obok tych budynków mieszkalnych i nie chciałam więcej tam wracać. Najgorsza dzielnica, jaką widziałam.

– Dokładnie. Szukaj numeru 53. To jego dom, o ile dobrze pamiętam. – uścisnęłam ją mocno w podzięce. Di nigdy nie lubiła mojej wylewności. Nikt prawie tego nie lubił. Ale trudno, taka byłam. Czułam się tu naprawdę swobodnie. – I zawiadom kogoś, że tam idziesz.

– Ale to zajmie mi chwilę przecież. Bez przesady. – i już wybiegałam. Nie sądzę, by Di zadzwoniła do Connora w tej sprawie. Zresztą i tak mojego opiekuna nie było. Wyjechał wczoraj z Matthew, nie mogli powiedzieć gdzie jadą i kiedy wrócą.

Droga minęła mi dość szybko. Patrzyłam z niemałą obawą, jak niebo zmienia kolor. Zbliżał się zmierzch. A nie chciałam być w tamtej dzielnicy, gdy całkowicie się ściemni. Chociaż muszę przyznać, że coraz lepiej widziałam w ciemnościach i to dzięki temu koktajlowi witaminowemu, który przywoził mi Connor.

Mijałam kolejne domy. Jeden gorszy od poprzedniego. Niektóre były już tylko ruderą. Czasem mijałam spalone konstrukcje. Zarośnięte domy z oknami zabitymi deskami. Mogłabym nawet powiedzieć, że pomiędzy tymi deskami widziałam oczy, śledzące mnie spojrzenia. Przeszył mnie dreszcz. Może jednak nie powinnam w ogóle tu przychodzić? Ale pomyślałam o tym biednym, starszym mężczyźnie, który mógł być tu sam, chory i nie mógłby otrzymać na czas pomocy. Musiałam sprawdzić, co naprawdę się mu stało. Nie znałam go dobrze, ale był przecież dla mnie taki miły. Opowiadał ciekawe historie nawet wtedy, gdy inni mieszkańcy albo rzucali mu krzywe spojrzenia, albo prychali i żartowali, że staremu poprzestawiało się w głowie. Wszyscy kojarzyli jego historię. Każdy mieszkaniec wiedział o starcu sporo, ale gdy ten znikał, nikt nie pofatygował się, by sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Z drugiej strony, skoro nikt nie przejmował się takim znikaniem tego mężczyzny, to może zdarzało się to już wcześniej? Może miał tendencję do niepojawiania się w barze przez parę dni, może nawet tygodni, a potem po prostu przychodził jak gdyby nigdy nic? Teraz żałowałam, że nie spytałam o to wszystko dokładnie Di. Ona by mi przecież powiedziała prawdę. Chyba.

Przystanęłam na skrzyżowaniu. Jeden zardzewiały pręt stojący przy dawnej ulicy, którą zapewne nikt już nie jeździł. Pewnie niegdyś był to jakiś znak. Teraz nie było już górnej tablicy, a jedynie powiewała jakaś szmata, przyczepiona do górnego końca. Nieopodal zauważyłam drzewo z grubym konarem tuż nad chodnikiem. Nie zwróciłabym na to uwagi, gdyby nie przywiązana lina do konaru i jeszcze nie zmyta deszczem plama na pokruszonym chodniku. Wiedziałam, że niedawno ktoś tu wisiał. Może to takie miejsce wyznaczone przez mieszkańców? Gdy ktoś nie miał już ochoty dalej tu żyć, wieszał się na tym miejscu? Jaki byłby sens pozostawienia liny? Przecież ściągając samobójcę, odcina się linę i to prawdopodobnie przy samym konarze. Tu pozostawiono – jak gdyby zaproszenie dla innych. Czy było ich więcej? I czy byli faktycznie samobójcami, czy to jedynie wyroki tutejszych mieszkańców?

Przeszedł mnie dreszcz. Patrzyłam wokół na sąsiedztwo. Tak bardzo różniło się od tego, w którym mieszkałam teraz. Z drugiej strony różniło się także od tego, w jakim kiedyś mieszkałam z matką. Może nie było o wiele czyściej, ale z pewnością bezpieczniej. Miałam swoje kryjówki, ale chowałam się w nich jedynie na czas przyjmowania klientów mojej matki. Mogłam siedzieć nocą na zewnątrz i wiedziałam, że nikt z sąsiadów nie zrobi mi krzywdy. Każdy zajęty swoimi sprawami. Czasem wystawiali przed drzwi, albo na rozkładanych stołach, resztki obiadów wiedząc, że będę krążyć po okolicy tej nocy. Dokarmiali mnie po cichu. Nie wpuszczali do domów, przyczep, a jedynie zostawiali jedzenie. Czasem nie zdążyłam i patrzyłam tylko zza rogu, jak mój jedyny posiłek właśnie zjadają dzikie psy. Czasem, gdy nie były aż tak wygłodzone, cicho warczały i wycofywały się. Bały się mnie. Jednak, gdy były skrajnie wygłodzone, rzucały się na każdego. Zwłaszcza matki, które miały młode. One były najbardziej niebezpieczne. Walczyły do końca, w pełnej desperacji. O mnie matka nigdy nie walczyła. Wręcz przeciwnie, sprzedała, gdy tylko nadarzyła się ku temu dobra okazja. Czasem żałowałam, że urodziłam się człowiekiem, a nie w dzikim stadzie. Tam przynajmniej miałabym ochronę.

Poczułam chłód wieczoru. Obróciłam się po raz kolejny, szukając odpowiedniego numeru, bądź charakterystycznego domku, o którym wspomniała Di. Stał on nieco cofnięty od ulicy. Wysokie trawy zakryły całkowicie przejście do domu. Tylko mała, wydeptana ścieżka, gdy się mocno przyjrzeć. Drzwi były lekko uchylone, co jedynie sprawiło, że prawie wbiegłam do środka.

Od wejścia uderzył mnie mocny zapach alkoholu. No tak, ja tu się martwiłam, a starzec pewnie pije w domu nie przejmując się niczym. Gdy jednak chciałam się wycofać, poczułam krew. Starą, zaschniętą. Podążyłam jej śladem w głąb domu. Mijając kanapę, starą i dawno już podartą, zauważyłam matkę dzikiego psa z małymi. Cichutko warczała w moim kierunku – ostrzegawczo. Miała tu wygodne posłanie i dach nad głową. Byłam także przekonana, że Starzec daje jej również odrobinę jedzenia, poza schronieniem. Uśmiechnęłam się do niej i lekko przekrzywiłam głowę. Miała cztery małe, które teraz z ciekawością wyglądały spod łap swojej matki. Cicho warknęłam i poszłam dalej. Dlaczego to zrobiłam?

Z sypialni dochodził najgorszy zapach. Bałam się tam wejść. Po drodze minęłam jeszcze parę na wpół dzikich zwierząt, które chowały się pod szafką, czy za krzesłem. Nastroszone i gotowe do ucieczki. Ale ja jedynie przechodziłam obok udając, że ich nie widzę. Przecież były dzikie, nie dałyby się pogłaskać, tylko zaatakowały, albo uciekły z tego schronienia.

Pchnęłam lekko drzwi. Skrzywiłam się na głośny dźwięk, jaki wydały. Na wprost mnie było stare, duże łóżko. W nogach leżał pies, który teraz podniósł pysk i warczał głośno. Odwarknęłam, zbliżając się. Widziałam, jak napiął mięśnie i najeżył sierść. Straszył. Ostrzegał. Ale nie atakował. Mnie jednak zainteresował mężczyzna, który leżał nieco wyżej. Słyszałam doskonale jego chrapliwy oddech.

– Witaj Starcze. – powiedziałam cicho i łagodnym głosem. Chciałam, by usłyszał mnie, ale także by wiedział, że nic mu nie grozi. – Nie odwiedziłeś mnie w barze, więc przyszłam sprawdzić, czy nie potrzebujesz towarzystwa? – nie było to do końca kłamstwem, ale nie chciałam też powiedzieć wprost, jak bardzo się martwiłam o to, że jest chory, albo że coś mu się stało. Nawet nie chciałam myśleć, co bym zrobiła, gdybym znalazła go martwego we własnym domu.

– Nie… powinnaś… przychodzić… – wyrzęził, co sprawiło, że teraz musiałam sprawdzić, co się stało. Nie kaszlał, a jedynie ciężko oddychał. Skoncentrowałam się nad nim. Leżał na boku, trzymając dłoń na udzie. Jego stopa była pod dziwnym kątem. Był we krwi.

– Co się stało? – wyszeptała, ale nie odpowiedział. Jedynie usłyszałam, jak wzdycha. Pies podczołgał się jeszcze bliżej swojego pana i tylko szczerzył ostrzegawczo zęby. Podeszłam nieco bliżej. Nie słyszałam brzęczenia, zatem dom pozbawiony był prądu. Nie zapalę zatem światła, by na spokojnie go obejrzeć. – Czy możesz uspokoić swego obrońcę? Chciałabym podejść i sprawdzić, co się stało. – mężczyzna pogłaskał psa, a po chwili wyciągnął do mnie rękę. I choć pies wciąż pokazywał mi szereg swoich zębów, podałam swą dłoń. Pies lekko powąchał, prychnął i zeskoczył z łóżka. Ale nie wyszedł. Jedynie przysiadł niedaleko i byłam pewna, że będzie mnie czujnie obserwował.

Przysiadłam na łóżku i sprawdziłam małym światełkiem z telefonu, jak źle to wygląda. Jedno oko Starca było mocno napuchnięte od ilości uderzeń. Warga była rozbita. Widoczne były także ślady uderzeń na kości policzkowej. Zadrapania na rękach i klatce piersiowej. Przy żebrach mocny krwiak, ale pod dotknięciu nie wyczułam, by były złamane. Może pęknięte, ale z pewnością nie złamane. Straciłyby wówczas swój kształt, prawda? Pewnie oddychał tak ciężko, bo był cały poobijany. Sprawdziłam także jego nogę. Skręcona i mocno napuchnięta.

– Co się stało? – powtórzyłam pytanie. Mężczyzna wzdychał za każdym razem, gdy delikatnie sunęłam po nim opuszkami sprawdzając kolejne rany.

– Od tak dawna… nikt mnie nie odwiedzał… – wyszeptał. Uśmiechnęłam się, bo to już podejrzewałam od jakiegoś czasu. Był znanym mieszkańcem, bywalcem baru, ale nikt nie przejął się jego zniknięciem. Inaczej już dawno trafiłby do szpitala.

– Kto to zrobił? I proszę nie próbować kłamać. Wiem, że to nie przypadkowy upadek, a ktoś pana pobił. – byłam zdenerwowana. Czy ktoś zrobił to specjalnie? Czy może starzec stanął w obronie innego człowieka bądź zwierzęcia?

– Robert… wszyscy mówią do mnie Bert. – uśmiechnął się, ale po chwili zasyczał. Przyłożyłam mu moją zimną dłoń do policzka i delikatnie pogłaskałam. Siedziałam naprzeciwko niego, ze skrzyżowanymi nogami i wcale nie przeszkadzał mi już zapach w domu, ani zniszczone meble. Przecież to nie jego wina, że trafił do takiej dzielnicy. Nie jego wina, że nie ma możliwości wyrwania się stąd. Niby dokąd miałby się udać? To jego dom, obojętnie jaki by nie był, to wciąż dom. – Nie powinienem… tyle mówić o mieszkańcach…

– Czy to ktoś zrobił, bo powiedziałeś mi za dużo? – byłam w szoku. Niby co mi miał powiedzieć? Opowiadał mi historię tego miejsca, o Mrocznych i o tych dzikich, którzy też nazywali się Mrocznymi, choć nimi nie byli. Opowiadał o ciemnych sprawunkach byłych mieszkańców. A także o tym spokoju, jaki zapanował, gdy „władzę” objął Jack. Nie wiedziałam, komu się to nie spodobało, ale to przecież nie powód, prawda?

– Ludzie wolą milczeć… – zamknął oczy. Był taki słaby.

– Prześpij się, a ja podam zwierzętom nieco jedzenia. Potem wrócę do ciebie. – uśmiechnęłam się i pocałowałam go w czoło. Znów wypuścił jedno westchnienie, by opaść na poduszkę. Wstałam ostrożnie i znalazłam stary, wygryziony koc. Mimo to, wciąż spełniał swoje zadanie. Okryłam Starca delikatnie. Pies wciąż mnie obserwował. – Pilnuj go, a gdy coś będzie nie tak, zawyj.

W kuchni, która była zniszczona, ale i bardzo czysta, znalazłam parę puszek z przeterminowanym mięsem. Sprawdziłam je uważnie. Nadawało się jeszcze do zjedzenia, choć termin minął w poprzednim miesiącu. Trudno. Jutro przywiozę mu nieco więcej zapasów i to bardziej pożywnych. Spojrzałam za siebie. Suka z sofy stała w progu i niepewnie zaglądała do kuchni. Podobnie, jak inni mieszkańcy tego domu. Musiały być głodne, ale przecież nie znały mnie. O nogi swego pana pewnie by się łasiły. Uśmiechnęłam się i postanowiłam przygotować im ucztę.

Wysypałam mięso na wyszczerbione talerze i zaniosłam do salonu. Jeden postawiłam tuż przy sobie i byłam zdziwiona, że suka mi na to pozwoliła. Czyżby już mi zaufała? Kolejne talerze rozniosłam po domu i patrzyłam, jak zwierzęta niepewnie podchodzą, gdy tylko ja się oddaliłam. Wróciłam do sypialni i położyłam się w nogach łóżka, obserwując uważnie Berta. Pies leżał pomiędzy nami, wciąż czujny.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s