LIBERIA II. Miasto krwi–Rozdział 7

Wiatrak nad naszymi głowami kręcił się już minimalnie. Czasem miałam wrażenie, że napędzany jest już tylko wiatrem. Kiedy jednak przestawał działać, dało się usłyszeć wszystko, co działo się nad nami, a także wyraźniej bieganie strażników po korytarzach. Jakiś czas temu zawyły syreny. Słyszałam, jak strażnicy nawołują się przez radio. Czułam ich strach. Odkryto w laboratorium masakrę. Wiedziano już, że hybrydy zostały uwolnione. A przynajmniej jedna, bo resztę znaleziono na podłodze. Wiedziałam już, że to alfa zabił współwięźniów. I choć powinnam go potępiać za ten fakt, czułam ulgę. Ich ciała były zbyt zdeformowane, albo uszkodzone przez strażników. Nie byliby w stanie uciekać o własnych siłach, a to by nas spowolniło. Miałam jednak nadzieję, że alfa zabił ich szybko. Nie zasłużyli na kolejne cierpienie.

Hope siedziała wciąż wystraszona. Jednak na mój rozkaz, spakowała wszystko co mogła do płóciennego worka, który cały czas miała na plecach. Musieliśmy być gotowi w każdej chwili do zerwania się i ucieczki bądź ataku. Patrzyłam z nadzieją na wiatrak licząc, że szybko się zatrzyma. Niestety, on wciąż kręcił się tak samo – powoli, mimo to nadal niebezpiecznie.

– Jak ci na imię? – wyszeptałam w stronę mężczyzny. Siedział lekko od nas oddalony i wsłuchiwał się uważnie w echo tuneli. Dochodziły do nas głosy strażników, czasem słyszeliśmy także warczenie i wycie zmiennego. Wówczas czułam niemal potrzebę odpowiedzenia na wezwanie. Niemal. Patrzyłam, jak mężczyzna także to odczuwał, bo mocno zaciskał szczęki i pięści swych na wpół ludzkich rąk.

– Kiedyś nazywano mnie Gabe. Teraz… nikt tak już do mnie nie mówi.

– Jaki nadano ci numer? – chciałam go poznać. Wydawał się tak samo zdenerwowany, przygnębiony i gotowy do walki, jak ja. Z jednej strony chciał nas chronić, jako jedyny mężczyzna i w dodatku o silnym charakterze. Czułam jego potrzebę sprawowania kontroli. Chciał mieć ją nad nami. Potrzeba dominacji. Mimo to nie pozwalałam sobie na uległość. Nie z nim. Z nikim.

– Nie mamy numerów. Wy mieliście. My byliśmy zamknięci w swoich celach. Nikt z nami nie rozmawiał. Czasem, jak strażnicy spali, rozmawialiśmy między sobą, by nie zwariować. – oparłam głowę ponownie o ścianę. – Długo tu nie wytrzymamy.

– Wiem. Strażnicy z pewnością przeszukali już korytarze. Teraz przejdą bardziej szczegółowo po kanałach i szybach wentylacyjnych. Sprawdzą każde miejsce kryjówki. Kończy nam się czas.

– Musi być stąd inne wyjście.

– A masz czas teraz wyjść i go poszukać? – skinął głową i znów skupił się na echo rozmów.

– Ufasz Akerowi? – czułam jego obawę, choć to maskował. – To jeden z katów Rady. Nie pozwoli nam przeżyć, nie w takiej formie.

– To Aker mnie stworzył, to znaczy przemienił. On był moim wsparciem dziesięć lat temu, gdy zostałyśmy z Nadią zaatakowane. Nie zdążył przyjść z pomocą. Wierzę, że teraz nie popełni tego błędu. On…. z jakiegoś powodu był pewny, że jesteśmy martwe. – to nie dawało mi spokoju. Ta jego pewność. Ale przecież żyjemy. Dlaczego sądził, że nas już nie ma? Kogo znalazł w tamtym miejscu, skąd zostałyśmy porwane? I przez kogo?

Zbyt wiele pytań, a żadnej konkretnej odpowiedzi. Zaczynało mnie to wyprowadzać z równowagi. Moje mięśnie drżały coraz mocniej. Chyba nawet cała się trzęsłam. Hope cichutko spała, wykończona czekaniem i stresem. Nadia wciąż nieprzytomna, ledwo oddychała. Miałam wrażenie, że jej także pozostało niewiele czasu. Coraz trudniej jednak było mi tu wysiedzieć – w jednej pozycji, jedynie czekając. Coś wewnątrz mnie szarpało się do działania. Czułam lekkie swędzenie wzdłuż kręgosłupa, jak gdyby coś przesuwało się tuż pod moją skórą.

– Uspokój przemianę. – spojrzałam zdziwiona na mężczyznę. Patrzył na mnie groźnie, ściskając mocno kości szczęki. Jego ręce stały się znów łapami. On także drżał. – Twoja przemiana wyzwala moją.

– Nie mogę wytrzymać tej bezczynności.

– To myśl kurwa o plaży, łące i motylkach, ale powstrzymaj przemianę. – nie rozumiałam. Byłam świadkiem przemian wielu bestii i nigdy nie odczułam potrzeby.

– Dlaczego? Dlaczego to na ciebie działa?

– Bo twoja natura przemawia do mojej. Czułem … twoje potrzeby, gdy przyszłaś do laboratorium. Czułem też wcześniej, choć nie byłaś w pomieszczeniu, jak gdybyś była nade mną. – przypomniałam sobie, jak pierwszy raz zobaczyłam ich w celach. Byłam przy tamtym oknie i czułam to samo swędzenie skóry, co teraz. Jak on mógł poczuć? Wyczuł mnie nawet zza ściany?

– Jakim cudem to czujesz? Wszyscy to czują?

– A widzisz, by Nadia reagowała? – parsknął cichym śmiechem, choć w głosie czułam napięcie. Coś w nas zmienili, bo nigdy nie czułam tego, co teraz.

Usłyszałam kliknięcie. To był moment, gdy oboje z Gabem skoczyliśmy do półprzysiadu. Hope także szybko się obudziła i w jednej chwili znalazła się w najciemniejszym rogu tunelu. Niesamowite, jak szybko ta dziewczyna reagowała na zagrożenie. Może faktycznie życie na ulicy potrafiło nauczyć ją prawdziwego przetrwania? Spojrzałam w górę. Śmigła wiatraka nawiewu stały otworem. Ale po tunelu rozchodziło się już skrobanie pazurów. A zatem postanowili sprawdzić właśnie szyby wentylacyjne.

– Musimy się spieszyć. Wyjdę pierwsza i oczyszczę teren. Gabe, podasz mi je dwie i wyjdziesz jako ostatni. – nie czekałam na jego reakcję. Odłożyłam nadal na wpół przytomną Nadię na bezpieczną odległość i podskoczyłam, łapiąc dłońmi śmigieł wiatraka. Były prawie lodowate. Syknęłam z bólu, gdy temperatura poraziła moje nerwy. Wywinęłam ciało i nogami zaczęłam uderzać w kratę nad śmigłami. Nie miałam zbyt wiele czasu, skrobanie w tunelach było coraz głośniejsze, ale także jakby przyspieszyło. Czyżby wyczuli nas w środku? Poczułam, że krata nade mną się poluzowuje. Warknęłam głośno i uderzyłam z całej siły. Czułam mrowienie na całym ciele. Jedno kopnięcie i krata odleciała gdzieś. To był moment, w którym musiałam odwinąć ciało i wyskoczyć na zewnątrz.

Poraziła mnie jasność dnia. Moje krwawiące stopy dotknęły zimnej trawy. I gdyby nie fakt, że biegło do mnie dwóch strażników, pewnie skupiłabym się na tym odczuciu dłużej. Pierwsza strzałka uderzyła mnie w ramię. Znowu?

– Aktywna na zewnątrz. Powtarzam. Aktywna na zewnątrz. – spojrzałam na tamtego strażnika. Trzymał palce przy słuchawce i nadawał komunikaty. Nie miałam zbyt wiele czasu. Coś wewnątrz mnie napierało. Podbiegłam do strażników szybko. Chwyciłam jednego i pojedynczym ruchem złamałam mu kręgosłup. Nie dobijałam go. Spojrzałam na niego i nie mogłam opanować podniecenia na widok jego przerażonej miny. Wiedział doskonale, co się z nim stało i że jest na całkowitej mojej łasce. Czy czuł cokolwiek? Drugi strażnik uderzył mnie w kark kolbą swego karabinku. Upadłam, ale to był jego błąd. Odwróciłam się i z pewnością to, co zobaczył, nie było już czysto ludzkie. Słyszałam, jakby z oddali, własny warkot, ale to już nie byłam ja.

Nadbiegli kolejni, a ja ich eliminowałam. Nie zawsze śmiertelnie. Czasem jedynie okaleczałam na tyle, by nie mogli niczego już zrobić. Gdy ostatni strażnik padł na brudną od krwi trawę, rozejrzałam się wokół. Spory okrąg stanowiły teraz wygięte ciała w mundurach, a ja byłam w samym środku. Czułam ssanie w żołądku, bo był ten specyficzny głód, który pojawiał się prawie zawsze po walce, gdy używałam więcej siły, niż zwykle. Czy musiałam w ten sposób dokarmiać własną bestię?

Usłyszałam ciche westchnienie. Odwróciłam się i zobaczyłam Hope kucającą tuż przy kominie wentylacji, z którego przed chwilą sama wyskoczyłam. Podbiegłam do niej, by pomóc wydostać się reszcie. Zobaczyłam głowę Nadii wysuwającą się ze środka. Z pewnością Gabe właśnie ją trzymał i próbował nam podać. Chwyciłam ją za ramiona i podciągnęłam. Hope pomogła mi ułożyć Nadię na trawie blisko siebie. Podałam rękę mężczyźnie, ale on tylko prychnął. Złapał się śmigieł i podciągnął się, prężąc mięśnie. Nie potrafiłam od tego pokazu oderwać oczu. Znów poczułam ten dreszcz przechodzący po kręgosłupie. Gabe warknął cicho.

Gdy był w połowie, warknął z bólem. Coś go podciągnęło w dół. Mocno. Chwyciłam go pod ramiona, próbując wyciągnąć. I wtedy usłyszałam ten charakterystyczny klik, o którym mówiła mi Hope.

– Gabe, wiatrak ruszył. – spojrzałam w jego przestraszone oczy. Był w połowie drogi do wyjścia. Naprężyłam się całym ciałem, opierając nogę o ścianę i zaczęłam go ciągnąć. Widziałam, jak szarpał nogami, próbując się uwolnić, choć z pewnością sprawiało mu to ból. W głowie cicho odliczałam. Przy liczbie „trzy”, Gabe uwięziony w wiatraku był już tylko na wysokości kolan. Krzyknęłam cztery i mężczyzna podciągnął się jeszcze bardziej. Czułam ramiona Hope, które także nas ciągnęły w stronę wolności. Ona także wiedziała, co zaraz się stanie i żadna z nas nie chciała, by to właśnie jednego z nas spotkała ta krzywda.

– Pięć! – krzyknęła Hope. Opadłyśmy na trawę. Coś mokrego spryskało mi twarz i ciało. otworzyłam oczy. Nad sobą miałam już tylko czysto wilcze spojrzenie Gabe’a. Czułam ciężar jego ciała na sobie. Pochylał się na tyle nisko, że doskonale czułam jego oddech na swej twarzy.

– Wystarczy powiedzieć, o piękna dziękuję za ratunek. – zażartowałam, gdyż czułam napięcie między nami. Jego oczy uśmiechnęły się nieco, choć wciąż były dzikie.

– Mam lepszy pomysł. – otworzyłam buzię, by zapytać naiwnie jaki, gdy jego usta spadły na moje. Poczułam ciepło jego warg. Natychmiast skorzystał też z okazji i wtargnął swym językiem na spotkanie z moim. Lekko ocierał, jakby zapraszając do wspólnej zabawy. Po kręgosłupie wzrosło mi napięcie, już nie tylko dziwne swędzenie, a jakby wyładowania wręcz. Gabe warknął w moje usta, jeszcze mocniej do mnie przylegając. Czułam jego męskość tak mocno teraz wciskającą się we mnie.

– Mamy towarzystwo. – wyszeptała Hope. Ale nie zerkała na nas. Patrzyła gdzieś w dal. Gabe oderwał się ode mnie i poderwaliśmy się do góry. Nadia cicho popiskiwała, patrząc na strażników z wymierzonymi karabinami. Byliśmy otoczeni.

Powoli wstaliśmy z Gabe. Ramię w ramię obserwowaliśmy czujnie strażników. Naszym priorytetem była ochrona Nadii i Hope, my musieliśmy przetrwać tak długo, aż one będą bezpiecznie. Wszyscy czekali na jakiś znak, żadna ze stron nie chciała być pierwszą. Hope zobaczyła, że Nadia próbuje wstać i ruszyła szybko w jej kierunku. Dla strażników był to najwidoczniej znak i strzelili w naszym kierunku. Nie celowali w dziewczyny, a jedynie w nas. Czułam, jak kolejne strzałki wbijają mi się w ciało. Gabe próbował mnie odepchnąć, ale przeskoczyłam przed niego i pociągnęłam za lufę jednego ze strażników, przyciągając go do siebie, ustawiając niczym żywą tarczę. Kolejne strzałki wbijały się już tylko w niego, a ja mogłam wykorzystać jego broń, jak zresztą uczyniłam. Ja jednak nie strzelałam strzałkami w ciało. Celowałam w oczy. Dzięki temu każdy trafiony opuszczał broń, trzymając się za krwawiącą, pewnie bolesną ranę. Tymi zajmował się już Gabe, a ja strzelałam dalej. Nie musiałam przeładowywać, co zdziwiło mnie nieco z początku. Strzałki były minimalnie większe od naboi i wbijały się tylko samym czubkiem, a wówczas wtłaczały do organizmu substancję. Nie wiem, co to było, czułam jednak znaczne pieczenie w każdym miejscu, w które dostałam. Moja żywa tarcza dawno już straciła przytomność i jedynie kierowałam teraz ciałem.

Gdy tylko część strażników rzuciła karabiny, przystąpili do walki wręcz. Widziałam kątem oka, jak Gabe zaczynał słaniać się na nogach. Jeszcze walczył, ale coraz częściej jednak dawał strażnikom podejść do siebie zbyt blisko. Nie mogłam dłużej czekać. Musiałam pozwolić, by zawładnął mną głód i instynkt sam mnie bronił.

Słyszałam krzyki ofiar.

Krew tryskająca na moje głodne ciało.

Metaliczny smak w ustach.

Kolejny kęs.

Przełknięcie.

I ciemność, która miała mnie wyzwolić.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s