Mroczni. Nadia–Rozdział 10

Connor przyjechał do domu tuż przed południem. Kończyłam robić gofry, więc skorzystał z okazji darmowego jedzenia. Zajadał się, a ja miałam chwilę, by przetrawić to wszystko, się działo wczoraj. Wciąż nie dawało mi to spokoju.

– Wszystko dobrze? – wrzuciłam kolejne dwa gofry na pusty talerz Connora.

– Oczywiście. Dlaczego pytasz? – odłożyłam patelnię i chwyciłam kubek kawy. Wskoczyłam na szafkę i patrzyłam na widok zza okna. Mogłabym tak siedzieć godzinami i patrzeć na jakże spokojny krajobraz.

– Jesteś dziś bardzo…. nieobecna.

– Mały zgrzyt z Ianem, nic poważnego. – uśmiechnęłam się do mojego opiekuna, nie chcąc, by się dłużej martwił. – Czy Matthew mocno się zmienił? Wiesz, pamiętam go z czasów niewoli i … teraz jest wolny, stanął na nogi, służy wam… tak tylko się zastanawiam, czy to wciąż ten sam chłopak, którego znałam.

– Nie bój się. Wpadnie, jak tylko odeśpi podróż, także sama osądzisz. Będę obecny podczas spotkania, więc wystarczy jedno spojrzenie, a wyproszę go z domu. – uśmiechnęłam się w odpowiedzi. Connor mnie chronił, choć przecież nie powinien przed Mattem. Ale jeśli to prawda i mój przyjaciel z tamtego, okropnego miejsca, nie jest już tym samym człowiekiem? I dlaczego nie mogliśmy spotkać się wcześniej? Dlaczego dopiero tyle po moim uwolnieniu, on przyjeżdża, by się ze mną zobaczyć? Nie rozumiałam wciąż tutejszego życia. Ale skoro Matthew je tak pokochał, jak ja mogłabym nie zrobić tego samego?

Usłyszałam z dołu jakieś głosy, trzaśnięcie drzwiami. Przetarłam się ręcznikiem i szybko zarzuciłam na siebie szare spodnie dresowe i białą bojówkę. Włosy splątywałam w wysoki splot na głowie. Może faktycznie powinnam pomyśleć o ich ścięciu? Wyszłam z łazienki i już za progiem poczułam ten aromat. Odrobinę zmieniony, ale wciąż przypominający mi o nadziei w czasach niewoli. Pobiegłam na dół. Już na schodach zobaczyłam, jak rozmawia z Connorem i praktycznie nie czekając na jakiekolwiek zaproszenie, skoczyłam na niego. Błyskawicznie odwrócił się w moją stronę i złapał mnie w mocny uścisk. Moja siła jednak sprawiła, że cofnął się o dwa kroki, by nabrać równowagi. Ja jednak już byłam otulona wokół niego i mocno się wtulałam przypominając sobie o naszych rozmowach, jego obietnicach i chwilach, gdy udało mu się uciec, a strażnicy szukali winnych. Zadrżałam i wcale nie tamowałam łez spływających strumieniami po moich policzkach. Ucałował mnie w głowę i raz jeszcze przytulił. Nawet nie zwróciłam uwagi, że w pokoju zapanowała całkowita cisza. Czułam tylko Matthew.

– No już, śliczna… jestem tutaj. – ponownie ucałował mnie w głowę i gładził po plecach dając mi tę chwilę na wyrzucenie wszystkich emocji.

– Jesteś. – powiedziałam przez łzy, wciąż wtulona. Wiem, że mnie zrozumiał, nawet jeśli w tej chwili mówiłam cicho w jego szyję. Wciąż pachniał tak samo. Coś jednak było innego. Czułam jego siłę w napiętych mięśniach. Lekki powiew czegoś świeżego, jakby wiatru z odrobiną słodyczy. I wiedziałam już, że Ian miał rację – przede mną był Matt, mój kochany wybawiciel i jedyny przyjaciel z czasów niewoli, ale był też teraz jakiś obcy, zdystansowany.

Usiadł na sofie ze mną wciąż otuloną wokół niego. Musiałam jednak rozplątać nogi z jego pasa, by móc normalnie usiąść. Patrzyłam mu prosto w twarz, dalej tą samą, uśmiechnięte, lekko skośne oczy i nastroszone teraz włosy w kolorze czarnej nocy. Kiedyś śmiałam się, że w niewoli ten kolor pomagał mu stać się niewidzialnym. Przede mną jednak nie siedział już jeden z więźniów. Miałam przed sobą prawdziwego mężczyznę. Wciąż męska twarz, teraz nabrała pewnej surowości.

– Zmieniłeś się. – wyszeptałam, gładząc jego twarz, wciąż siedząc na jego kolanach. Jego silne dłonie wciąż mocno trzymały mnie za biodra, ale oczy nigdy nie opuściły moich. W jego spojrzeniu także było coś innego, jak gdyby widział zbyt wiele.

– No proszę, proszę… może weźcie sobie pokój? – uniosłam spojrzenie nad ramieniem Matthew wprost na Iana, który wszedł akurat do domu. Connor trzepnął go mocno w tył głowy, jak to bywa wśród braci. Warczeli przez chwilę na siebie, ale to właśnie Matt siedział naprężony i czujny. Miałam wrażenie, że był gotowy do walki w każdej sekundzie, nie zważając nawet na fakt, że siedziałam mu na kolanach.

– Fajnie, że wróciłeś do domu, Ian. Twoja kolej na gotowanie. – uśmiechnęłam się, ale on jedynie prychnął i poszedł do siebie. Nie odrywałam spojrzenia. Po prostu nie potrafiłam przestać na niego spoglądać. W pamięci wciąż miałam naszą małą przygodę przy lodówce. Może i jestem niewinna w tej kwestii, ale wiem co jest czym. Nazwijmy to po imieniu – podniecał mnie mój współlokator, choć był ostatnią osobą, na którą powinnam w ogóle reagować. A mimo to hormony mi przy nim szalały.

– Jak wam się mieszka? – wróciłam spojrzeniem do Matthew. Uśmiechnęłam się, choć wcale nie było mi teraz do śmiechu.

– Przyzwyczajamy się do siebie. – to było prawdą. Docieramy się było złym słowem, od razu kojarzącym mi się z wczorajszym.

– Uważaj na niego. Nie jest do końca tym, za kogo się podaje. – to był moment, w którym natychmiast podniosłam się z jego kolan.

– Ty też nie jesteś do końca tym, kim byłeś, prawda Matthew? Wkurza mnie, że wszyscy ostrzegają mnie wiecznie przed Ianem, jak gdyby był potworem. Ale hej, przypominam Wam, że mieszkam z nim i jakoś wciąż żyję!

– Nadia… – odwróciłam się do Connora, który teraz chciał chyba załagodzić sytuację.

– Nie, Connor. To twój brat i obojętnie jaki ma charakter, powinieneś go bronić, jak przystało na starszego brata. A ty co? Pilnujesz go na każdym kroku, podejrzewasz o wszystko, co złe i jeszcze mnie ostrzegasz. Gdyby był taki zły, czy nadal bym tu mieszkała? Więc przestańcie go oczerniać!

– To morderca – wywarczał Matthew. Spojrzałam na niego z taką złością, że ponownie usiadł na sofie. Nie wiedziałam nawet, że wstał zaraz za mną.

– Nie. Gdyby był mordercą, już dawno by mnie zabił. – przeniosłam spojrzenie na Connora. Miał znów nałożoną tą maskę nie pozwalającą mi dostrzec prawdziwych emocji. – Czy gdyby był mordercą, puściłby mnie wolno? Jakoś nie przypominam sobie, by chciał mnie zabić, a jedynie się pobawić.

– Powinien zostać ukarany za tą zabawę. Złamał zasady. Alfa już rozpatruje jego sprawę i czekamy na wyrok.

– Zatem i mnie powinien ukarać. Przecież ja też złamałam zasady. Czyż nie mówiliście, że nie wolno chodzić po zmroku po lesie? Albo ukarzecie nas oboje, albo żadne z nas. Czy to jasne?! – spojrzałam na nich. Byli zdziwieni moją reakcją. Ja zresztą też. Ale to nie było fair, że oskarżali o wszystko Iana. No dobrze, może i był czarną owcą, zdarza się. Ale mieszkałam z nim. Widziałam, jak traktował kobiety. I słyszałam, jak śniły mu się koszmary nocami. Cokolwiek przeżył, należało go wspierać, a nie jedynie oskarżać. Kto, jak kto, ale Connor powinien dawać mu wsparcie, miłość braterską. A mimo wszystko każdy z nich ostrzegał mnie przed Ianem, nie zdradzając dlaczego właśnie jest tym złym. No dobrze, teraz stwierdzono, że jest mordercą. Nie zaprzeczę, wystraszyło mnie to troszeczkę. Z drugiej strony widziałam, jak pożywiał się wtedy w lesie. Jak mnie gonił i bawił się mną. Od tamtej pory jednak niczego złego nie zrobił. Owszem, denerwował mnie, ale kto tego nie robił?

– Nadii… – to był głos mojego starego przyjaciela z niewoli. Czy Matthew celowo tak mnie teraz nazwał, próbując mnie uspokoić? Podziałało. Poklepał miejsce obok siebie na sofie. I choć wewnątrz czułam, że rozpiera mnie złość, moje nogi posłusznie skierowały się w tamtą stronę. Podciągnęłam kolana w górę, nogi obejmując ramionami. Potrzebowałam teraz ciepła, a byłam zbyt zła, by poprosić o męskie ramiona. – Ian był kiedyś taki, jak Connor. No prawie…

– A nie znasz go zbyt krótko, by osądzać?

– Matt ma rację. Ian służył tak samo, jak ja. Ale zawsze za bardzo go nosiło. W efekcie zrezygnował z wszystkiego i ruszył własną ścieżką. Jest najemnikiem.

– Dlatego nazwałeś go mordercą? – Connor skinął głową. – A kim ty jesteś, Matthew? Bo widzę to w twoich oczach…. – mężczyzna drgnął i spojrzał w stronę Connora. To mi wystarczyło. – No właśnie. Niech oskarża Iana ten, kto sam nie zabija. – przytuliłam policzek do kolana. – Posłuchajcie mnie. Rozumiem wasze obawy, ale Ian naprawdę nie jest taki, za jakiego go uważacie. Przyjmuję do wiadomości to, co mówicie. Ale dopóki mi nic nie zrobi, sama będę go osądzać.

– Sprawiedliwie. – uśmiechnęłam się do swojego opiekuna. Cieszyłam się, że mnie zrozumiał. Wydawało mi się jednak, że tylko on. A może tylko chciał zakończyć ten temat? Każdy przecież wiedział swoje. A ja nie wiem, dlaczego tak bardzo denerwowało mnie oczernianie mojego współlokatora. Hormony mi szalały, ale to nie był powód.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s