LIBERIA II. Miasto krwi–Rozdział 6

Chwyciłam z podłogi komunikator z nadzieją, że jednak nie został uszkodzony, gdy upadłyśmy z panią doktor na podłogę. Alfa prowadził już Nadię do tunelu. Spojrzałam na ciała w laboratorium. Kiedy przyjdzie tu zmiana warty, zobaczą jedynie zwłoki. Ale nie będzie żadnego miejsca wejścia i wyjścia. Natychmiast domyślą się, że drogą ucieczki stała się wentylacja i sprawdzą ją na wszystkich poziomach. A to oznaczało problemy także dla Hope.

– Musicie iść sami, ja pójdę inną drogą. Muszę dać im możliwą inną drogę naszej ucieczki. Nie mogą się skapnąć, że jesteśmy w wentylacji.

– Mira, nie… za chwilę będą strażnicy.

– Poradzę sobie z nimi. – spojrzałam na mężczyznę. – Masz się nią opiekować na czas mojej nieobecności. – następnie wytłumaczyłam im drogę do bezpiecznej kryjówki Hope. Kazałam im być cicho i przekazać dziewczynie, że wciąż jest moją nadzieją. Skinęli głowami i choć niechętnie, Nadia poszła wraz z alfą do wentylacji. Nie czekałam, by sprawdzić, czy odpowiednio zamkną za sobą kraty. Musiałam szybko działać.

Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Było tu tylko jedno wyjście i to właśnie nim za chwilę wejdą strażnicy. Nie będą spodziewać się ataku z mojej strony. Podeszłam więc do drzwi i poczekałam.

Właz się otworzył. Weszło trzech mężczyzn w mundurach strażników. Opowiadali sobie właśnie jakąś zabawną historię, nim pierwszy z nich padł z pociętym gardłem. Drugi właśnie skręcił kark. Trzeci niestety zdążył strzelić. Poczułam, jak ciało odsuwa się od niego siłą wystrzału. Dźwięczał mi on w uszach. Poczułam silne wibracje, jakich do tej pory jeszcze nie czułam. Przynajmniej nie tak silnych. Skoczyłam na mężczyznę, zębami wgryzając się właśnie w jego szyję. Nie zdążył krzyknąć, gdy zaczynałam szarpać jego ciałem, jak gdyby był zabawką.

Usiadłam w tunelu, z daleka od włazu. Siedziałam zwinięta w kulkę, wciąż trzęsąc się ze strachu. Kiedy wróciła mi świadomość własnych poczynań, zaatakowany przeze mnie mężczyzna był już nie do rozpoznania. Pokiereszowany, pogryziony i połamany. Kiedy wracała mi świadomość, właśnie przełykałam jego narząd wewnętrzny. Odskoczyłam od niego i spojrzałam na siebie. Cała w jego krwi, ciesząca się tym. Pragnąca więcej. Co oni mi zrobili?

Podczołgałam się do kolejnego wiatraka tuż nad moją głową. Szumiał cicho, ale dzięki temu miałam nadzieję, że zagłuszy moją rozmowę. Hope mówiła, że kiedy one tak wirują, nie słychać rozmów. Kiedyś próbowała się wychylić i zobaczyć, co jest na zewnątrz. I przez ten wiatrak nie usłyszała, że tuż nad nią, nad włazem z wiatrakiem, stoją właśnie strażnicy. To tylko uzmysłowiło jej, że te miejsca tuż nad wiatrakami, stają się najbezpieczniejszymi. Owszem, krzyki z pewnością by się niosły, ale rozmowy już stawały się nie do rozpoznania, czy namierzenia.

Wyciągnęła komunikator. Przez chwilę musiałam skupić się nad numerem ratunkowym, przez który wzywałam niegdyś pomoc i wsparcie. Aker powiedział, że to bezpieczna linia i mogę z niej korzystać w nagłych przypadkach. A ten właśnie taki był. Drżącymi palcami wycisnęłam komendę, modląc się w duchu, by odebrali to szybko. Nie mogłam się połączyć. Cały czas rozłączało, jak gdyby po drugiej stronie ktoś włączył dziwną barierę.

„Kod czerwony! Namierzcie sygnał. Błagam, zabierzcie nas stąd szybko…”

Wcisnęłam wyślij i czekałam, zwinięta w rogu pomieszczenia. Po tym, co zrobiłam strażnikom, nie miałam odwagi wracać do Hope.

Komunikator piknięciem oznajmił, że mam połączenie. Odebrałam, choć nie było obrazu. Może coś się popsuło?

– To zastrzeżona linia. Skąd go posiadasz? – to był jakiś męski, nieznany mi głos.

– Od Akera. – wyszeptałam zdziwiona. – Dał mi go, bym użyła w razie potrzeby.

– Kim jesteś i skąd masz ten numer. – czy ja rozmawiam z robotem? Przecież odpowiedziałam na to pytanie.

– Jestem Mira i Aker sam dał mi ten numer. – nastąpiła cisza. Długa. Bałam się, że coś się stało. Kazano mi czekać. To czekałam, z rosnącą paniką.

– Mira? – ten głos znałam. Męski, zachrypnięty i dziwnie zdziwiony.

– Aker! Zabierz mnie stąd, błagam… musisz się spieszyć….

– Kim jesteś?

– Aker, to nie czas na durne wygłupy, musisz nas uratować.

– Was?

– Tak…. Nadia jest już bezpieczna, ale za niedługo strażnicy odkryją naszą kryjówkę. Błagam, Aker, namierzcie sygnał, bo nie wiem, gdzie dokładnie znajduje się ośrodek. Musisz się pospieszyć.

– Mira i Nadia zginęły z rąk mieszańców. – wywarczał, a ja słyszałam w jego głosie niesamowite pokłady złości, wręcz furii. – Kim jesteś.

– Nie zginęłyśmy, Aker. Z Nadią jest źle. Nie wiem, co jej podawali, ale nie jest w stanie sama się wydostać. Potrzebujemy cię.

– Mira i Nadia zginęły dziesięć lat temu. Ten numer jest nieaktywny od dziewięciu lat, więc skąd go masz? – przeszedł mnie dreszcz. Nieaktywny od tylu lat? Czy on powiedział, że ja zginęłam dziesięć lat temu? To niemożliwe. Przecież dopiero co się obudziłam i… boże, oni mnie trzymali i szprycowali czymś przez dziesięć lat?

– Aker… ostatnią scenę, jaką pamiętam, to bieg przy fontannie. Nadia tłumaczyła mi, jaki ogromny błąd popełniła Cat Girl. Następnie zostałyśmy zaatakowane. Rozdzieliłyśmy się. Wysłałam ci na ten numer wezwanie o wsparcie, ale ono nigdy nie nadeszło. Obudziłam się niedawno i od tamtej pory próbuję przeżyć. Chcesz mnie sprawdzić? Proszę bardzo. Pytaj o coś, co tylko my wiemy. Chcesz się dowiedzieć, jak doszło do mojej przemiany? Kto czuwał nade mną całą noc? Kto zniknął, zacierając ślady? A może mam opowiedzieć o okaleczeniu cię i opatrzeniu ci ran, nim uciekłam nad potokiem, albo….

– Boże, Mira…. – powiedział to szeptem, ale wiedziałam, że już zrozumiał. Przez chwilę panowała cisza. – Namierzyliśmy sygnał. Dystrykt 2. Będziemy tam wkrótce. Postaraj się przeżyć.

– Postaram się. – wyszeptałam, czując w gardle łzy. Teraz musiałam dostać się do przyjaciół i jakoś wyjść na zewnątrz.

* * * * *

Wyczołgałam się za rogu, gdy silna, męska ręka złapała mnie mocno za gardło i przygniotła do podłoża. Nie zastanawiając się nad tym długo, owinęłam swoim ciałem jego i mocno ścisnęłam. Warczeliśmy na siebie, patrząc sobie w oczy.

– Puść ją… – wyszeptał cichutko głos. – Proszę puść ją… – ale on dalej warczał i zbliżał coraz bardziej swoją twarz do mojej. Kłapnęłam zębami tuż przy jego nosie. Prychnął. Nie chciał mnie skrzywdzić, inaczej zacisnąłby już dawno mocniej palce, być może pazury wbiłyby się mocniej w moją skórę. Tymczasem on jedynie mocno mnie przetrzymywał. Straszył. Pokazywał, jak zły jest na mnie. Ale za co? Uratowałam mu przecież życie. A przynajmniej uwolniłam z celi. Jego twarz zaczęła się wydłużać w formę pyska, ale potrząsnął lekko głową na boki, a przemiana się zakończyła. A zatem nie miał takiej postawy cały czas, nie wyglądał na potwora z koszmarów, tylko potrafił to zmienić. To dobry znak. Czy jest jednak stabilny? Nie czekając dłużej, wybiłam mu się z uchwytu, przy okazji kalecząc bok szyi. Nie zwracałam na to jednak uwagi. Uwolniłam się i szybko podeszłam na czworaka do Nadii. Leżała pod ścianą i tylko mnie obserwowała.

– Ta pozycja bardziej mi odpowiada. – zadrżałam. Spojrzałam przez ramię za siebie. Mężczyzna obserwował mój wypięty tyłek. Nic dziwnego, że dobrze mu się kojarzył, skoro stałam oparta na dłoniach i kolanach, tyłem do niego. Warknęłam, ale on tylko się uśmiechnął. Faceci.

– Nadia? – pogłaskałam jej twarz delikatnie. Jej oczy były takie matowe. Czułam jej skrajne wyczerpanie. – Nadia, żyjemy. Przyjadą posiłki, tylko wytrzymaj jeszcze trochę. – szeptałam do niej i ucałowałam w głowę.

– Posiłki? – usiadłam i przytuliłam ciało przyjaciółki do siebie. Była taka wychudzona. Nic dziwnego, że nie potrafiła się poruszać.

– Tak. Zabrałam z laboratorium komunikator i wezwałam wsparcie. Namierzyli sygnał, są już w drodze.

– Kto?! – Hope siedziała cichutko. Jedynie oglądała nas wszystkich z przestrachem.

– Hope? Co się stało?

– Uwolniłaś ich, a teraz strażnicy będą wiedzieć. Przeszukają cały budynek. Znajdą nas. – drżała. Chciałam ją przytulić, ale oznaczałoby to puszczenie Nadii, co w tym momencie nie wchodziło w grę. Chciałam, by przyjaciółka czuła mnie, moje ciepło, poczuła się bezpieczniej choć przez chwilę. Spojrzałam w górę, na kręcący się wolno wiatrak. Hope mówiła, że co jakiś czas wyłączają. Może jednak będzie to nasza szansa? Jedna z nielicznych, nim przyjedzie wsparcie.

– Hope, czy wiatraki nawiewne przed wyłączeniem zwalniają? – teraz ona spojrzała w górę. Skinęła głową potwierdzając to, co już sama się domyśliłam. – Musimy wytrzymać do zatrzymania się wiatraka, a potem szybko przez niego wyjść.

– Ale tam są strażnicy. Oni pilnują także góry. Może są też jakieś pułapki.

– Nie dowiemy się, jak nie sprawdzimy, prawda? To nasza jedyna droga.

– Przecież wezwałaś ponoć wsparcie. – warknęłam na mężczyznę. I po co ja w ogóle go uwalniałam? Było trzeba zostawić go w tamtej celi i mieć święty spokój.

– Nim jednak przyjadą, musimy coś zrobić. Siedzenie tutaj i czekanie na ratunek może nas zgubić. Jeśli stąd wyjdziemy nim odkryją nas strażnicy, mamy szansę. Nie wiem, jak liczni są tu strażnicy, ani jak duże przyjedzie wsparcie.

– Wezwałaś pomoc? – głos Nadii był jedynie szeptem. Mogłabym przysiąc, że nawet powiedzenie tego, było dla niej nie lada trudnością. Pogładziłam ją znów po twarzy i ucałowałam w głowę. Bałam się, że już nigdy jej nie zobaczę. Słyszałam jej przeraźliwy krzyk tamtej nocy i byłam pewna, że nie przeżyła.

– Tak. Rozmawiałam z Akerem…. Nie mógł uwierzyć, że żyjemy. Nie było nas dziesięć lat, Nadia. Więzili nas tu tyle czasu. Dobrze, że linia działała.

– Akera? Kata Rady? To niby twoje wsparcie?! To dla nas wyrok śmierci.

– Kat Rady? Skąd… on nas uratuje, zobaczysz. – towarzystwo zamilkło, a ja jedynie wpatrywałam się w wiatrak, wsłuchując się także w cichy oddech przyjaciółki. Nie mogłam jej teraz stracić. Nie po to tyle krwi przelałam, by teraz umarła w moich ramionach.

– Musisz wytrzymać, Nadia. Pamiętasz? Miałyśmy zginąć w walce. – ale odpowiedziała mi cisza. I choć czułam jej ciepły oddech na swojej skórze, przyłożyłam palce do jej boku szyi, wyczuwając lekki puls. Zbyt słaby. Poczułam pojedynczą łzę spływającą po policzku. Nie mogłam jej teraz stracić. Nie po tym wszystkim, co nas spotkało. Ja obudziłam się w pokoju, ale miałam wrażenie, że Nadia była przytomna przez te lata. Co nam zrobiono? Dlaczego jesteśmy takie inne? Dziesięć lat to naprawdę ogromny szmat czasu, by wyrządzić nam krzywdę.

Jak teraz wyglądała Liberia? Ben pewnie jest już na emeryturze. Czy siostra założyła rodzinę? Jest szczęśliwa? A co z Markiem i Amber? Tak wiele mi zabrano, nawet nie wiedziałam, czy mam gdzie wracać. Dla mojej rodziny będę potworem. Nie miałam swojego miejsca, przyjaciół którzy zaakceptowaliby mnie taką, jaką jestem. Kiedyś pracowałam przecież z dobrym człowiekiem, który było obecny podczas początków mojej zmiany. To on zaprowadził mnie do klubu, gdzie miałam dowiedzieć się więcej. Nie mogłam jednak przypomnieć sobie teraz jego imienia. I ten klub – tam był zmienny, który także mi pomógł. Ale to było wtedy. Jak byłoby teraz? Nie jestem już Mirą. Nie jestem także tą zmienną, którą znał Aker. Kim właściwie jestem?

Zamknęłam oczy, ale przed oczami wciąż miałam obraz tego strażnika. Byłam potworem i tego już nic nie zmieni. Nie powinnam zostać uwolniona. Powinnam zginąć, ratując moich przyjaciół, tych nowych, którzy zasłużyli na to, by żyć.

Zginąć w walce, to główna zasada i honor. A zginąć w walce o wolność innych ma jeszcze większe znaczenie.

Pocałowałam ponownie głowę śpiącej Nadii. Otworzyłam oczy i wpatrywałam się w wiatrak. Kręcił się coraz wolniej. Czy zdąży się zatrzymać, nim wejdą tu strażnicy?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s