LIBERIA II. Miasto krwi–Rozdział 4

Przemknęłyśmy ponownie przez korytarz, cicho wbiegając do wyznaczonego pomieszczenia. Hope rozłożyła płócienny worek, który sama zszyła pewnej nocy z jakiś odpadków i pakowała w niego pożywienie z szafek. Miałam robić to samo lub stać na czatach. Jednak mój wzrok cały czas kierował się w korytarz na lewo. Nie potrafiłam tego opanować.

– Hope.. – wyszeptałam, ale ona pakowała dalej, nie zwracając na mnie uwagi. Trzeba przyznać, że miała w tym wprawę. Widać, jak szybko pakowała rzeczy do worka już połowicznie zamontowanego na jej plecach, a i też nie wszystko wrzucała, a jedynie wybrane rzeczy. Tłumaczyła mi wczoraj, że nie wszystko jest zdatne do jedzenia, po niektórych rzeczach potem się choruje. Najlepiej brać te lekkie, bo ich można więcej wziąć i dłużej wytrzymują. Wszak nie wiadomo, kiedy znów znajdzie się okazja do znalezienia gdzieś jedzenia. – Hope! – wyszeptałam nieco głośniej. Odwróciła się z przestrachem. Czyżby sądziła, że ktoś się zbliża? – Co jest tam, na lewo od nas? – zmarszczyła brwi, jakby potrzebowała chwili przypomnienia, albo wyjścia ze stanu lękowego, w jaki być może ją przed chwilą wprowadziłam.

– Nie pamiętam. Chyba jakieś biura. – wzruszyła ramionami i pakowała szybko dalej.

– Pójdę się rozejrzeć, dobrze?

– Nie powinnaś. Zaraz przyjdą strażnicy. Teraz chodzą częściej. Musimy wracać.

– Ale tam coś jest, czuję to. – zmarszczyła brwi.

– Kolejny z nas?

– Nie sądzę. Muszę tam iść. Wracaj szybko, wiem, gdzie cię znaleźć. Przeczekam, aż bezpiecznie wejdziesz do kryjówki i przypilnuję ci tyłów. – na to się zgodziła, choć widziałam strach w jej oczach. Uściskała mnie mocno, jak gdyby miała już nigdy mnie nie zobaczyć, a potem pobiegła szybko do szybu wentylacyjnego. Wrzuciła najpierw worek a potem zaczęła się wdrapywać. Niewiele myśląc, podeszłam do niej i chwytając za kostki, praktycznie wrzuciłam do środka. Pisnęła, ale nie zwracałam na to uwagi. Kończył mi się czas. Mocniej uderzyłam w kratę, by mieć pewność, że jest zamknięta. – Do zobaczenia, Hope. – ale ona tylko na mnie patrzyła ze łzami w oczach. Czyżby tak samo pożegnała tamtą dziewczynę? Nigdy nie zapomnę numeru Sto Dziewięćdziesiąt. Dowiem się, kim ona była i pomszczę jej brutalną śmierć. Czułam, że samo zabicie bezpośredniego oprawcy nie wystarczy. Przecież ci wszyscy strażnicy wiedzieli, jakie skłonności ma ich kolega, Bjork. Wiedzieli, jak to się zakończy dla dziewczyny. A mimo to nikt nic nie zrobił. Przekazali sobie jedynie informacje, takim samym tonem, jak mówi się o pogodzie. No dobrze, byli może delikatnie oburzeni, ale to i tak nie wystarczało. Dziewczyna brutalnie zgwałcona, zginęła w męczarniach. Tego się nie zapomina. Tak samo, jak wyrazu jej twarzy, tej rozpaczy i ogromnego bólu. Jej twarz już zawsze pozostanie taka w pamięci.

Przełknęłam warczenie. To nie był czas na takie myśli i chęć zemsty. Musiałam sprawdzić, co intuicyjnie wyczuwałam.

Pierwsze drzwi rzeczywiście były jakimś biurem. Stało tam biurko i parę krzeseł. Zauważyłam także rozbity komunikator, z którego żadnego pożytku już i tak nie było. Spojrzałam na regał wypełniony segregatorami, ustawiony tuż za biurkiem i głównym, skórzanym krzesłem. Były tam kolorowe segregatory z numerami, od – do. Jedne były niebieskie, drugie czerwone. Przymknęłam drzwi i ponownie podeszłam do regału. Liczby zaczynały się od jeden, a kończyły w przypadku niebieskich na trzystu pięćdziesięciu, a czerwonych na pięćset. Chwyciłam pierwszy z brzegu i zaczęłam przeglądać. Były to dokumenty personalne z zapiskami na marginesach. Zdjęcie, a obok kod kreskowy. Krótka informacja o zastosowaniu. Przeglądałam to, nie wierząc w ogrom wiedzy, jaką miałam przed sobą. Każda z ofiar miała imię. Była tu kimś. A ja miałam te dane przed sobą.

Szybko znalazłam czerwony segregator z numerem „210-220″, wszak ja znajdowałam się w połowie. Dlaczego kobiet mieli więcej niż mężczyzn? Przecież niebieskich segregatorów i numerów było znacznie mniej, niż kobiecych. Dlaczego zaprzestano? A może z jakiegoś powodu zrobiono to celowo? Zaczęłam czytać o jakiś kuracjach, hipnozach, zastrzykach. Specyfikacje podawano w dziwnych numerach i kodach, przez co nie wiedziałam, co faktycznie mi podawano. Na marginesach zapisano o niesamowitej chłonności szczepionek i natychmiastowej reakcji organizmu lepiej, niż oczekiwano. Co to oznaczało dla mnie? Czego faktycznie oczekiwano?

„Brak zmian powierzchniowych. Wizualizacja zachowana.

Zastosowanie – atak.”

Co to, do cholery, miało znaczyć? Wyrwałam tą kartkę. Natychmiast odłożyłam na miejsce i poszukałam teczki Hope. Przeczytałam pobieżnie. Podawano jej zupełnie coś innego, inna ilość zastrzyków i nie te same kody. Przeczytałam, jakie jej przewidziano zastosowanie. „Rozrodczość”. Miała być matką? Postanowiłam ją o to zapytać. Może wiedziała znacznie więcej, niż się wydaje?

Musiałam także znaleźć tamtą ofiarę. Chciałam, by nie była już tylko numerem. Z drugiej strony każda z tych osób zasługiwała na przywrócenie życia, albo przynajmniej informację kim byli i co im tu zrobiono. Jak miałam jednak to wszystko nagłośnić? Schowałam nasze dane personalne pod bluzkę i ruszyłam szybko do kolejnego pomieszczenia. Musiałam coś tam znaleźć.

Dwa kolejne biura były identyczne do pierwszego, z tą tylko różnicą, że nie posiadały już dokumentacji. Jedno miało jakieś metalowe komody, a na nich zużyte strzykawki i inne przybory. Kolejne pomieszczenie miało dodatkowo krzesło ginekologiczne. Czyżby to nie były biura, a jakieś miejsca przesłuchań? Sale, gdzie pacjent spotykał się ze swym lekarzem? Zauważyłam także, że przy każdym krześle były ogromne, metalowe łańcuchy przymocowane do podłogi. Czyżby tym zapinano i unieruchamiano ofiarę-pacjenta, nim przyszedł ktoś na „rozmowę”? Nienawidziłam tego miejsca coraz bardziej. Jakim cudem nikt o tym nie wiedział?

Z drugiej strony, jeśli Hope miała rację, większość pacjentów stanowiły grupy z niższych Dystryktów, a tam nikt o nic nie pytał. Jeśli ktoś zaginął z niższych sfer społecznych, nikt się nie przejmował, nie podawano tego w wiadomościach Liberii. Dlaczego więc byłam tu ja? I dlaczego nikt mnie nie szukał? Nie wierzę, że zaniechano poszukiwań. Musieli być na moim tropie, więc dlaczego jeszcze ich tu nie ma? Dlaczego nie ma Akera, który obiecał mnie chronić?

Przeszłam kolejne pomieszczenia, tracąc jedynie czas. Każde było podobne do poprzedniego. Zmieniał się wystrój, jak gdyby było dopasowane do grupy, którą przyjmowano. Być może każdy pokój był przeznaczony dla konkretnych pacjentów. Inne dla ataku, inne dla rozrodczych. To jedynie moje domysły.

Otworzyłam kolejne drzwi, jednak tym razem nie znalazłam następnego biura. Był to mały ciemny korytarz, jakby jedynie przedsionek. Weszłam tam, a tuż za mną skrzypnęły cicho drzwi. Podskoczyłam przestraszona, ale byłam sama. To jedynie automatyczne zamykanie drzwi zadziałało. Sprawdziłam szybko, czy można było je otworzyć. Dopiero wtedy rozejrzałam się wokół. Za mną były ciemne, puste ściany, ale za to jedna, teraz znajdująca się przede mną, stanowiła ogromne lustro weneckie. Sądzę, że nie było mnie widać, ale za to ja widziałam to, co było na dole. Pomieszczenie ze mną było jedynie punktem obserwacyjnym na piętrze. Niżej znajdowała się ogromna sala z podziałem na boxy, dziwnie przypominające cele. Znajdowały się w niej bestie, albo takie pół bestie – pół ludzie. Ciężko mi było stwierdzić, co to właściwie było. Część dolną miały ludzką, ale za to część górna niesamowicie rozbudowana. Zamiast rąk były ogromne łapy z pazurami. Głowa była łysa, ale za to zamiast twarzy, pysk pełen piany. Niektóre z nich leżały, nie poruszały się. Inne siedziały w kącie, cicho. Widziałam jednego mężczyznę, który przechadzał się wzdłuż okratowanego wejścia. Spoglądał na każdego, który go mijał. Wyglądał mi na bardzo niebezpiecznego samca alfę i tak też się zachowywał. Coś w nim było, co mnie zarówno przyciągało, jak i przerażało. I to jednocześnie. Przechodzący obok strażnicy odchodzili nieco dalej od jego krat, ale on jedynie ich obserwował.

Spojrzałam dalej. Cel nie było zbyt dużo. Strażników naliczyłam trzech i jedna pani doktor. Wyglądała sympatycznie, ale nie miałam serca do nikogo, kto tu pracował. Przyjrzałam się uważnie pomieszczeniu – nie było tu kamer. Strażnicy chodzili znudzeni, a pani doktor coś wklepywała w komunikator. A zatem to pomieszczenie było odcięte od całej reszty? Dlaczego tutaj ktoś był, a za drzwiami na nas polowano? To miała być rozrywka dla strażników? Czy może byli tak pewni siebie, że nie chronili tego miejsca bardziej, nie wierząc, że ktoś tu mógł się dostać? Obejrzałam to pomieszczenie najlepiej, jak mogłam z góry. I wtedy to zauważyłam – szyb wentylacyjny. Mogłam tam wejść i wyjść. Tylko musiałam odgadnąć, który to będzie korytarz. Musiałam się dowiedzieć, czym są te postacie. To właśnie te słynne hybrydy? To ich tak się obawiano? Nie widziałam nigdy takich istot. Nie mogły naturalnie powstać, nawet ze związku zmiennego i człowieka.

I wtedy spojrzałam na celę, którą czujnie obserwowała pani doktor. Nie mogłam uwierzyć w to, co widzę. Doktor podeszła do kraty i na przedłużonym jakby pręcie, dźgnęła postać leżącą na podłodze. Samiec alfa warknął. Nie słyszałam go co prawda, ale widziałam po reakcji strażników, którzy natychmiast wymierzyli w niego karabinki. On jedynie trzymał prętów i nie spuszczał z oczu doktor. Mi zajęło jednak sekundę patrzenie na to wszystko, bo najbardziej skupiłam się na postaci. Nagie, kobiece ciało, zaczynało szybko się zmieniać, ale tylko w dolnych partiach ciała. Zupełnie, jak gdyby nie potrafiła się zdecydować na formę. Z wyrazu twarzy i wygięcia ciała wnioskowałam, że było to bardzo bolesne. Jednak serce się ścisnęło, gdy zobaczyłam jej twarz dokładniej, nim okrył ją cień celi. To była Nadia ! Kobieta, która miała mnie chronić, a trafiła do tego samego ośrodka, co ja. Tak mogłam to nazwać – ośrodek, jakieś tajne miejsce, gdzie wykonywano badania na nas, ludziach i zmiennych. Czułam, jak coś we mnie się porusza. Dźwięk warczenia nie wychodził z mych ust, ale wibrował w moim ciele. Spojrzałam na swoje dłonie, teraz mocno oparte o szybę. Zmieniały się w łapy bestii. Gdzieś w zakamarkach świadomości byłam przerażona. Czy to oznaczało, że się zmieniałam? Będę wyglądać jak każdy mieszaniec, czy jak ta hybryda? Cokolwiek mi zrobili, nie mogłam dopuścić, by stać się bestią żyjącą dla zemsty. Musiałam nie tylko uratować siebie i Hope. Tam, na dole, czekało na nas znacznie więcej osób do ratunku. Musiałam dostać się do komunikatora. Jakiegokolwiek.

Teraz jednak musiałam wrócić do Hope i sprawdzić, czy jest cała. Chciałam z nią porozmawiać o tym ośrodku i poznać wszystkie drogi. Może ucieczka nie będzie możliwa tylko przez wiatrak? Przecież jakoś zaopatrzenie też musiało tu dojeżdżać. Byli tu strażnicy, personel medyczny i zmienni. Każdy musiał jeść, wychodzić za potrzebą. A ja zamierzałam dokładnie odkryć miejsce pobytu i je podać dalej.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s