LIBERIA II. Miasto krwi–Rozdział 3.2.

Otworzyłam oczy. Lekko je przetarłam, wyczuwając na dłoniach zaschniętą krew. Swędziało mnie ciało. Nogi mi drżały, jak gdyby błagając o ruch. Ciało stało się naprężone, potrzebujące biegu, działania. Mimo to nadal leżałam nieruchomo, nasłuchując. Gdzieś daleko słyszałam jakby syrenę. Jednak na korytarzach najbliżej mnie panowała cisza. Nikogo nie wyczuwszy, postanowiłam zwiedzić ten tunel.

Starając się wciąż być cicho, obróciłam się twarzą w stronę dalszego tunelu i powoli zaczynałam się czołgać w jego kierunku. Ręce wciąż mi drżały, ciało napięte do granic możliwości. Coś wewnątrz mnie próbowało się wydostać. Mówiło mi, co mam robić. Mimo to posuwałam się coraz dalej. Zauważyłam także na korytarzu oznaczenia. Strzałki z powtarzającą się liczbą 5. Dotknęłam palcem znaku. Był namalowany jakimś czarnym tuszem, może markerem?

Doczołgałam się do rozwidlenia. Czy wspomniałam, że nie lubię takich miejsc? Bez znajomości budynku, skąd mam wiedzieć, w którym kierunku ruszyć? Wiedziałam, że jeśli skieruję się „pod wiatr”, trafię na wiatraki, co nie jest zbyt dobrym rozwiązaniem. Przyjrzałam się tunelom. One także miały strzałki i liczby. Czy powinnam się kierować w stronę mniejszych, czy większych liczb?

W oddali korytarza zobaczyłam coś leżącego przy ścianie. Pułapka, czy ktoś po prostu to zostawił? Może się spieszył? Podczołgałam się w tamtym kierunku. Na ścianie przy głowie miałam narysowaną liczbę „1″ ze strzałką właśnie w kierunku tamtej rzeczy pozostawionej na rogu. Teraz widziałam, że był tam jakiś zakręt, a rzecz się nie poruszała. Podczołgałam się ostrożnie jeszcze bardziej.

Na końcu korytarza leżało zawiniątko. Lekko puknęłam je palcem, by sprawdzić. Mogła to być jakaś pułapka przecież. Ale nic się nie wydarzyło. Małe zawiniątko zaszeleściło dziwnie. Podczołgałam się jeszcze troszkę i przyjrzałam się uważniej. Dawno nie widziałam takich opakowań. Dawniej ojciec przynosił nam takie z pracy, gdy jeszcze mieszkałyśmy u niego z Lisą. Zaczął pracować na granicznym przejściu i często za przymknięcie oka na różne rzeczy, kupcy zostawiali mu podarki. Często były to słodkości zapakowane w takie szeleszczące opakowania, których w Liberii dostać nigdzie nie można było. Pamiętałam je i fakt, że nam smakowały. Ale skąd takie rzeczy tutaj? Odwinęłam papierek i ugryzłam kawałek brązowej, twardej masy. Miała lekko słodkawy smak i gdzieś odrobinę też słone. Były w niej także kawałki czegoś twardego, ale i mięsistego. Pamiętałam, że ojciec nas o tym uczył. Orzechy. Mówił, że Mama je uwielbiała i robiła czasem takie ciasto z dużą ich ilością, ale tylko na wyjątkowe okazje, bo ciężko było je zdobyć. Pamiętam, jak brała mnie na kolana i mówiła o różnych miejscach. Sądziłam, że poznawała te historie od kupców, z którymi tak chętnie się spotykała. A co, jeśli ona naprawdę to widziała? Ben mówił, że zginęła przez mieszańca, bestię i tak powstała jego nienawiść do zmiennych. A co, jeśli ta śmierć nie była przypadkowa? Kim naprawdę była kobieta, którą uważałam za swoją matkę?

Ścisnęłam mocniej papierek, wsłuchując się w ten szelest. Przypominał mi o domu, gdy jeszcze w nim byłam. Jednak wyrwało mnie z tego zadumania, być może zamyślenia, szelest gdzieś w oddali. Wyjrzałam za rogu, ale tunel był pusty. Mimo to całą sobą czułam, że już nie jestem tutaj sama. Ten wewnętrzny głos podpowiadał mi, by biec, chociaż ja takiej opcji nie miałam. Mogłam jedynie czołgać się szybciej, ale przy tym zrobiłabym większy hałas. A nie chciałam przecież nikogo zawiadamiać, gdzie jestem. Nie czułam zagrożenia, ale nie czułam się także sama.

Czołgałam się nieco szybciej, niż na początku, wciąż jednak ostrożnie. Liczba i strzałki pozostawały takie same. Wciąż korytarzem kierującym mnie do jedynki, czymkolwiek owa jedynka była. Może to numery tych tuneli, ale w takim razie w jakiej kolejności je oznaczano? Wyglądało na to, jak gdyby ktoś celowo je oznaczył, by się nie zgubić, by wiedzieć, jak szybko uciekać i gdzie. Nie mógł być to jeden ze strażników. Przecież sprawdziliby te tunele już dawno, a oni szukali przecież tylko po białych korytarzach i pomieszczeniach.

Za kolejnym zakrętem wyczułam ruch. Zatrzymałam się i nasłuchiwałam. Ktoś szeleścił cicho papierkiem. Słyszałam odgłosy jedzenia. Szybkiego. Przypominało mi to myszy, które kiedyś mieliśmy w domu, a ja lubiłam obserwować. Gdy zdobyły pożywienie, szybko je jadły, wciąż czujne i gotowe do ucieczki. Tak samo tutaj – ktokolwiek był za rogiem, był gotowy w każdej chwili atakować lub uciekać. Spojrzałam w górę. Tunel prowadził pionowo w górę. Światło migało poruszane przez wiatraki. Tutaj swobodnie można było stanąć i rozprostować kości. Co prawda, by zobaczyć, co jest nad wiatrakiem, trzeba byłoby się tam wspinać po metalowym tunelu, ale być może było tam jedyne wyjście z tego budynku. A przynajmniej jedyne, na jakie się natknęłam.

Wychyliłam cicho głowę, by zobaczyć, kto szybko pochłaniał pożywienie. W kącie zauważyłam skuloną postać ubraną w bardzo brudne, choć niegdyś białe ubranie. Przypominało kombinezon, a nie jak w moim przypadku, spodnie i top.

– Nie musisz się skradać – wyszeptała postać cichutko. – Czuję krew na tobie.

– Przepraszam, nie chciałam cię wystraszyć. – wyczołgałam się z tunelu, jednak wciąż pozostałam z daleka od drugiej osoby. Mogłam jej ufać? Patrzyła na mnie dużymi oczyma. Była bardzo młoda, może dopiero pełnoletnia. Włosy miała krótko ścięte, teraz dziwnie stojące we wszystkich kierunkach. Z pewnością dawno nie zostały myte. Jej buzia była cała brudna, podobnie jak reszta ciała. Kombinezon nie tylko był brudny od kurzu, ale także mogłam się założyć, że widziałam na nim stare ślady krwi. Nie wiedziałam jednak, czy krew należała do niej, czy do kogoś innego.

– Która jesteś? – podniosłam ponownie wzrok na jej twarz. Zmarszczyłam brwi nie rozumiejąc, o co konkretnie pyta. Moja twarz musiała to wyrażać, bo uśmiechnęła się znad batona. To był życzliwy uśmiech. – Jaki nadano ci numer?

– Ach… tatuaż… Dwieście piętnaście. A Ty?

– Zastanawiałam się, na jakim skończy się numeracja. Ostatnio widziałam Sto Dziewięćdziesiątkę. Widziałaś ją? – skinęłam głową. To też musiała wyczytać po moim wyrazie twarzy, bo już o nic nie pytała. Tylko smutno pokręciła głową. – Mówiła, że nie możemy wiecznie się ukrywać i musimy wezwać pomoc. Liczyłam, że jej się uda. Ja jestem Siedemdziesiątką.

– A jak masz na imię? Wiesz, gdzie jesteśmy i jak się stąd wydostać? – dziewczyna parsknęła, po czym w dwóch gryzach pochłonęła resztę posiłku. Papierek odłożyła do jednego z pięciu pudeł, które dopiero teraz zauważyłam, ustawione były wzdłuż ściany, ale nie rzucające się od razu w oczy.

– My nie mamy imion. Jesteśmy numerami.

– Ale musiałaś mieć jakieś imię, zanim tu trafiłaś.

– Nie za dobrze pamiętam. Moja rodzina została zesłana do Dystryktu 0. Ja uciekłam z transportu. Mieszkałam w Dystrykcie 1 przez jakiś czas. Miałam swój kawałek piwnicy. Ale potem przyszły Oddziały i robili łapanki. Każdej nocy ktoś znikał i nigdy już go nie odnajdowano. Różnie mówiono. Nikt nie znał tego Oddziału. Mieszańcy wraz z funkcjonariuszami.

– Oddziały złożone z mieszańców? Nie istnieją takie….

– Wiem, co widziałam. – wywarczała zdenerwowana. – Jednej nocy dziewczyna, która mieszkała za ścianą, zaczęła rodzić. Akurat robili w naszym sektorze łapankę. Próbowałyśmy ją uciszyć, zatrzymać poród, ale coś było nie tak. Bardzo krzyczała, ściągając wszystkich na nasze głowy. Wtedy przyszli po nas. Zabrali nas.

– Tamtą rodzącą też?

– Ją też wzięli. Stwierdzili, że przyda się im noworodek. Ale w transporcie zmarła. Bardzo krwawiła. Coś nie tak z ciążą. A potem obudziłam się tutaj.

– To znaczy gdzie? Wiesz, gdzie jesteśmy, coś słyszałaś? Widziałaś?

– Nie. Chociaż mam teorię. Na obrzeżach Dystryktu 2 były kiedyś budynki szpitalne. Mówiono, że to tylko przykrywka. Normalnie przyjmowali pacjentów bez podziału na grupy. Ale niedaleko przychodzi były dziwne kominy, takie wiesz, lekko wychodzące nad ziemię. Nie można było tam się zbliżać, bo chodziła wokół tego ochrona. Mówili, że chronią zaopatrzenie do przychodni, ale nikt w to nie wierzył.

– I sądzisz, że jesteśmy w takim budynku? W podziemiach?

– Wdrapałam się kiedyś tam – wskazała głową w górę, na kręcący się wiatrak. – Co jakiś czas wyłącza się i wtedy można na chwilę spojrzeć, ale trzeba uważać, by nie wkręciło, gdy rusza. Przed ruszeniem wydaje taki dziwny zgrzyt i potem liczysz do pięciu, nim ruszy. No i widziałam…. rośnie tam trawa… u góry… i widziałam niebieskie niebo…. – uśmiechnęła się, najwidoczniej przypominając sobie ten obraz.

– Muszę się stąd wydostać.

– Nie dasz rady. Teraz podwoją straże i będą polować bardziej.

– Dlaczego? – to mnie zdziwiło. Czyżby te wycie syreny było właśnie alarmem? Te urywki rozmów, które słyszałam przez sen, były prawdziwe?

– Coś się stało i wpadli w popłoch. Chyba któreś z ich doświadczeń.

– Doświadczeń?

– Byłam w takiej jednej sali. Tam było dużo dokumentów i takie wielkie słoiki z płynem, a w nim pływały różne dziwne rzeczy. Trochę tam posiedziałam, bo było cicho i w miarę bezpiecznie. Czytałam, że każdemu coś wstrzykiwali i sprawdzali, jak reaguje organizm. Jakieś badania chyba robili, bo to w słoikach wyglądało dziwnie. I każde miało numer, jak my. Średnio co dwadzieścia zmieniali zastrzyki. Wiesz… sto, sto dwadzieścia, sto czterdzieści … i tak dalej….

– Czyli coś nam wszczepiano, a potem wybudzano i pozwalano uciekać?

– Coś w tym stylu. Chyba sprawdzają, jak długo przeżyjemy i jak daleko dojdziemy. A ci strażnicy i mieszańcy… oni na nas polują. Mają pozwolenie zrobić z nami, co tylko chcą. Dlatego musisz się przed nimi bronić. – przyjrzała mi się uważnie i się uśmiechnęła. Pierwszy raz zobaczyłam na tej młodej twarzy taki uśmiech, choć oczy wciąż pozostawały poważne. Zbyt poważne, jak na ten wiek. Najwidoczniej zbyt wiele już widziały, by odzwierciedlać prawdziwy wiek dziewczyny. – Ale ty już o tym wiesz, prawda? Mam nadzieję, że potraktowałaś ich brutalnie.

– Chyba zbyt mało, bo zasłużyli na o wiele ostrzej. – wywarczałam. Poczułam, jak coś się przesuwa wzdłuż kręgosłupa. Dziewczyna odskoczyła ode mnie.

– Jesteś jedną z nich?!

– Nie. – wywarczałam i próbowałam się uspokoić. Nabrałam głębiej powietrza, czując, jak to coś we mnie odchodzi, kryje się gdzieś wewnątrz mnie. – Nie wiem, co mi zrobili. Jak masz na imię? – musiałam zmienić temat. Nie mogłam znów przypominać sobie o krwi i o tamtej dziewczynie leżącej w kałuży swego oprawcy.

– Hope. Matka twierdziła, że będę nadzieją, dla nich.

– Więc będziesz i moją. – uśmiechnęłam się do niej. – Jestem Mira. I chyba zjadłam ci batonik. – Hope uśmiechnęła się do mnie lekko. A potem sięgnęła za siebie i wyciągnęła stary koc.

– Prześpijmy się troszkę. Potem pomyślimy, co dalej zrobić i pokażę ci, skąd biorę zapasy i jak się tu odnaleźć. To prawdziwy labirynt. – uśmiechnęłam się do swojej nadziei. Teraz musiałam nas uratować i zaprowadzić przed Akera.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s