Mroczni. Nadia–Rozdział 5

Tenebris, lipiec

Rozpakowałam wszystkie zakupy. Nawet nie spodziewałam się, że taką przyjemność przyniesie mi układanie swoich rzeczy na półkach w łazience, w kabinie, w kuchni i salonie. Za namową Vivian, kupiłam parę świeczek do salonu. Mówiła, że to tutejszy wyrób jednej z mieszkanek i mają delikatny, nie drażniący aromat. Patrzyłam teraz, jak ślicznie wyglądały ustawione na specjalnie dokupionej podstawce z kamyczkami, którą ustawiłam na środku małego stolika przy sofie w salonie. Patrzyłam na ten dom, teraz będący moim miejscem zamieszkania. Chciałam, by wyrażał mnie w każdym miejscu. Potrzebowałam poczuć się tu nie tylko, jak w miejscu, w którym śpię i jem, czy spędzam czas, ale także miejscu bezpiecznym i przede wszystkim – moim. No dobrze, wiem, to dom Connora. Ale sam powiedział, że nikt tu nie mieszka, a on woli swoje lokum w centrum. Pytałam Vivian, gdzie mieszka Connor, bo chciałam mu zrobić niespodziankę, ale powiedziała, że wyjechał. Jak tylko wróci, zamierzam go odwiedzić. Może uda mi się coś też upiec dla niego? Ponoć lubi lekkie słodkości domowe, co zauważyłam już u Gigi. Do czasu, aż wróci do domu, postanowiłam podszkolić się w pieczeniu. Z jakiegoś powodu bardzo chciałam, by czuł się ze mnie dumny.

Noc była wyjątkowo ciepła. Siedziałam przykryta kocem na ganku. Wsłuchiwałam się w odgłosy lasu. Uspokajały mnie. Nawoływały wręcz. Nie rozumiałam, dlaczego o wiele lepiej czułam się tutaj, niż w mieście. Owszem, Tenebris nie jest dużą aglomeracją, ale do tych malutkich mieścinek też nie należy. Nie był tak odcięty od świata, jak sądziłam. Vivian stwierdziła, że jest praktycznie sypialnią dużego miasta. Mieli tu przystań, rozwiniętą agroturystykę, ale także parę fabryk oddalonych bezpiecznie od miejsca ich zamieszkania. Zaczynało mi się tu naprawdę bardzo podobać.

Otworzyłam oczy. Musiałam przysnąć. Ale nie to sprawiło, że się zerwałam. Nasłuchiwałam przez chwilę, ale nic nie słyszałam. Nawet nocnych ptaków, a te przecież dotąd dawały o sobie znać. Cisza stała się mroczna, wręcz przerażająca. Coś czaiło się w ciemnościach. Odrzuciłam koc i stanęłam na schodkach. Nasłuchiwałam i próbowałam coś dojrzeć. W oddali była jedynie łuna Tenebris. Pierwszy raz czułam, że nie powinnam być na zewnątrz. Nawet pies sąsiadów nie wydawał głosów, choć często w nocy zaszczekał na dzikie stworzenia. Teraz nie było słychać zupełnie niczego, poza moim oddechem.

Nogi same mnie prowadziły, choć świadomość krzyczała na mnie. Wiem, że powinnam zawrócić. Powinnam pobiec do domu i zamknąć drzwi, zatrzasnąć okiennice w oknach i przeczekać do ranka w bezpiecznym schronieniu. Moje ciało jednak nie słuchało głowy. Kierowało się w stronę lasu na prawo od mojego domu. Ręką przytrzymałam gałęzie, by nie uderzyły mnie w twarz. A i tak niektóre ocierały się o moje ramiona nieprzyjemnie je drapiąc. Szłam jednak dalej, brodząc w ciemnościach do nieznanego mi celu. Coś mnie przywoływało. A im dalej szlam, tym coraz bardziej to czułam.

Zapach.

Dziwny, metaliczny aromat. Dobrze mi znany, choć nie potrafiłam jeszcze go dopasować do obrazu w mojej głowie. Czułam jednak, że to on mnie przyciągał. Czułam, jak do ust napływa mi ślina. Dziwny głód. Ominęłam kolejne drzewo nawet nie zwracając uwagi na to, że widzę w tych ciemnościach. Nie tak dobrze, jak widzę w dzień, ale określałam kształty, zauważałam cienie drzew przed sobą, dzięki czemu wiedziałam, kiedy skręcić, by na żadne nie wpaść. Wyczuwałam pod stopami ziemię i liście, a także czułam, kiedy mam zrobić większy krok, by nie potknąć się o kłodę. Ale teraz nie miałam czasu zastanawiać się nad tym wszystkim, gdy ów aromat stawał się coraz bardziej wyraźniejszy, mocniejszy, intensywniejszy.

Obeszłam kolejne drzewo i wtedy to zobaczyłam. Z jakieś dwa metry ode mnie leżał martwy jeleń. A przynajmniej tak mi się wydaje, bo w tych ciemnościach nie do końca potrafiłam rozpoznać zwierzyny, zwłaszcza pod tym kątem. Dodatkowo zwierzę miało rozpruty brzuch i wylewające się wnętrzności. Gardło także miał rozprute, a raczej rozgryzione. I to ten aromat czułam przy domu – zapach krwi, świeżo upolowanej zwierzyny. Złapałam się za brzuch, który przewracał mi się na drugą stronę. Sprzeczne odczucia sprawiały, że musiałam drugą dłonią oprzeć się o pobliskie drzewo. Z jednej strony było mi niedobrze i czułam, jak gdybym miała zaraz zwymiotować na liście przede mną. Łzy spływały mi po policzkach. Bardziej jednak byłam przerażona tym, co odczuwałam, niż obrazem przed sobą. Czułam głód. Chciałam podejść bliżej i spróbować. Oblizałam spierzchnięte usta.

Do pionu postawiło mnie donośne, ostrzegawcze warczenie. Tuż nad jeleniem stał ogromny wilk. Patrzył na mnie czujnie, nie za bardzo wiedząc, czy mnie także zaatakować, czy jedynie pozostawić ostrzeżenie i jeść dalej. Jego pysk był ogromny. Zęby świeciły w tych ciemnościach, ociekając wciąż krwią. Grzbiet przygarbiony, jak gdyby szykował się do skoku. Sapnęłam przestraszona. Widziałam wilki, duże psy także, ale nigdy w takich rozmiarach. Miał ciemną sierść, która świeciła się w tym lekkim świetle księżyca. Sapnęłam znowu patrząc to na bestię przed sobą, to na jelenia pod nim. Rozumiałam doskonale przekaz – to była jego zdobycz i nie zamierzał się dzielić, przynajmniej do czasu, aż się naje sam.

Znów warknął, gdy zbyt długo obserwowałam jelenia, oblizując piekące teraz usta. Nawet nie wiedziałam, że zbliżyłam się do nich. Wilk kłapnął zębami, a jego warczenie stało się głośniejsze. Wcześniej mnie ostrzegał, teraz był gotów do walki. Zrobił krok w moją stronę, najeżając się jeszcze bardziej. Wyciągnęłam dłoń w jego stronę chcąc zapewnić, że nie mam złych zamiarów. Kłapnął zębami na tyle blisko mnie, że poczułam chłód jego nosa i języka na sobie. Niestety drgnęłam w tym czasie i jednym z kłów przejechał po dłoni. Zapiekło. Syknęłam i zabrałam dłoń. Patrzył na mnie dziwnie. Przechylił lep, jak gdyby próbując zrozumieć. Patrzyłam na niego uważnie i może właśnie dlatego zauważyłam, jak w sekundę naprężył swoje tylne łapy i opuścił zad. Przeczuwałam, że w tej jednej sekundzie skoczy na mnie. Nie czekając jednak na to, zerwałam się i zaczęłam biec w stronę domu. Słyszałam łamiące się gałązki za mną. Sama także nie pozostawałam cicho. Z jakiegoś powodu wiedziałam, że gdyby chciał mnie zabić, nie miałabym szans.

Przyspieszyłam widząc koniec lasu i łąkę przed domem. Kątem oka widziałam, że biegł już nie za mną, a po boku, przyglądając się mi uważnie. Jak gdyby czekając na odpowiedni moment, by skoczyć. I gdy jeszcze parę kroków dzieliło mnie od wyjścia z lasu, zatrzymałam się gwałtownie i zamiast biec prosto do celu, obiegłam drzewo. Usłyszałam warknięcie niezadowolenia. Jednak miałam rację, bestia rzuciła się na mnie. Odepchnęłam się od drzewa i pobiegłam w stronę domu.

Upadłam, czując szarpnięcie za kostkę. Nie musiałam patrzeć, by wiedzieć, że trzyma moją stopę w pysku, choć go nie zaciska. Pisnęłam z bólu, gdy jego zęby przebiły skórę. W powietrzu czułam swoją krew. Szarpnęłam się i odwróciłam przodem do bestii nie bacząc, że ruch ten rozorał mi bardziej kostkę. Nie dbałam teraz o to. Nie zamierzałam być zdobyczą tej bestii. Drugą stopą kopnęłam mocno w pysk. Warknął, ale przynajmniej puścił moją kostkę. Uniosłam się w przysiadzie. A gdy bestia rzuciła się do mojej twarzy, zamachnęłam się ręką. Wilk zapiszczał i odskoczył. Widziałam niedowierzanie w jego oczach. Ale mnie bardziej przerażała teraz moja dłoń, pokryta sierścią z długimi pazurami, ubrudzonymi jego krwią. Wilk warknął na mnie, po czym rozpłynął się w powietrzu. Tak po prostu, stał się jasnym obłokiem mgły. I choć mógł uchodzić za niewidzialną materię, ja go widziałam. Oddalił się szybko w stronę lasu. Siedziałam na trawie i patrzyłam długo za nim.

Wilk rozpływający się w powietrzu? Zmieniający się w mgłę?

Wstałam i kulejąc pobiegłam do domu Connora, zostawiając za sobą ślady krwi na poręczy i drewnianym filarze. Musiałam opatrzeć rany i przede wszystkim znaleźć bezpieczne schronienie.

Zaraz po zamknięciu dokładnie drzwi uświadomiłam sobie, że to i tak bezcelowe, skoro to stworzenie może zmieniać się we mgłę, to równie dobrze może przedostać się do domu pod tą postacią wykorzystując nawet najmniejszą szczelinę. Ale teraz musiałam szybko zawiadomić o tym. Chwyciłam z lady w kuchni telefon i nacisnęłam szybkie wybieranie do Connora, tak, jak mnie uczył. Powiedział, że w nagłych przypadkach będzie to dla mnie ułatwienie.

Usłyszałam jego zachrypnięty głos mówiący, że nie może teraz odebrać i jeśli to coś pilnego, to można zostawić wiadomość, a on odpowie tak szybko, jak się da. Dla mnie nie było to zbyt szybko. Skoro ma wyłączony telefon, to skąd będzie wiedział, że jestem w potrzebie?

– Connor, tu nie jest bezpiecznie. Błagam, przyjedź! – chlipałam do słuchawki nawet nie próbując się uspokoić, ani opanować paniki w głosie. – Widziałam potwora, który chce mnie zabić. Proszę… – przerwał mi jednak dźwięk końca wiadomości. Rzuciłam telefon zdenerwowana, nie patrząc, czy się rozbije. Pobiegłam do łazienki. Musiałam opatrzyć rany. A co, jeśli to stworzenie było chore, albo czymś zarażało? Nie po to Connor z Mattem się natrudzili, by mnie uwolnić z lochów, bym teraz umarła od jakiegoś dziwnego zakażenia. I co działo się z moją dłonią? Czym było to coś?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s