Mroczni. Nadia–Rozdział 4

Tenebris, lipiec

Otworzyłam oczy i nasłuchiwałam błogiej ciszy. Otwarte drzwi i okna na górze sprawiły, że nie tylko czułam się tu bezpiecznie, ale także czułam rześkie powietrze z każdym kolejnym oddechem. Ochładzało moje rozgrzane ciało, wybudzone po kolejnym koszmarze sennym. Mimo wszystko, każdego kolejnego ranka, otwierałam oczy, nasłuchiwałam odgłosów domu i całej okolicy, by po chwili wstać z uśmiechem. Moje miejsce – nareszcie w to uwierzyłam. Ten dom oddychał wraz ze mną. Słyszałam pracujące schody, podłogi i każdy element tego miejsca, śpiewał specjalnie dla mnie. Odnosiłam wrażenie, że i ten budynek cieszył się z mieszkańca. Żadne miejsce nie powinno być opuszczone, tak jak i człowiek nigdy nie powinien być samotny. Może być sam, tak jak ja byłam teraz, ale nie czułam się samotna. Nie poznałam co prawda jeszcze sąsiadów, ani mieszkańców miasteczka. Wiedziałam jednak, że przyszliby do mnie z pomocą, gdybym takiej faktycznie potrzebowała. Gigi zapewniała mnie o tym wielokrotnie. I ta świadomość także pomagała mi radzić sobie z tym wszystkim, stawać na własnych nogach. Nie narzucano mi się. Zupełnie, jak gdyby czekano, aż sama wyjdę z inicjatywą i zaproszę do siebie.

Po prysznicu, znów stałam w kuchni, wpatrując się w ustrojstwo wydające mi kawę. Dlaczego umieszczono tu tego demona z piekła rodem? Miał mnóstwo przycisków, ale żadne z tych wypukłych. Connor nazywał to dotykowym panelem. Dla mnie to był jakiś plastik z malutkimi przyciskami. Włączyłam maszynę. Cicho zabuczała, po czym ekran zamigał do mnie przywitanie.

– No cześć demonie – wyszeptałam do maszyny, ale nie zareagowała. Wiem, to tylko maszyna. Ale skoro już taka super nowoczesna, to mogłaby zamiast panelu dotykowego mieć też jakieś krasnoludki, które by wszystko ustawiły za mnie. Wzdychając, chwyciłam długopis i za jego pomocą przyciskałam kolejno przyciski. Nie wyrzuciłam tego ustrojstwa tylko z jednego powodu – robił rewelacyjną kawę. Rano był to duży kubek czarnej, mocnej, lekko słodkawej cieczy. W ciągu dnia próbowałam innych smaków, dodatków sugerowanych na małym ekraniku. Potrafiłam obsługiwać podstawowy sprzęt lub ten, który był w użyciu wiele lat wstecz. Nie rozumiałam tych nowoczesnych, dotykowych ustrojstw, którymi wszyscy się otaczali. Miały pomóc człowiekowi i zaoszczędzały czas. Niestety, nie mój. Ja potrzebowałam znacznie więcej czasu, by w ogóle móc odkryć, jak zrobić kawę, albo użyć telefonu. Nie mówiąc już o niewygodzie. Gdzie się podziały te małe, ciężkie telefony, które czuć było w kieszeni, a pisać można było na nich kciukiem. Teraz potrzebowałam dwóch rąk do trzymania i pisania.

Usiadłam na starym fotelu na ganku. Uwielbiałam takie ciche poranki. Gdzieś z oddali słyszałam pracujący silnik. Może ktoś kosił trawę przed swoim domem, albo jakiś pojazd jechał powoli. Nic jednak nie było stąd widać. Oparłam stopy o drewniany filar przy schodach. Odchyliłam się na krześle nieco w tył. Odpijałam powolnie kawę, planując dzisiejszy dzień. Musiałam wkrótce wybrać się na zakupy. Nie chciałam, by Gigi przywoziła mi pożywienie. Chciałam sama je kupić, przy okazji zobaczyć, jak wygląda to miasteczko. Zapewniano mnie tyle razy, że jest małe, spokojne, a ludzie przyjaźni. Powinnam sprawdzić to na własnej skórze, prawda? Zapewne i tak wszyscy będą wiedzieć, kim jestem.

Ubrana w wygodne buty, dżinsy i koszulę w czarno-czerwoną kratę, oraz z mocno spiętymi w tyłu włosami, skręciłam za róg. Chodziłam już od godziny. Najpierw musiałam w ogóle dojść do miasteczka. Nie sądziłam, że droga będzie tak długa. Szłam wzdłuż dobrze ubitej drogi, oglądając okolice. Mnóstwo zieleni i drzew. Gdzie nie gdzie stały drewniane domki, podobne do tego, w którym zamieszkałam. Niektóre były otwarte i przy ganku bawił się chłopiec z psem, przy kolejnych jakaś starsza pani sadziła coś przy schodkach. Uśmiechnęłam się do niej miło. Skinęła głową, a potem wróciła szybko do swoich obowiązków. A ja jedynie poprawiłam torbę na ramieniu i kroczyłam dalej, w dół, ku reszcie zabudowań.

Teraz stałam przy wjeździe do miasteczka. Obejrzałam się wokół. Nie było tu już domków, a jedynie identycznie wyglądające, ceglane zabudowania. Niektóre miały białe płotki przed sobą, gdzie ustawiono w ogródeczkach stoliki – sądząc po tym i po zapachu, była to jakaś kawiarnia. Inne miały metalowe balustrady na balkonach. Wyglądały identycznie. Różniły się jedynie szczegółami i szyldami. W każdej parter zajmował jakiś sklep a góra była zamieszkana. Idąc wzdłuż ulicy mijałam cukiernię z pięknie wyeksponowanymi słodkościami. Dalej była księgarnia, do której później obiecałam sobie wrócić na małe zakupy. Był nieco dalej także sklep ogrodniczy, mały sklepik z biżuterią ręcznie wykonywaną przez właścicielkę. Po drugiej stronie zauważyłam jeden niższy budynek, jakże różniący się od reszty zabudowań. Mieścił się tam market, sklep wielobranżowy i otoczony był sporym parkingiem. A za nim znajdował się park i małe boisko z rozbudowanymi trybunami. Musiały się tam odbywać jakieś rozgrywki i pewnie parking przy markecie był celowo tak rozbudowany, by pomieścić auta wszystkich odwiedzających. Nieco dalej był bar.

Po drodze mijałam także wiele ławeczek ustawionych plecami do witryn sklepowych, pewnie by zmęczeni zakupami ludzie mogli tu na chwilę odpocząć. Ludzie, których mijałam, pozdrawiali mnie skinięciami głowy i lekkim uśmiechem. Nie czułam się dzięki temu wyobcowana.

Otworzyłam drzwi od marketu. Uderzył mnie chłód powietrza w środku. Klimatyzacja nawet w takim miejscu? Nie wiem dlaczego sądziłam, że miasteczko było nieco dalej od cywilizacji i nowinek technicznych. W jednej ręce trzymając koszyk, drugą wyjęłam z kieszeni wcześniej przygotowaną karteczkę z listą zakupów, które potrzebowałam. Zanim wyszłam z domu, przejrzałam wszystko i spisałam to, czego potrzebowałam najbardziej. Za dużo pieniędzy nie chciałam wydawać do czasu, aż sama ich nie zarobię. Nie mogłam żyć przecież na rachunek Connora. Wystarczy już pomocy tyle, ile mi dał. Kiedy wróci Matthew, z pewnością razem coś wymyślimy.

– W czymś może pomóc? – spojrzałam przez ramię na dziewczynę, która stała tuż za mną i dziwnie mi się przyglądała. Ubrana w sprane i postrzępione dżinsy i jakąś wrzosową podkoszulkę a na to biały fartuszek zawiązywany na szyi i w pasie, sięgający jej z przodu do połowy uda. Na kieszonce miała identyfikator z imieniem, choć w miasteczku, w którym ponoć wszyscy się znają, było to zbędne. Wyglądała jak taka mała nastolatka. Włosy splątała w węzeł z tyłu głowy. Lekko skośne oczy podkreśliła jedynie tuszem do rzęs i delikatną kreską. A jej głos był taki przyjemny w odbiorze. Skojarzyła mi się z porcelanową laleczką, jakie widziałam w dzieciństwie na wystawach. Rozejrzała się po sklepie, gdzie klienci udawali, że nie zwracają uwagi na nas, ale czułam ich spojrzenia na sobie. – Ty jesteś tą nową, co zamieszkała u Connora, prawda? – skinęłam jedynie głową. Co miałam powiedzieć, skoro pewnie i tak wszyscy o tym wiedzieli. – Jestem Vivian, ale mów mi Vivi.

– Nadia. – podałam jej dłoń z lekkim uśmiechem. Ale ona mnie tylko szybko przytuliła. Po czym wyrwała mi kartkę z moją listą zakupów, gdy wciąż byłam oszołomiona powitaniem. Nikt mnie tak nie przytulał dotąd.

– Dobra, niewiele widzę potrzebujesz. No ale dobra. Gigi ostatnio zrobiła mi taką listę dla Connora, że trzeba było trzech wózków, ale widzę, że tym razem będzie tego mało. Chodź, oprowadzę cię… – szła przed siebie i wciąż coś paplała. Szłam za nią posłusznie zastanawiając się, co ja właściwie robię. Miałam co prawda poznawać ludzi, ale chciałam sama sobie ze wszystkim poradzić. Tu było tyle różnych rzeczy. Nigdy nie widziałam takiego wyboru.

Przystanęłyśmy przy regale z kosmetykami. Pokazała mi cały szereg żelów pod prysznic. O tym też nie pomyślałam, że jest taki wybór.

– Jaki lubisz zapach? Słodki? Mocny? Bezwonny?

– Nie wiem… ja….

– Nie szkodzi. Możesz otwierać każdy i wąchać do woli, aż sobie jakiś wybierzesz. Ale sądzę, że Connorowi spodoba się ten bezwonny. Dobrze myje i nie wysuszy ci skóry, ale nie nadaje dodatkowo żadnego zapachu, przez co pachniesz po prostu… sobą. Bardzo dobre rozwiązanie …. tutaj. – jąkała się, jak gdyby nie wiedziała, jak mi to powiedzieć. Dziwne. Mieszkańcy lubią naturalny zapach? Zmarszczyłam brwi. Nie chciałam robić czegoś pod Connora, z drugiej strony, skoro mieszkańcy tutaj używali głównie takiego bezwonnego, to może i ja powinnam? Przecież chciałam się dopasować, prawda? Ale gdy Vivi przedstawiła to w ten sposób, wyglądałoby to tak, jakbym brała to pod mężczyznę. Z drugiej strony jak mieszkańcy mieliby niby poczuć ode mnie aromat żelu, skoro był delikatny. By go poczuć, musieliby wąchać moją skórę. Dziwne. Wyciągnęłam rękę po pierwszy lepszy i otworzyłam buteleczkę. Lekko powąchałam, ale jedynie skrzywiłam się od słodyczy aromatu i szybko odstawiłam. – Dobrze, to już wiemy, że nie lubisz tych słodkich jak guma balonowa. Spróbuj może ten? – podała mi kolejną buteleczkę. Ten miał ładny aromat, ale czy chciałabym pachnieć ulubionym napojem?

– Podoba mi się, ale…

– Dobrze, spróbuj ten? – zabrała mi tamten kawowy, podając białą buteleczką ze zdjęciem polany w fioletowych kwiatach. Spodobał mi się bardzo. Wydawał mi się uspokajający. Zamknęłam oczy. Nie przypominał mi niczego, co dotąd czułam. – Lubisz lawendę. Dobrze, to wrzucę ci taki do koszyka.

– Ten bezwonny też poproszę. – dodałam cicho. Vivian uśmiechnęła się tylko w kąciku i spojrzała na moją kartkę. Nie mówiąc ani jednego słowa, skierowała się do kolejnej alejki. Poszłam za nią, przyglądając się opakowaniom na półkach. Jak poznam lepiej rozkład tego marketu, też będę tak szybko śmigać.

Spojrzałam na swój nowy nabytek na ręce. Piękny zegarek kupiony za parę groszy. W sumie to Vivi mnie namówiła, bym miała pojęcie o mijającym czasie. Tak to wyraziła. Przestrzegła także, że szybko robi się ciemno przy lesie i jeśli chcę zwiedzić dokładnie miasteczko, to powinnam rozłożyć sobie to wszystko na raty i zaczynać od poranków a kończyć tuż po obiedzie, by zdążyć wrócić do domu przed zmierzchem. Miała rację, nie pomyślałam o drodze powrotnej. Przecież Connor mówił, że tu jest bezpiecznie, zatem czego miałabym się bać?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s