F I R E 1.2.

FireObudziłam się z krzykiem na ustach. Mogłabym przysiąc, że wciąż czuję ten słodki odór spalonych ciał. Znów ten sam sen. Karzę ludzi odpowiedzialnych za jakieś niewyobrażalne zło. Nigdy jednak nie wiem, co się stało, kim są, ani czy to faktycznie ja jestem, czy to moja chora wyobraźnia podsuwa mi ciągle te same obrazy. Różni ludzie. Każdy prosi na swój sposób. Niezmiennie jest jednak tamten budynek, ruina dawnej rezydencji, której ściany widziały nie jedno już zło. I zawsze jest taki sam koniec – ostatnie ciało płonie, a ja się wybudzam z mojego sennego koszmaru.

Przetarłam oczy. Musiałam się otrząsnąć. Oto wstał nowy dzień, nowy początek i dla mnie nowe możliwości.

Spojrzałam na zegarek w telefonie, choć tak naprawdę doskonale zdawałam sobie sprawę, co ujrzę za chwilę – minęły zaledwie cztery godziny mojego snu. Zbyt mało, by czuć się wypoczętą, ale nie chciałam już więcej zasypiać. Za bardzo się bałam, że znów trafię na tamten dziedziniec, albo do któregoś z pomieszczeń rezydencji. Byłam ciekawa, dlaczego to miejsce wybrała sobie moja podświadomość. Nigdy nie widziałam takiego miejsca. Wychowana w małym miasteczku, otoczona zwykłymi domkami jednorodzinnymi oraz przyczepami dla tych biedniejszych. Jedynym budynkiem ceglanym był ratusz, w którym mieściła się również komenda policji. Był też mały szpital z przychodnią, jednak i go zbudowano z betonu. Żadnych starych kamiennych rezydencji, zamków. Nie w naszej okolicy. W licznych miastach, przez które przejechałam na przełomie wielu lat, także nie widziałam podobnych zabudowań. Z pewnością bym zapamiętała. A jednak wciąż go widziałam. Nigdy cały. Zawsze jakiś skrawek, teraz już zniszczony. Musiał niegdyś wyglądać przepięknie. Może odbywały się tam jakieś bale, na które zjeżdżały niewiasty w swych karocach. Uśmiechnęłam się na myśl o sobie w takiej balowej sukni z gorsetami, rękawiczkami, być może zakrytą twarzą jakąś maską, a wszystko w odcieniu czerwieni.

Przetarłam dłońmi twarz. Musiał być jakiś powód, dla którego te sny tak bardzo nasiliły się ostatnimi czasy. Coś przyciągnęło mnie do tego miejsca. Krążyłam po kraju, ale wewnętrznie czułam, że to właśnie tu powinnam być. Miałam poznać prawdę o swoim pochodzeniu, dowiedzieć się, co takiego jest ze mną nie tak i dlaczego. Ale przede wszystkim zemścić się za tragedię sprzed lat. Byłam tu już trzy miesiące i nie osiągnęłam niczego. Byłam zmęczona conocną walką z koszmarami i dniem wypełnionym klientami w knajpie. Nie chciałam wracać do swojego miejsca pracy. Nienawidziłam go całym swoim sercem. Śmierdziało smażonymi potrawami. A kelnerki powtarzały cały czas, jak to tylko tymczasowo pracują w tym barze, bo tak naprawdę przyjechały tu zrobić karierę. Jednak pracowały już w tym jednym miejscu parę miesięcy, niektóre nawet ponad rok, i wciąż niczego nie osiągnęły poza bolącymi stopami i licznymi propozycjami od podejrzanych typów. Zadziwiające, ile one miały w sobie nadziei na lepsze jutro. Nie rozumiały mojego podejścia do życia. Przyjechałam tu poznać prawdę, ale nie patrzyłam na kolejny dzień z nadzieją na zmianę. Dla mnie każdy dzień był początkiem walki. O co? Sama nie wiem. Chyba po prostu o spokój. Wiedziałam, że muszę być w tym miejscu – w tym mieście. Za każdym razem, gdy zamykałam oczy w podróży i na oślep szukałam kolejnego przystanku dla siebie, zawsze trafiałam właśnie w to jedno miejsce na mapie, zawsze to samo miasto. Jak gdyby było moim przeznaczeniem od samego początku.

Odrzuciłam kołdrę i poczułam chłód poranka. Nie znosiłam tego mieszkania, ale na lepsze nie było mnie stać. Rozciągnęłam swoje spięte ciało i podeszłam do kuchennej szafki, na której ustawiłam ekspres do kawy. Wiedziałam, że zjem w barze, więc nawet nie zaglądałam do pustej lodówki z nadzieją, że jakimś cudem objawi mi się cokolwiek na śniadanie. Rozejrzałam się po moim małym, wynajmowanym, mieszkanku. Łóżko we wnęce tuż przy oknie było jedyną wygodną rzeczą w tym miejscu. Resztę stanowił mały, okrągły i nieco chwiejny stolik pomiędzy aneksem kuchennym a resztą pokoju, przy którym ustawiłam trzy krzesła. Nie wiem czemu, skoro i tak nie spodziewam się gości przecież. Nie w tej ruderze. Nad blatem wisiała stara lampa, której abażur pewnie kiedyś miał frędzle, teraz równo ucięte – było to jedyne światło w tym pomieszczeniu. Stara kuchenka gazowa, którą nawet bałam się uruchomić ze względu na jakość tego mieszkania, mogłoby się to źle skończyć. Nie chciałam powtórki z lat młodości – wybuchów i pożarów miałam wystarczająco już na całe swoje życie. Nalałam sobie czarnego nałogu do wyszczerbionego kubka i usiadłam z nim w jedynym, wygodnym i dobrze wyglądającym meblu w tym mieszkaniu – ogromnym fotelu z oliwkowej miękkiej tkaniny. Któregoś wieczoru widziałam, jak mężczyzna pakował meble do ciężarówki mówiąc, że wywozi je na śmieci, bo kto chciałby takie stare rzeczy. Towarzyszący mu mężczyzna tylko spojrzał na mnie z uśmiechem. Chwilę potem targałam fotel do tego wynajętego mieszkania. Chciałam także lampę z pięknym abażurem na długiej nodze, ale nim zdążyłam się po nią cofnąć, ktoś już zdążył ją zabrać. W efekcie mężczyzna miał do wywiezienia jedynie stare biurko i jakieś kartony – resztę zabrali mieszkańcy mojego bloku. Część pewno poszła do mieszkań, ale wiem doskonale, że ta śliczna drewniana komoda, zostanie połamana i będzie opałem dla rodziny z kamienicy obok. Oni najwięcej drewnianych rzeczy zabierali z samochodu.

Tego dnia musiałam zbierać się do pracy, ale nie chciałam tam wracać. Obleśni, głośni mężczyźni klepiący po pupie każdą kelnerkę, dający napiwki prosto w dekolt, albo wysuwający jednoznaczne propozycje. Trzeba jednak było jakoś zarobić. Odpiłam kolejny łyk zastanawiając się nad moim snem. Miałam je coraz częściej. Kiedyś były rzadkością. Początkowo śnił mi się jedynie tragiczny wypadek z młodości, moje wspomnienia. Z biegiem czasu zmieniło się to w dziwne obrazy – przeplatanie wspomnień z dziwnymi ognistymi obrazami. Zawsze bowiem widziałam posturę mężczyzny, który stał po drugiej stronie naszego pięknego, małego domku. Przygląda się uważnie całemu wydarzeniu, a ja czułam, że miał z tym wiele wspólnego. Czy to on podpalił nasz dom? On spowodował wybuch? Wewnętrzny głos powtarzał mi, że on jest odpowiedzialny i to ja powinnam go znaleźć. Z biegiem czasu stało się jeszcze dziwniej. Za każdym razem, gdy w szpitalu patrzyłam na mapę, widziałam to miejsce. Kiedy na oślep wytyczałam sobie drogę, gdzie wyjechać i zacząć nowe życie – palec wskazywał to samo miejsce. Wiedziałam już, że muszę tu przyjechać, bo tu znajdę rozwiązanie zagadki sprzed lat.

Poczułam wiatr. Rozwiał moje włosy i przyprawił mnie o dreszcz. Nie był tym z przeciągów, zimnem. Dziwne uczucie, które zawsze temu towarzyszyło – ciepło i jakiś rozpoznany mi zapach. Spojrzałam na drzwi, teraz zamknięte na cztery zamki. W szczelinie pod nimi leżało coś czarnego. Znów. Nawet nie musiałam się zastanawiać, co to takiego. Podeszłam i delikatnie ujęłam w dłoń. Poczułam aromat – czułam intensywny zapach piżmowy, męski oraz zapach pożaru. Dziś jest rocznica tragedii sprzed lat. A ja trzymam w dłoni wielkie pióro, niczym z anielskiego skrzydła. Kolejne czarne, osmalone, jakby wyciągnięte z jakiegoś pożaru. Następne pióro do kolekcji.

Czarne pióro do prawdy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s