Mroczni. Nadia–Rozdział 2.2.

Dzięki Gigi, ubrałam się w bardzo miękki sweterek odkrywający moje ramiona, w kremowym kolorze. A do tego pomogła mi dobrać czarne, dopasowane spodnie. Było mi wygodnie, choć wyglądałam naprawdę elegancko. Nie pamiętam, bym kiedyś miała tak pachnące i miękkie ubrania. Co chwila dotykałam swoich przedramion. Uwielbiałam czuć ten materiał pod palcami. Widziałam także iskierki rozbawienia w oczach Gigi.  Czasem czułam się tak nie na miejscu, jak gdybym była małym dzieckiem. Z drugiej strony opiekunka powtarzała mi, jakie to dla niej odświeżające zajmować się kimś, kto potrafi się cieszyć z najmniejszych rzeczy. Nie mogłam nic na to poradzić. Na tak wiele lat odebrano mi wszystko, co posiadałam, tę odrobinę, którą udało mi się posiadać i uchować przed matką. Przez długi czas, nie miałam nic. Nawet imienia. Byłam kolejnym ciałem w celi. Nie miałam jednak źle, w porównaniu do reszty towarzystwa. Strażnicy mnie nie gwałcili, jak kobietę naprzeciwko.

Pamiętam jej krzyki i błaganie, gdy pierwszy raz do niej przyszli. Z biegiem czasu tych krzyków było coraz mniej. Aż w końcu nie słychać było już nic, poza radością strażników, gdy wychodzili. Widziałam przelotem ją, gdy wychodził od niej medyk. To było przerażające zobaczyć tak puste spojrzenie, jak gdyby jej ciało było jedynie skorupą, ale tej kobiety już tam nie było. Gdziekolwiek się przeniosła, miałam nadzieję, że stała się szczęśliwa. Powiła dwójkę dzieci. Natychmiast jej odbierano płaczące maleństwa. Czasem przychodziła kobieta, jedna z żon strażników, by się nią opiekować, bo ponoć kobieta po porodzie potrzebuje odpowiedniej opieki. Po drugim porodzie już nikt nie przychodził do niej. Przestano ją odwiedzać. A ja nigdy już jej nie zobaczyłam. Pytałam początkowo o nią Connora, ale kiwał jedynie głową przecząco. Bałam się poznać prawdę – czy jej nie znaleźli, czy może nie przeżyła.

            Zeszłam na dół, chcąc pomóc mojej opiekunce w szykowaniu do uroczystego przyjęcia gości. Mogła mi wpierać, że to nic takiego, ale musiało być znaczące, skoro tak elegancko nas ubrała. Położyła na stole w jadalni świeży, biały obrus, a na nim ułożyła bordowe materiałowe podkładki zakończone koronką. Na nim ułożyła zastawę, której nigdy dotąd nie wyciągała. Śnieżnobiałe talerze, kryształowe kieliszki i prawdziwe srebrne sztućce. Nie mogłam się opanować i gładziłam wszystko palcami. Moja matka dałabym wszystko, by ktoś dla niej tak przygotował posiłek. Oczywiście potem przypadkiem w jej torebce znalazłyby się te wszystkie piękne sztućce, a i wina by sobie nie żałowała. Dlaczego wciąż wspominam matkę?

– Jesteś gotowa, kochanie? – spojrzałam na wchodzącą do jadalni Gigi. Ubrana w dopasowaną bordową sukienkę z lekko rozkloszowanym dołem, podkreślające wszystkie jej atuty. Ciemno rude włosy upięła wysoko, odsłaniając elegancką, długą szyję. Prawie nie nosiła biżuterii, choć wiem, że jej miała sporo. Nie potrzebowała jednak dodatków, bowiem świeciła bez nich. Teraz jedynie nosiła malutkie kolczyki i pierścionek.

– Wyglądasz tak pięknie. – wyszeptałam. Nie mogłam się nadziwić, że nie tylko była to śliczna kobieta w starszym wieku, ale także była tak ciepła. Niemal jak matka, a nie opiekunka. Uśmiechnęła się do mnie miło, jak zwykle to robiła na moje komplementy. A tych dość dużo dostawała ode mnie.

– Pamiętaj, masz czuć się swobodnie. Nikt do niczego cię nie będzie zmuszał. I nie bój się. Mogą wyglądać groźnie… czasami, ale mają bardzo dobre, duże serca. Będę obok, gdybyś mnie jednak potrzebowała. – skinęłam głową. Skąd ona wiedziała, że obawiałam się tego spotkania? Może faktycznie dotyczyło to mojej przymusowej wyprowadzki i teraz była dla mnie miła, ale tak naprawdę czekała jedynie, aż się wyprowadzę? Nie chciałam opuszczać tego domu. Było mi tu tak dobrze.

            Serce mało co nie wyskoczyło mi z klatki na dźwięk pukania do drzwi. Gigi spojrzała na mnie z uśmiechem i tymi iskrami w oczach. Ona naprawdę cieszyła się na tę wizytę. Stałam w kuchni, trzymając się mocno blatu kuchennego. Słyszałam głosy z korytarza, a moje ciało zaczynało coraz bardziej drżeć. Obiecałam sobie przecież, że nigdy już nie będę się bała. Starałam się trzymać głowę wysoko, a ciało wyprostowane, dumne. Ale głęboko w środku jedyne, na co miałam ochotę, to zwinąć się w niewidzialną kulkę i pozostać gdzieś w kącie, przeczekawszy całą wizytę. Poczułam zawirowanie powietrza i dobrze już mi znany zapach męskiego ciała wymieszany z delikatną wonią wody po goleniu. Bardzo subtelnie i męsko. Ten zapach zaczynał kojarzyć mi się z bezpieczeństwem. Mądrze jednak zrobił, że nie podszedł bliżej. Jak gdyby wyczuwając mój nastrój.

– Cześć. – jego głos był wciąż lekko chropowaty, męski i sprawiał, że przez moje ciało ogrzewało się od środka. Nie odwróciłam się jednak. Patrzyłam przed siebie, wprost przez okno wychodzące na mały ogród. Co powinnam powiedzieć? A może coś zrobić? Nie uczono mnie nigdy, jak w takich chwilach winnam się zachowywać, co mówić, co robić. Connor podszedł bliżej. Oparł się o szafkę niedaleko mnie. Czułam doskonale, jak oglądał mnie, oceniał. – Ślicznie wyglądasz.

– Gigi… – wychrypiałam. Odchrząknęłam. – Gigi mnie ubrała. – odpowiedziałam wciąż cicho, choć już mniej drżąco.

– Co nie zmienia faktu, że ślicznie w tym wyglądasz. – odrobinę zbliżył się do mnie, sprawdzając moją reakcję. Po chwili poczułam jego ciepłe, duże dłonie na moich mocno ściśniętych. Uspokajał mnie. – Jak chcesz, możemy się najpierw przejść, a potem wrócić na kolację. Albo…. Zjemy gdzie indziej, co pewnie zdenerwuje Gigi.

– Nie, nie chce jej denerwować. Jest dla mnie dobra. – taka przecież była prawda.

– Potrzebujesz jeszcze chwili? – nabrałam jednak powietrza, patrząc uważnie na nasze dłonie. Teraz trzymał je w swoich i powoli rozcierał, by krążenie znów do nich wróciło. Przekrzywiłam głowę na ten obraz. Kiedy ostatni raz dotykał mnie w ten sposób mężczyzna nie chcąc niczego więcej? A może Connor chciał, a ja nie odczytywałam jego znaków?

– Czy przyszliście tutaj, by mnie wyrzucić? – jego ręce przestały masować moje. Czułam jak jego ciało się napięło.

– Spójrz na mnie. – wywarczał, a ja jedynie zadrżałam pod tym surowym tonem. Rzadko tak się do mnie odnosił. Tak naprawdę to prawie nigdy. Spojrzałam prosto w jego jasne oczy, teraz ciskające we mnie gromy. Próbowałam się cofnąć, ale trzymał mnie za dłonie mocno, bym nie mogła mu uciec. – Skąd ci to przyszło do głowy? Nadia, kto ci takich głupot naopowiadał?

– Słyszałam, jak mówiliście o mojej przeprowadzce, a teraz ta kolacja. Rozumiem, że nie jestem już tu mile widziana.

– Czy kiedykolwiek Gigi dała ci do zrozumienia, że jej przeszkadzasz? – pokiwałam przecząco głową, bo moja opiekunka była zawsze dla mnie taka cierpliwa, ciepła i miła. Jak gdyby chciała mi wynagrodzić wszystko, co przeżyłam wcześniej. – Gdyby od niej to zależało, zatrzymałaby cię tu na zawsze.

– Więc dlaczego chcecie, bym się wyprowadziła?

– Według Gigi stanęłaś już delikatnie na nogi. Pomyślałem, że chciałabyś spróbować odrobiny samodzielności. – uśmiechnął się do mnie lekko, a ja mu wierzyłam we wszystko, co mówił. Uratował mnie przecież. Dał mi dom i Gigi, a teraz chce dać mi jeszcze więcej. Uśmiechnęłam się doń nieśmiało. Widziałam, jak się rozluźnił. – Chcieliśmy omówić to przy kolacji, albo po niej, ale równie dobrze mogę ci to wytłumaczyć teraz. Mam domek, który stoi pusty. Mogłabyś go zająć.

– Miałabym mieszkać sama? A ty?

– Ja mam swoje mieszkanie. Domek jest tuż przy lesie. Spokojna okolica. Dużo przestrzeni. Ale niedaleko mieszkają inni, więc nie czułabyś się tam zupełnie sama. Możesz spróbować. A jak źle się będziesz tam czuła, zawsze możesz wrócić tutaj.

– Nie chcecie mnie wyrzucić, a chcecie dać mi dom? – i zanim mógł odpowiedzieć, spontanicznie rzuciłam się mu na szyję. Napiął mięśnie, gdy moje ciało wtuliło się w jego, a ramiona oplotły jego kark. Położyłam głowę tuż przy jego twarzy. Szeptałam co chwila podziękowania wprost do jego ucha. Dopiero po dobrej chwili poczułam niezgrabnie jego ręce na swojej talii. Objął mnie i mocniej ścisnął.

            Tak zastała nas Gigi. Uśmiechnęła się tylko do nas, chwyciła półmisek i wróciła do stołu. Poczułam, jak moje policzki zalewa ogromny rumieniec. Przecież ona mogła sobie pomyśleć nie wiadomo co. Puściłam Connora i natychmiast się odsunęłam. Wyciągnął jedynie dłoń, złapał mocniej moją i poprowadził do jadalni, gdzie czekał na nas kolejny gość, którego miałam poznać.

– Jack, najwyższy czas poznać Nadię. – uśmiechnął się szeroko, a ja poczułam jeszcze większe gorąco na policzkach. Czy on też nas widział w kuchni? – Nadio, to jest Jack, przywódca tego miasta. – zmarszczyłam brwi. Oni siebie tutaj dziwnie tytułowali. Nie raz słyszałam, jak o Connorze mówiono „pierwszy”. Podniosłam wzrok i spojrzałam na starszego mężczyznę tuż przede mną. Ubrany był w eleganckie ciemnie spodnie i ciemną koszulę. Włosy miał bardzo krótko przycięte, kojarzył mi się z żołnierzem, wraz z męskimi rysami twarzy i prostym nosem. Ale to te duże niebiańskie oczy sprawiały, że nie mogłam oderwać od niego spojrzenia. Teraz wydawały się bić ciepłem, ale wiedziałam, że potrafił się zmienić w bezwzględnego człowieka. Czułam jego siłę i pragnęłam się cofnąć, albo stanąć za Connorem. To wyglądało tak, jak gdyby wokół mężczyzny była jakaś otoczka silnego prądu, który szczypał mnie niewidzialnymi igłami w skórę, gdy tylko się zbliżał. Pachniał piżmem, mocnym zapachem lasu. Nie wiem, jak pachnie siła, ale z pewnością ten zapach kojarzył mi się z czymś mocnym, niezawodnym, a kiedy trzeba – okrutnym.

– Miło mi pana poznać. – wyciągnęłam delikatnie dłoń na przywitanie, tak jak chyba się powinno robić.

– Mów mi Jack, skarbie. Tu wszyscy zwracamy się do siebie imiennie. – uścisnął mi dłoń, niezbyt lekko, ale i tak chciałam odejść od niego. Przytłaczał mnie sobą. Na szczęście Gigi nas uratowała, stawiając kolejny półmisek na stole, zapraszając tym samym do zasiadania. Teraz sobie przypomniałam, że miałam jej pomóc przy kolacji, a zajęłam się rozmowami, które równie dobrze mogliśmy faktycznie odbyć później. Ale dzięki temu, że już wiedziałam, co mnie czeka, znacznie się uspokoiłam.

            Nie wiedziałam, jak mam do końca się zachować. Usiadłam na wskazanym krześle, tuż obok Gigi. Naprzeciwko mnie siedział Connor, a na ukos ode mnie Jack. Wszyscy sobie nałożyli jedzenia. Mężczyźni uzupełnili kieliszki winem. Rozmawiali swobodnie o problemach miasteczka, o nowych inwestycjach, naprawach, a przede wszystkim o ludziach z tutejszej społeczności. Mogłam się jedynie przysłuchiwać i zapamiętywać szczegóły, dopasowywać imię do danego sklepu, wydarzenia, pozycji, o której wspomniano przy stole. Jednak nie uczestniczyłam w rozmowach, bo niby co miałam mówić? Moje życie dotyczyło tylko domku Gigi i obowiązków tutaj pełniących. Nie znałam nikogo innego. Nigdy nie wyszłam też na zewnątrz do sklepu czy na dłuższy spacer, choć opiekunka wielokrotnie mnie do tego namawiała. Jedynie wychodziłam na tył domu, gdzie dotykałam świeżej trawy, wąchałam kwiaty i cieszyłam się każdą chwilą na świeżym powietrzu. To była dla mnie prawdziwa wolność. Mogłam wejść i wyjść kiedy tylko chciałam. Gigi nigdy nie zamykała żadnych drzwi na klucz. Dawała mi wybór, czy chciałam je sama zamykać, czy mieć cały czas otwarte. To niby tylko drobny szczegół, ale dla mnie miał znaczenie. Nauczyłam się tutaj dokonywać wyborów i czuć się naprawdę bezpiecznie wśród innych. Ufałam, że Gigi nie poznałaby mnie z kimś, kto mógłby mnie skrzywdzić.

– Jutro możemy pojechać do domku Connora, byś go obejrzała. Nie musisz się wprowadzać, tylko na niego zerknąć. – podniosłam wzrok. Wszyscy patrzyli na mnie uważnie. Poczułam dłoń Gigi na mojej. – Jeśli chcesz oczywiście.

– A pojedziesz ze mną?

– Oczywiście, kochanie. Muszę sprawdzić, czy ci mężczyźni pamiętali o tym, że ma tam zamieszkać kobieta, a nie zostawili ci spartańskie warunki. Zobaczymy, jak ten domek wygląda, czy wszystko tam jest, czego mogłabyś potrzebować. Potem możemy zrobić zakupy. Sama możesz wybrać, co będziesz tam jeszcze chciała.

– To brzmi jak sen… – wyszeptałam, próbując pohamować łzy przed wypłynięciem. To naprawdę było niczym sen. Nie mogłam uwierzyć, że dano mi szansę naprawdę zacząć wszystko od nowa. Moje własne życie.

* * *

Ta noc była dla mnie jedna z najgorszych, bowiem oczy piekły ze zmęczenia, ale roznosiła mnie w tym samym czasie niesamowita energia. Chciałam, by te „jutro” nadeszło jak najszybciej. Nie chciałam opuszczać Gigi, ale mogłam mieć swój własny dom. Mieszkać sama. Być w pełni wolna. A potem na spokojnie iść do pracy i stanąć w pełni na swych nogach. Pierwszy raz móc samej za siebie decydować i posiadać wszystko to, co mogłam sama sobie kupić. Ludzie nie doceniali drobiazgów, przestali się nimi cieszyć. Nikt już nie docenia widoku słońca, przy którym się budzi. Możliwości zrobienia kawy i wypicia jej. Nawet ubrania się w to, co samemu się wybrało, już nie mówiąc nawet o posiadaniu takich rzeczy. Nie rozumiem, dlaczego przestano na to wszystko zwracać uwagę. Przecież prawdziwe szczęście, to te codzienne nasze szczegóły, których nie potrafimy docenić.

            A jutro, zobaczę jeszcze więcej wokół siebie i wszystko to przyniesie mi tylko radość. Tylko było trzeba jeszcze wytrzymać tę noc. I śniadanie. Przygotuję gofry, które nauczyła mnie Gigi. Gofry i kawa to idealny początek nowego dnia i nowego życia.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s