Okiełznana–Part I

Okiełznana.Drżącą ręką wyciągnęłam z torebki pęk kluczy. Próbowałam za wszelką cenę się uspokoić, ale nie potrafiłam zapanować nad własnymi nerwami. Czas mi się kończył, a ja nie wiedziałam, co się dziś stanie. W jakim humorze On wróci z pracy? Czego dziś będzie ode mnie oczekiwał? Miałam ogromną nadzieję, że przynajmniej w mieszkaniu wszystko było gotowe i nie będę zmuszona biec na zakupy. Wówczas z pewnością nie zdążę wszystkiego przygotować. Nie chciałam, by mnie znów ukarał. Zrobił to w poprzednim razem i na samą myśl o niemożności swobodnego siedzenia, przeszył mnie nieprzyjemny dreszcz. Nie mogłam znów go zawieść. Musiało wszystko być gotowe na czas jego powrotu. Nie mógł mnie przecież zawsze karać. Spojrzałam raz jeszcze na brelok wiszący przy kluczach. Pamiętam, jak mi je podarował z tą surową miną, ogłaszając jakie ma wymagania. Gdyby ktoś jeszcze parę miesięcy temu powiedział mi, w co takiego się wplączę, wyśmiałabym go. Kto o zdrowych zmysłach pakuje się w taki układ? Chyba nikt, poza mną.

Drzwi ustąpiły. Obcasy stukały głośno po kolejnych stopniach. Uśmiechnęłam się do mijających sąsiadek. Dobrze wyglądające starsze panie, przyjrzały mi się uważnie, po czym odwzajemniły uśmiechy. Grzeczność przede wszystkim, prawda? Jednakże wspinając się coraz wyżej, czułam ich wzrok na sobie. Następnie słyszałam szepty, o naszym układzie i jakże grzecznym, eleganckim sąsiedzie spod ósemki, do którego przychodziłam. Zastanawiały się, czy jesteśmy parą i kiedy się wprowadzę, kiedy będą oświadczyny. Pokręciłam głową z krzywym uśmiechem na twarzy. Boże, gdyby one wiedziały, co ten grzeczny i elegancki sąsiad, którego tak zachwalały, robił za zamkniętymi drzwiami, odprawiałyby pewnie egzorcyzmy pod drzwiami. To zadziwiające, jak ludzie oceniają jedynie po pozorach. Faktycznie Marcin potrafił być miły, gdy tego chciał. Widziałam, jak kiedyś pomógł z siatkami jednej z tych starszych pań. Zawsze elegancko ubrany, to fakt. Mówił grzeczne podziękowania i powitania, zatrzymywał się nawet na krótkie rozmowy z nimi. Przynajmniej do czasu, gdy nie zamknął drzwi i nie spojrzał na mnie.

Weszłam szybko do mieszkania. Nie było duże. Niegdyś trzy pokojowe mieszkanie z malutką kuchnią i dobrze usytuowanym balkonem, z którego rozpościerał się przepiękny widok na park i panoramę miasta w oddali. Uwielbiałam ten widok. Po remoncie jednak, znajdowały się tu jedynie dwa duże pokoje z kuchnią i jadalnią. Łukowe wejścia, ściany pomalowane w ciepłych barwach żółtego i pomarańczy sprawiały, że człowiek mógł się tu poczuć naprawdę dobrze. Wygodne meble i przestrzeń tylko dopełniały atmosferę tego mieszkania. Je także uwielbiałam. Wydawało się takie rodzinne, choć posiadał je wieczny kawaler. Co jakiś czas pozwalał mi przynosić i ustawiać swoje drobiazgi mówiąc, że to tylko po to, bym się tu lepiej poczuła. Oczywiście, jak na głupią kobietę przystało, dorabiałam sobie do tego filozofię o jego ukrytych uczuciach, czekając, aż przyzna się do wielkiej miłości. Gdzieś jednak wewnątrz siebie wiedziałam, że mogę nigdy się tego nie doczekać. Od samego początku przedstawił jasno, jak to może wyglądać. Dał mi przecież wybór – albo się zgodzę na jego warunki, albo kończymy kawę i nigdy więcej się nie spotkamy. Zgodziłam się, bo dla mojej zauroczonej duszy nie było innego wyjścia.

Na wprost drzwi znajdowała się ogromna szafa typu komandor, z rozsuwanymi drzwiami, na których przytwierdzono lustra. Mogłam przyjrzeć się swoim czerwonym policzkom, rozchylonym pełnym ustom z lekko startą różową pomadką, błękitnymi oczyma z drobną czarną kreską na powiekach i blond włosami sięgającymi lekko za łopatki, teraz rozwichrzonymi przez wiatr. Miałam na sobie wygodne, czarne spodnie, ulubione buty na obcasie z czerwoną podeszwą, białą bluzkę koszulową wyciągniętą ze spodni i męską kamizelkę podkreślającą moją figurę i obfity biust. Torba uginała się pod swym ciężarem. Musiałam popracować jutro nad konspektami, dlatego zabrałam z pracy całą dokumentację. Teraz moje ramię było całe obolałe od ich ciężkości.

Tego dnia, z samego rana, dostałam sms z informacją, co Marcin chce zjeść na obiad i o której godzinie kończy pracę. Obliczyłam czas dojazdu pomijając korki. Lepiej poczekać chwilę, niż się spóźnić. Marcin nie tolerował poślizgów, chyba że w nagłych przypadkach. A przecież nie było żadnych wypadków, wycieków gazu ani innych kataklizmów, które mogłyby pomóc mi uniknąć kary. Udałam się na lewo, do najbliższego pokoju, gdzie na komodzie z sosnowego drewna, ułożyłam ciężką torbę. Następnie, szybkim krokiem, udałam się do kuchni. Otworzyłam lodówkę z ulgą witając wszystkie produkty gotowe do zrobienia obiadu. Nie musiałam zatem tracić czasu na zakupy. Zsunęłam ze stóp buty, rozpięłam kamizelkę i koszulę. Lubiłam czuć się swobodnie w kuchni i najchętniej gotowałabym nago. Zerknęłam szybko na zegarek wiszący na ścianie w jadalni. Miałam czas. Z uśmiechem na twarzy, zaczęłam przygotowywać obiad dla Marcina, zgodnie z jego instrukcjami.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s