Sweet Dream

Sweet-DreamsUsiadłam po środku sypialni. Po prostu sama nie wierzyłam, że faktycznie to robię. Co mi jednak pozostało? Przecież nic nie ryzykuję. I z pewnością nikomu, poza Basią, się do tego nie przyznam. Zresztą, kto by mi uwierzył, że faktycznie robię taką głupotę? Z pewnością by mnie wyśmiano. Podniosłam na wpół wypitą już butelkę czerwonego wina.

– Jesteś tego pewna? – zapytałam po raz tysięczny moją najbliższą przyjaciółkę i współlokatorkę. Basia pokiwała tylko głową z rezygnacją. Za pierwszym razem odpowiadała, że tak, jest w zupełności pewna. Będzie dobra zabawa. Za drugim także odpowiedziała. Za dziesiątym tylko burczała. Ale im więcej razy zadawałam jej to samo pytanie, tym widziałam w niej coraz mniejsze pokłady cierpliwości. Może dlatego dała mi tą butelkę wina i zero kieliszków? – Pamiętaj, że wszystko jest twoją winą. – odburknęłam do niej. I taka jest prawda. Wszystko zaczęło się od głupiej wycieczki jednodniowej nad morze.

Krótka wycieczka. Jeden, cudownie spędzony dzień. Słońce ogrzewało, ale nie paliło. Co jest ważne, przy mojej jasnej karnacji i delikatnej skórze usłanej piegami. Piłyśmy kawę na plaży. Odreagowałyśmy. Naładowałyśmy baterie. A wracając już na parking po samochód, natknęłyśmy się na dziwny sklep. Ja nie zwróciłam na niego uwagi, ale Basia nagle się zatrzymała. Przyjrzałam się uważniej jej znalezisku. Na witrynie namalowano dziwne znaki. W lewym dolnym rogu znajdował się jedynie księżyc połączony ze słońcem. Dziwne. Szyld głosił, że to sfera ezoteryczna. Wyśmiałam przyjaciółkę. Przecież to dobre dla nastolatek wierzących w tarota, wróżby i horoskopy czytane we wszystkich magazynach. Ale Basia bardzo chciała tam zajść. Powtrzymać ją, gdy coś postanowi, graniczy wręcz z cudem.

Od wejścia uderzył w nas intensywny, ale nie duszący, zapach świec i jakiegoś kadzidła. Niestety owa mieszanka podrażniła nieco mój nos. Zaczęłam kaszleć, czym zaskarbiłam sobie groźne spojrzenia klientów. Rozejrzałam się po wystawie. Kamienie z wyrytymi znakami i związkami kreseczek. Pewnie dla kogoś ma to jakieś znaczenie. Do mnie jednak nie przemawiały. Trochę też stało ładnie ułożonych książek. Figurki. Świece. Kadzidła. Olejki. Biżuteria. Spojrzałam na malutkie tabliczki z cenami. Aż mnie cofnęło. Przecież takie same kamyki i biżuterię znajdę za grosze na allegro, albo w chińskich marketach.

– W czymś może pomóc? – oderwałam się od witryny, by spojrzeć na ekspedientkę. Niesamowicie urodziwą. Rude włosy z czerwonymi refleksami opadały luźno na plecy. Niespotykany odcień szmaragdowej zieleni oczu, zmieniający się pod spojrzeniem, mieniący się, obserwował nas czujnie. Pewnie to ta nowa generacja soczewek. Nigdy jednak nie widziałam takiego wewnętrznego blasku, jaki bił od tej kobiety. Twarz w kształcie serca z mocniej uwydatnionymi policzkami. Drobny nosek, minimalnie zadarty, upstrzony delikatnymi piegami. I te usta. Pełne. Rzeźbione. Zbyt idealna. Była po prostu przepiękna. Wręcz nienaturalna. I choć uśmiechała się do nas ciepło, ja miałam ochotę cofnąć się, a najlepiej opuścić to miejsce. Coś było nie tak. Czułam to całą sobą. Kobieta przyjrzała mi się uważniej. Czyżby mogła wyczuć moją niechęć? Baśka natomiast stała wpatrzona w ekspedientkę niczym w obraz.

– Dziękujemy. Już wychodzimy. – szarpnęłam przyjaciółkę za rękę, ale ona stała w miejscu, niczym posąg. Spojrzałam na nią uważniej. Chrząknęłam. Ale ona tylko patrzyła na rudą piękność.

– Barbaro, może zajrzysz za kotarę? Będzie z pewnością coś dla ciebie. – a moja przyjaciółka po prostu się uśmiechnęła i odeszła. Co tu się, do cholery, dzieje? I kiedy zdążyła poznać nasze imiona? Nie przypominam sobie, byśmy je podawały. Może jedynie słyszała, gdy mówiłyśmy między sobą? Przysłuchiwała się nam? Dziwne. Nim jednak mogła cokolwiek zrobić, ekspedientka delikatnie ujęła mój nadgarstek. Przeszył mnie dreszcz. Coś zimnego delikatnie owinęło się wokół mojej ręki. Spojrzałam w dół. Kobieta przyczepiła mi bransoletkę łańcuszkową z jakąś blaszką. Przyjrzałam się jej. Lśniła w tym świetle delikatnie. Wybito na niej taki sam wzór, jak na witrynie. – Noś to przy sobie cały czas. Dla ochrony.

– Dziękuję. – wyrwałam szybko moją dłoń z jej szczupłych palców. – Baśka! – krzyknęłam na cały sklep, ku ogromnemu niezadowoleniu innych klientów. Moja towarzyszka praktycznie przybiegła do nas, niosąc czerwoną, małą książeczkę. Zauważyłam wypalony na skórzanej oprawie podobny znak do tego, który teraz kołysał się na moim nadgarstku. I w dodatku okazało się, że kosztowała grosze. Nie zastanawiałam się zbytnio nad tym wtedy. Chciałam jak najszybciej opuścić to dziwne miejsce.

 


Siedziałam więc, po turecku, w swojej sypialni. Z tą samą książką przed sobą. Basia stwierdziła, że muszę to zrobić. I to najlepiej dziś. Dzięki temu spełnię swoje jedno życzenie. Dlaczego tylko jedno? Nie, nie jestem zachłanna. Ale skoro już takie cuda mogą się zdarzyć, to czemu nie czerpać z nich całymi garściami?

Dopiłam wino. Szybko mi poszło. Czułam już szumienie. A i chichot sam jakoś pojawił. Baśka tylko pokiwała z rezygnacją głową. Podała mi kredę i kazała malować wokół łóżka dokładnie to, co mam na kartce. Kreda była nasączona czymś pachnącym. Podobnym do tych kadzideł ze sklepu nad morzem. Zaczęłam malować koło wokół łóżka. Co jakiś czas na koło nakładały się malutkie koła z dziwnymi znakami. Basia wytłumaczyła mi, że to runy. Ale do czego, nie chciała już powiedzieć. Na każdym z tych znaków postawiła świecę. A następnie namalowała swoją kredą drugie koło, zamykające moje i te znaki ze świecami. Kiedy spojrzałam na to z góry, mój okrąg wyglądał raczej jak duże jajo. Najwyraźniej jednak nie przeszkadzało to dla dalszych rytuałów wymyślonych przez przyjaciółkę.

Skończony podwójny okrąg oświetlony był ciepłym światłem zapalonych świec. Lśnił. Barbara rzuciła mi atłasową haleczkę z koronkowym zakończeniem. Kupiłam ją kiedyś na specjalne okazje. Przyjaciółka uznała, że taka właśnie ma być dziś. Nie kłóciłam się z nią. Nie było sensu, skoro tak w to wierzy. Usiadłam ponownie na łóżku. Na tacy czekał na mnie kawałek papieru, ołówek i kolejna świeca. Miałam tu opisać, jak najdokładniej, swoje największe pragnienie. Przez chwilę patrzyłam w sam płomień świecy, próbując to wszystko ubrać w słowa. Przez jedną chwilę, krótką niczym mignięcie, słyszałam własny, wewnętrzny głos. Mówił, bym tego nie robiła. Ale czym niby mi to grozi? To taki sam rytuał, jak te za lat młodości opisywane w czasopismach dla młodzieży. Te same rytuały, jakie odbywają się w andrzejki. Skoncentrowałam się więc nad tym moim marzeniem. Starałam się spisać jak najdokładniej, czego oczekuję. Przecież i tak nikt się nie dowie, co tu zapisałam. Opisałam zatem mężczyznę. Męskiego, ale nie takiego sztucznie umięśnionego z siłowni lalusia. Takiego prawdziwego mężczyznę. Z drugiej strony, jak już marzyć, to na całego. Wpisałam, że nie pogniewam się za Brada Pitta z lat młodości, albo jeszcze lepiej Marka Dacascos. Dwukrotnie podkreśliłam, prawie robiąc dziurę w kartce, pragnienie, by nareszcie poczuć, co to znaczy prawdziwa przyjemność z mężczyznom, o której tyle czytałam w książkach. Przypomniałam sobie ostatniego kochanka – jego dorodnego penisa, który wkręcał się we mnie przez chwilę, w tą i we w tą, nim mężczyzna chrząknięciem i sapaniem zakończył. Po czym właściciel owego bożydara, jak zgodnie nazwałyśmy go z Basią, pocałował mnie i zasnął, pochrapując wcale nie cicho. Na samo to wspomnienie, poczułam nieprzyjemne szczypanie i niechęć do dalszego spółkowania z tym gatunkiem.

Prześledziłam raz jeszcze całe moje marzenie. Uśmiechnęłam się na tę niemożliwość. Przecież żaden realny człowiek nie mógłby spełnić tego w stu procentach. Chwyciłam książkę. Odwróciłam na stronę z regułką. Ucieszyłam się, że ktoś dopisał prawidłową wymowę. Zaczęłam recytować:

Prince nan echèk ak sèks nan

, Wa peyi manti ak tout bagay entèdi

Satisfè jodi a ki sa mwen vle pi

Lè solèy la ap vini

Nanm lan pral fè pati sèlman nan ou

Apre yon letènite[1]

Uśmiechnęłam się do Basi. Nawet ładnie brzmiało. Obym właśnie nie nazwała siebie kompletną idiotką. A może to tylko jakiś zlepek słówek różnych języków, całkowicie nie mających żadnego znaczenia? Podsunęłam kartkę pod płomień świecy. Pozwoliłam się jej spalić, wciąż myśląc o tym pragnieniu. Gdzieś we mnie iskrzyła nadzieja, że może jednak od jutra coś się w moim życiu zmieni. Nigdy już nic nie będzie wyglądało tak samo.

Zdmuchnęłam świecę. Odstawiłam ją na stolik przy łóżku. Baśka życzyła mi słodkich snów. Trochę obawiałam się zasypiać przy zapalonych świecach na podłodze. Ale były na szczęście dość daleko od łóżka i innych mebli. Nie powinno nic się stać. Poza tym zdrzemnę się chwilę tylko, a potem zgaszę je i przeczekam do rana, bym mogła pośmiać się wraz z przyjaciółką. Przypomniało mi się, co babcia zawsze powtarzała: „Uważaj dziecko, czego sobie życzysz”.

 


Obudził mnie chłodniejszy powiew wiatru. Otworzyłam oczy. Czerwone cyferki wskazywały równo trzecią nad ranem. Godzina diabła i wszystkiego, co przeklęte. Tak przynajmniej kiedyś mawiała moja babcia. Usiadłam na łóżku. W sypialni panowały ciemności. Świece zgasły. Tliły się tylko świeżo zgaszone knoty. Znów poczułam wiatr. Zimny. Choć nie mroził skóry. A przecież okna miałam zamknięte.

Nagle świece rozbłysły. Przed łóżkiem stał mężczyzna. W samych satynowych spodniach, nisko opuszczonych. Opalone ciało. Zaznaczone lekko mięśnie. Raczej pracą, nie siłownią. Powoli oczy kierowałam w górę. Świece delikatnie rozbłysły same w ciemności. Nie zwróciłam na to szczególnej uwagi. Za bardzo wpatrzona byłam w męskie rysy twarzy mężczyzny. W jego pełne usta stworzone do całowania. Męski, prosty nos. Ciemne oczy przypominające wręcz płynną czekoladę. Mocne, ciemne brwi. I czarne, kręcone włosy, przycięte krótko. Oblizałam wyschnięte usta. Uwielbiam takie sny.

– Nie wyglądasz, jak Mark Dacascos. – uniósł lekko jedną brew. Uśmiechnął się kącikiem, przez co poczułam przyjemny skurcz w podbrzuszu.

– A ty jak Julia Roberts. – wyszeptał, jak gdyby do siebie, po czym dodał nieco głośniej – Nawet u nas nie ma takich cudów, które opisałaś. – stwierdził ochrypłym głosem. Przypomniałam sobie, czego pragnęłam. Czułam, jak rumieniec sam się pojawił.

Zaczął wchodzić na łóżko. Powoli. Obserwując czujnie. Ale nie potrafiłam się ruszyć, nawet nie chciałam. Był przystojnym mężczyznom w moim śnie. I niby miałam z tego zrezygnować? Patrzyłam, jak każdy mięsień mu się porusza. Delikatnie opuszkiem przejechał po mojej nodze. Westchnęłam. Poruszał się do góry. Coraz bliżej.

Położyłam się. Delikatnie złapał mnie za dłonie i skierował je nad głową. Znikąd pojawiły się aksamitne wiązania na moich nadgarstkach. Unieruchomiły mnie. Uśmiechnął się do mnie. Jego usta dotknęły moich. Jeszcze nie pocałunek. Zaledwie muśnięcie. Mimo to wywołał u mnie przyjemny dreszcz. Oczekiwanie. Budzące się podniecenie. Chciałam go objąć, ale przywiązane ręce mi to uniemożliwiały. Jego usta zsunęły się na policzki.

– Czuj.- wyszeptał mi prosto do ucha, nim podgryzł sam płatek. Lekko zassał. Uniosłam biodra. Mogłabym przysiąc, że uśmiechnął się. Ale wciąż delikatnie całował. Frustrująca powolność. Objęłam go nogami. Przyciągnęłam mocniej do siebie. Poczułam jego potrzebę. Dokładnie tam, gdzie chciałabym go czuć bez zbędnych ubrań. – Mam też przywiązać nogi?

– Przestanę, jak się pospieszysz. – warknęłam. Parsknął śmiechem i wznowił swą powolną wędrówkę po moim ciele. Czułam każde jego muśnięcie, niczym dotknięcie rozżarzonego węgla. Był gorący. Bardzo gorący. A ja chciałam tylko jednego.

Szyja. Delikatne muśnięcia. Lekko zassał skórę tuż przy łączeniu szyi z ramieniem.

Dekolt. Krążenie języka w jakieś tylko jemu zrozumiałe wzory.

Piersi. Ściśnięcie moich sutków. Pociągnięcie. Lekkie przekręcanie. Zassałam powietrze od intensywności pieszczoty. Ale nie przestawał. Jego wrzący język zajął się drugim sutkiem. Czułam, jak prąd przyjemności przepływa z piersi wprost do pulsującej łechtaczki. Moje biodra znów się szarpnęły. Pełne potrzeby. Wtedy przestał. Nagle strzelił palcami w sam sutek. Krzyknęłam. Ból. Pieczenie. Zrobiłam się jeszcze bardziej mokra. Od kiedy, do cholery, lubię ból?!

Brzuch. Krążący język. Podgryzanie. Sapię już pewnie jak po przebiegnięciu maratonu. I wiem, że jeśli się nie pospieszy, to sama go zepchnę tam, gdzie jest teraz niezbędny.

Wzgórek. Całuje go. Palce nareszcie zjeżdżają na moją płeć. Wiem, że jest mokra i nabrzmiała. Czekająca. Pragnąca. Pociera delikatnie palcem.

Mój krzyk. Wsuwa go we mnie.

– Taka wąska… taka mokra… – szepcze wprost w mój wzgórek. Pociera brodą o miękkie loczki. Bawi się, patrząc na mnie.

– Zamknij się. – warczę znów na niego. Pragnę czegoś więcej. Przez chwilę zaprzestaje wszelkich ruchów. Podnoszę z trudem głowę, by zobaczyć, co takiego się stało. Przecież się myłam. Nawet wyczesałam lekko loczki, by były bardziej miękkie.

– Myślałaś może o depilacji? – moją jedyną odpowiedzią jest szarpnięcie nogą. Wbijam mu piętę w pośladek. Mocno. Uśmiecha się kącikami oczu. Co za krnąbrny w tym śnie mi się trafił. I jaki bezczelny. Mogłam dopisać też jakąś cechę charakteru, tak sobie teraz myślę.

Nareszcie przesuwa się niżej. Czuję język wędrujący po mojej płci. Zasysa wargi. A ja krzyczę, przygotowując się nareszcie na to, by poznać prawdziwy orgazm. Moje wielkie odkrycie. Moje Duże O! Przekrzywiam się lekko w prawo. O tak, tak zdecydowanie lepiej. Jego język teraz jest pod odpowiednim kątem. Wsuwa we mnie kolejne palce. Czuję, jak mnie rozciąga. Już w myślach zacieram rączki. Trzy palce to przecież musi oznaczać, jak będzie dorodny. O Chwalmy Pana, za to, że obdarzył odpowiednio mężczyzn. No dobrze, niektórych. Bogusławie, Sławku, Bożydarku – możecie tylko się uczyć!

Nagle przerywa. Podnoszę głowę, by zerknąć, co takiego mu się stało. Było przecież tak fajnie. Nieznajomemu spływa powoli pot z czoła. Jedną ręką wciąż trzyma mnie za biodro. Drugą rozmasowuje sobie szczękę. No to już szczyt wszystkiego! Podnosi się jednak. Zsuwa spodnie. No dobrze, wybaczę mu przerwaną gonitwę po Wielkie O. Patrzę uważnie. Czekam, by móc podziwiać go w całości. Uśmiech jednak mi opada.

– No cóż… – mówię patrząc na męskość mojego sennego wybawiciela. – Za dużo to tam tego nie ma. – wszak liczyłam na naprawdę dorodny egzemplarz. Z drugiej strony tego na kartce też nie dopisałam, więc moja wyobraźnia podsunęła tylko to, co już znała i co, nie oszukujmy się, było możliwe na tą chwilę.

– Za to ty masz sporo w nadmiarze. – obruszył się. Aż się zakrztusiłam. Czy on naprawdę nazwał mnie grubą? O nie! Przecież dwadzieścia kilo nadwagi, to jeszcze nie tak wiele. No dobrze, prawie trzydzieści, ale kto by liczył kochane ciałko tak dokładnie? Przynajmniej mam spory biust, a mężczyźni go lubią. No bez bielizny przypomina raczej dwa rozpłaszczone placki, ale nie musiał pozbawiać mnie haleczki. A brzuch, jest ładnie zaokrąglony. I mój tyłek też niczego sobie. Przecież lepsza amortyzacja jest.

– Jestem po prostu… dorodna, Ołóweczku.

– Tylko nie ołóweczku. – warknął. Najwyraźniej to go wyprowadziło z równowagi. Mógł nie zaczynać. I w dodatku gdzie ten mój O?!

– A co miałam powiedzieć? Koliberku? – rzucił się na mnie pełen wściekłości. Niech się cieszy, że się nie odbił. I przynajmniej amortyzacja już zadziałała. Ustawił się w odpowiedniej pozycji. Postanowiłam być dla niego nieco milsza. Przecież ma mnie doprowadzić na sam szczyt. Za to należy mu się wdzięczność. Poprawiłam się delikatnie. Zaczęłam cicho pojękiwać. Tak, jak to ostatnio widziałam na jednym z filmików na pornhubie. Tam wyglądało to fajnie. Może i jemu sprawi przyjemność?

– Co tak jęczysz? Jeszcze nawet nie wszedłem…

– Acha… – zrobiło mi się odrobinę głupio. No dobra, zdecydowanie na filmach i w książkach to zawsze tak ładnie wygląda. Skoncentrowałam się, by poczuć go dokładniej. Nawet zacisnęłam nieco mięśnie. I gdyby nie to, że uderzył we mnie biodrami, mogłabym przeoczyć tą całą jego męskość. Wsuwał się i wchodził do samego końca. Cicho stękając. Próbował pod różnymi kątami. A ja zaczęłam żegnać Mój O. Machałam doń mentalną dłonią, niczym angielska królowa.

– Pierdole taki interes. – powiedział zły. No, pewnie nie ma na myśli swojego. Zachichotałam. Spojrzał na mnie wściekły. – Śpij, Widząca – wywarczał. Zabrzmiało, jak rozkaz. Zmarszczyłam brwi. Dlaczego tak mnie nazwał? Obraz zaczął się rozmywać. W jednej chwili pochłonął mnie mrok. Zniknęło jego ciepło. Zniknęło wszystko. Mrok. Sen.

 


Obudziłam się nagle. Spojrzałam na zegarek. Czerwone cyferki wskazywały znów trzecią rano. Dziwne. Miałam sen, że o trzeciej rano zbudził mnie mężczyzna. Miał doprowadzić mnie do Wielkiego O. Ale zniknął. Zmarszczyłam brwi. Dziwnie się czułam. Spojrzałam po sobie. Moja halka była rozerwana. Dokładnie tak samo, jak w mym śnie. Na piersiach wciąż widoczne były ślady po jego zębach. Czułam się obrzmiała.

To nie był sen. Coś się tej nocy wydarzyło. I to nie była zdecydowanie ta butelka wina. Na łóżku wciąż leżały aksamitne liny, którymi mężczyzna przywiązał mnie do łóżka. Zerwałam się na równe nogi. Nie, to niemożliwe.

Zarzuciłam na siebie szlafrok i pobiegłam do drugiego pokoju. Baśka musiała mi wiele wytłumaczyć. Na korytarzu było bardzo zimno. Otworzyłam drzwi mojej przyjaciółki. Pierwsze, co zauważyłam, to podwójny okrąg. Dokładnie taki sam, jak rozrysowałyśmy u mnie. Świece wciąż się paliły. Barbara klęczała przy łóżku. Tyłem do mnie. Naga. Było tu tak zimno. Przycisnęłam mocniej szlafrok do siebie.

– Basia? – wyszeptałam. Coś mnie zaczęło palić. Spojrzałam na nadgarstek. Bransoletka z wisiorkiem. Była gorąca. Wręcz wrzątek. Spojrzałam na przyjaciółkę. Odwróciła głowę odrobinę. Cicho warczała. To nie był jej głos. Był niski. Wręcz męski. Po moim ciele przeszedł dreszcz. Niepokój. Wręcz strach. – Basiu? – zapytałam głośniej.

Nagle jej głowa zaczęła się do mnie odwracać. Coraz bardziej. Milimetr po milimetrze. Usłyszałam ciche trzaski. Jej szyja zaczęła się skręcać. Kręgi strzelały. A głowa wciąż się odwracała. Niczym z filmu o egzorcyzmach. Chyba krzyczałam. Nie byłam już tego pewna. Wiem, że chciałam. Ale czy potrafiłam?

Barbara oparła lekko brodę o swoje nagie plecy. Otworzyła oczy. Przeraźliwe. Czarne otchłanie. Nie miała ani białka, ani źrenic. Sama czerń. I wciąż warczała. Jej dłonie się podniosły. Palce rozwarły się, niczym szpony. Zakończone długimi czarnymi paznokciami.

– Widząca – wychrypiała. Wtedy wiem, że zaczęłam krzyczeć najgłośniej, jak się dało. Barbara w jednej chwili klęczała. A w drugiej była w powietrzu.

Rzuciła się na mnie.

Głowa i ręce wykręcone.

Szpony.

Krew.

Warczenie.

Krzyk.

Po raz ostatni spojrzałam na zegarek.

Godzina trzecia.

Godzina, gdy bramy naszego świata się uchylają. A wszystko, co mroczne powraca.

Godzina diabła.

Godzina wszystkiego, co przeklęte.

Koniec

 


[1] Książę niespełnienia i tego, co nieznane

Królu kłamstw i wszystkiego, co zakazane

Spełnijcie dziś to, czego pragnę najbardziej

A gdy nastanie świt

Dusza ma należeć będzie tylko do Was

Po wieczność.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s