Wyzwolona

WyzwolonaSpojrzałam na zegarek. Jeszcze tylko pół godziny. Pełna nadziei. Ale i niepokoju. Od wczoraj sprzedałam już tyle serduszek, kubeczków dla ponoć niezwykle zakochanych ludzi. Szkoda jednak, że nie kochają tak każdego dnia. Gdzie te spontaniczne drobiazgi bez okazji? Gdzie cieplejsze słowo? Przez pierwszy rok jeszcze dość częste. Szkoda, że po pięciu latach tak magiczne słowa „Kocham Cię” pojawiają się tylko podczas składania życzeń świątecznych, w walentynki lub gdy coś zbroi i chce, by mu się upiekło. Gdzie te powłóczyste spojrzenia za sobą. Gdzie namiętność i pasja, które niegdyś nas łączyły. Tylko życie codzienne. Wymiana list zakupów. Krótka informacja rzucona na wyjściu, że wróci dziś znów późno. Ostatnio często wraca tylko na noc. Tłumaczy pracą.

– Ulka! – patrzę w bok na swojego szefa. Obserwuje mnie z dokumentami w dłoni. Krzywię się już na sam widok. To oznacza papierkową robotę.

– Nie licz na to. Dziś są walentynki.

– No i? – no tak, dla niego to żadne święto. Pewnie, jak co roku, zasiądzie do pracy i zapomni, że to święto zakochanych. Z drugiej strony nie ma co się dziwić, skoro nie ma nikogo od tak wielu lat. Wieczny kawaler. Przystojna łajza, to trzeba mu przyznać.

– To, że dzisiejszy wieczór spędzam z Marcinem. Są walentynki.

– A pojawi się, czy zrobi powtórkę z tamtego roku? – krzywię się na wspomnienie. Baśka, jak zwykle w takich okazjach, stoi z tym swoim lekkim uśmiechem w kącikach. Czy wspominałam, jak bardzo jej nie lubię? Wytyka wszystkim błędy.

– Wyobraź sobie, Basiu, że w tym roku będzie to coś bardzo wyjątkowego. – jej reakcja nie pozostawia złudzeń. Parsknęła. Nie uwierzyła. Sama nie wierzę. Czy Marcin znów mnie wystawi? W tamtym roku wrócił nad ranem. Mówił, że pił z kolegami z pracy i zapomniał sprawdzać czasu. A ja zasnęłam w nowym kostiumie i z zimną kolacją na stole. Nigdy nie dostał też ode mnie prezentu, jaki wtedy dla niego naszykowałam. Dziś wychodząc z domu uprzedził, że wróci późno, ale na kolację będzie. Późną kolację.

– Jesteś pewna, że nie będzie… hmm… gdzie indziej ? – czy wspominałam, jak jej nie lubię? Ona jest na początku swojej drogi związkowej. Niech się zatem nim cieszy, bo wkrótce szara codzienność zniszczy te wzniosłe chwile. Zapomną o szczegółach. Będą żyli obok siebie tak, jak ja z Marcinem. Owszem, kocha mnie tak samo, jak ja jego. Ale nasze rozmowy dotyczą już tylko rachunków, wspólnych obiadów u rodziców, zakupów, przyszłego remontu. Czasem uda mi się nawet wtrącić kwestię przyszłego ślubu, ale Marcin zawsze tłumaczy, że to nie odpowiedni czas. Czy kiedyś taki będzie?

Znów spojrzałam na klientów. Na przechodzącą koło mnie parę zakochanych. Obejmowali się. Śmiali. Ich oczy miały ten blask zarezerwowany dla świeżo zakochanych. Czy im zazdrościłam? Nie. Cieszyłam się ich szczęściem. I chciałabym znów poczuć to wszystko, co mieliśmy z Marcinem na początku. Szef jedynie pokiwał głową z rezygnacją i odszedł. On także nie wierzył, by te walentynki coś zmieniły.

Stół już przygotowany. Świeży obrus. Śnieżnobiały. Na czerwonych podkładkach zestaw obiadowy. Ten wyciągany tylko na specjalne okazje. Dwa świeczniki z zapalonymi świecami. Przy talerzach eleganckie sztućce otrzymane dwa lata temu od jego rodziców. Świąteczne, jak to mawiała jego Mama. Nad talerzami rozsypałam te małe czerwone serduszka, ze świeżo zakupionego dziurkacza. Widziałam dziś, jak kobiety je kupowały. Skusiłam się i ja. Kryształowe kieliszki. Wino otwarte. Czerwone. Półsłodkie. Moje ulubione. Marcin też kiedyś mówił, że je lubi. Deser przygotowany. Jego ulubione ciasto. A w sypialni kolejne świeczki czekają na zapalenie. I czekolada do ciała z pędzelkiem. Ostatnie moje szaleństwo. Nie miałam czasu ozdobić mieszkania. Z drugiej strony jutro musiałabym to wszystko sprzątać, więc nie było większego sensu. Stół i sypialnia – to było najważniejsze.

Długo dziś spędziłam czasu zastanawiając się, co ubrać. Wygrała mała czarna, z wyprzedaży w sklepie niedaleko. Pasowały do tego moje czarne pończoszki. Koronkowa bielizna, która niewiele zakrywała. Ma ponoć działać na mężczyzn. Oby, bo do wygodnych nie należała. Czerwone paznokcie. Czerwone usta. I delikatna czarna kreska na powiece. Włosy jednak zostawiłam rozpuszczone. Falami spływały na plecy. Marcin lubił, gdy były rozpuszczone. W pracy musiałam je wiązać. Zresztą prawie zawsze je wiązałam w jakiś chaotyczny węzeł na szybko. Teraz pozwoliłam im odpocząć. Chcę przecież, by było dziś bardzo miło.

Poprawiłam fartuszek. Nie chciałam, by poplamiła mi się sukienka. Roztrzepałam jajka. Spojrzałam na zegarek. Dochodziła dwudziesta druga. Kolacja już powinna się odbyć. Jutro mamy wolne, ale nie chciałam siedzieć przy stole do pierwszej rano. Obtoczyłam ser camembert w jajku i bułce tartej. Moje myśli jednak uciekały do Marcina. Czy przyjdzie do domu? A jeśli nie, to jak się tym razem usprawiedliwi? Wiem, że dziś żaden z kolegów ani klientów nie szedł pić. Zapewniał, że zakończył swój krótki romans, ale jaką mogę mieć pewność? O tak, wiedziałam o romansie Marcina długo przed tym, jak wszystko wyszło na jaw. Stażystka z jego firmy. Młoda. Studentka. Blondynka. Z nogami prawie do nieba. Marcin obiecał jednak, że już się z Agatą nie spotka. A ja mu uwierzyłam. Cóż miałam innego zrobić? Rozstanie nie byłoby możliwością. Mogę go tym straszyć, ale nie potrafię tak po prostu się spakować i go zostawić. A co, jeśli znów jest z tą Agatką, albo inną stażystką? Poczułam pieczenie pod powiekami. Nie, nie będę dziś się tym stresować. To ma być wyjątkowa noc. Wieczór, który zmieni wszystko.

Drzwi się otworzyły akurat, gdy kończyłam przygotowywać ser w panierce. Wystarczy tylko go teraz podsmażyć i polać żurawiną. Kolacja będzie gotowa w pięć minut. Spojrzałam w stronę wejścia. Kocham naszą otwartą przestrzeń. Aneks kuchenny z widokiem na salon i drzwi wejściowe. Marcin otrzepał śnieg z butów. Zsunął je ze swych stóp. Pewnie znów sypało. Zrzucił płaszcz. Dopiero wtedy spojrzał na mnie. Uśmiechnęłam się nieśmiało. Widziałam zarówno zmęczenie w jego oczach, jak i jakąś rezygnację. Nawet odrobinę złości. Czyżby w pracy poszło mu aż tak źle?

– Odśwież się, zaraz podam kolację. – powiedziałam cicho. Nie chciałam go złościć. Wtedy byłoby nie tylko po kolacji, ale i moich planach na wieczór. Przecież specjalnie się do tego przygotowałam. Nowy olejek na skórze nadawał jej nie tylko delikatnego blasku, ale i ten zapach. Koronkowa bielizna już zdążyła podrażnić odrobinę świeżo wygolone miejsca. Mam nadzieję, że nie będę czerwona, gdy już ze mnie ściągnie te przeklęte koronki. Kocham je nosić. Każdego dnia. Ale ten komplecik jest bardziej wyzywający od moich codziennych. I o wiele bardziej niewygodny.

– Jestem zmęczony. – zrobił nawet tą swoją minę naburmuszonego dziecka.

– Zrobiłam kolację. – wywarczałam. – Ja też jestem zmęczona, ale mimo to przygotowałam to wszystko. – On może i sobie pracuje za biurkiem, ale to ja pracuję po dziesięć godzin w handlu, biegając, stojąc i wysłuchując marudnych klientów. Gdyby nie walentynki, to pewnie wymoczyłabym swoje ciało w długiej kąpieli, a potem zwinęła się pod kołdrą i zasnęła błogim snem. Ale to wyjątkowa noc. Dziś nie chciałam poddać się zmęczeniu.

Marcin powolnym krokiem udał się w stronę łazienki. Wytarłam dłonie. Nawet nie pocałował mnie na powitanie. Tylko zmierzył wzrokiem. Kiedyś zawsze skradał mi całusa. Dotknął mnie, przechodząc. A teraz? Patrzy i odchodzi. Codzienność zabija magię miłości. Nie mogę jednak dziś o tym myśleć. Wycieram raz jeszcze ręce. Biorę koszulę z wieszaka i idę do łazienki. Marcin stoi przy lustrze. Ma rozpiętą koszulę. Rozchylił ją. Odwrócony bokiem do lustra, zagląda sobie przez ramię, obserwując swoje plecy i barki. Nawet stojąc przy drzwiach widzę czerwone ślady. Wyraźne na jego skórze. Długie, czerwone ślady. Patrzę na nie przez chwilę. Wiem, co oznaczają. Kiedyś, bardzo dawno temu, gdy dzieliliśmy jeszcze tą pasję i namiętność, zrobiłam mu takie same. Mężczyzna przede mną szybko zasłania je koszulą. Nie wystarczająco szybko.

– Muszą piec. Koszula do przebrania. – podaję mu wieszak i wychodzę. Dumna, że mój głos nie drżał od emocji. Ale jedyne, co teraz czuję, to pustkę. Był ze stażystką Agatą, czy ma już kogoś innego? Wyglądał na zaskoczonego. Spodziewał się awantury? Pewnie bym mu ją zrobiła, gdybym miała jeszcze na to choć trochę siły. Nie chcę, by tak wyglądało moje życie.

Nalewam oleju na patelnię. Czekam na odpowiednią temperaturę, nim zacznę smażyć główne danie. Z głośników dobiega delikatna muzyka specjalnie na dziś przygotowana. Nabieram głęboko powietrza. Będzie dziś wyjątkowo. Musi być. Wypełnia mnie pustka. I postanowienie, że od tej chwili, od tej kolacji wszystko się zmieni.

Podchodzi do mnie od tyłu. Całuje w ramię. Ale ja jedynie czuję jego usta na mej skórze. Dlaczego nie mogę poczuć tego skurczu gdzieś w brzuchu, jak za dawnych lat? Nie czuję nic. Zwykły dotyk. Obojętna na wszystko, co robi. Jego ręce wędrują pod fartuszek, przyciągając mnie bliżej niego. Czuję ciepło jego ciała za sobą. Ale nic poza tym. Zero dreszczy przyjemności i oczekiwania. To zupełnie te same uczucie, jak w zatłoczonym autobusie. Jego perfumy. I ten kobiecy aromat. Czuję tą słodycz jej perfum. Nawet ich z siebie nie zmył. Musiał się spieszyć do domu. Do mnie. Dawniej cieszyłoby mnie to. Cokolwiek robi, zawsze do mnie wróci. Ale czy to mi wystarcza? Miłość – miłością, ale czy tak ma wyglądać całe nasze życie? Kolejna obietnica złamana i wieczne czekanie, aż przestanie być atrakcyjny dla innych i będzie tylko mój? A może to ze mną jest coś nie tak? Jestem niewystarczająca dla niego, dlatego szuka innych?

– Ślicznie wyglądasz, kochanie. – szepcze mi do ucha. Czuję, jak liże. Delikatnie podgryza. Ale ja tylko słyszę pracę jego języka i ciche mlaszczenie. A powinnam się teraz wić z przyjemności.

– Dziękuję. – odpowiadam cicho i wkładam na rozgrzany olej potrawę. Propozycja koleżanki. Ciekawe, czy będzie tak pyszne, jak mi zapewniała. – Nalejesz nam wina? – skinął głową i odszedł. Ale czuję tylko ulgę. Może jednak z tą sypialnią warto poczekać? Czy ją też tak tuli? Całuje. Dotyka. Szepcze to, co chce usłyszeć?

Podaje mi kieliszek. Staje obok i się przygląda. Odpijam odrobinę. Dobre wino. Półsłodkie. Z jakąś nutą na końcu języka. Nie potrafię jej sprecyzować. Z drugiej strony nigdy nie byłam dobra w zgadywaniu smaków.

– Nie mam romansu… to….

– Czyli nic nowego, a rozwiązanie starego? – pytam, ale wciąż na niego nie patrzę. Nie potrafię. Znam jego obraz na pamięć. Był moim marzeniem. Od nastolatki nim zauroczonej, po wieczną narzeczoną.

– Przecież wiesz, że tylko ciebie kocham.

– Ale ci nie wystarczam, skoro wciąż szukasz… innych. – przekładam kotleciki na drugą stronę. Panierka ślicznie się przypiekła.

– To nie tak, przecież wiesz. Kocham cię właśnie taką, jaką jesteś… ale… – plącze się. Odpija pół kieliszka wina. Czyli rozmowa przed kolacją. Nie to planowałam, ale mogę tym razem iść na ustępstwa. Może dowiem się w końcu, dlaczego wciąż muszę się nim dzielić. Sięgam po kieliszek. Odpijam wino. Tym razem potrzebuję więcej wina. – Lubię nasz seks. To coś wyjątkowego, wiesz… ale facet ma swoje fantazje i potrzeby…

– Mówisz o tych zabawkach, które mi pokazywałeś? – widziałam jego historię wyświetlanych stron w laptopie. Kiedyś, niby przypadkiem, pokazał mi jedną z nich. Nie zainteresowałam się tym jednak. Nie mam nic przeciwko, ale to chyba dla par z długim stażem, gdy już się sobą znudzą. Jeśli teraz je byśmy zastosowali, co pozostałoby nam na starość? Ale wiem, że on wciąż to ogląda.

– To też. Przecież masz fantazję. Musi być coś, czego pragniesz.

– Jest. – patrzę na niego znad kieliszka. – Marzyłam o tobie, o nas, o wspólnym domu, ślubie, rodzinie. Marzyłam o szczęściu. – krzywi się. I nareszcie coś poczułam. Ale to nic przyjemnego. Poczułam ból. Od jak dawna on tego nie chciał? Od jak dawna zwodził mnie obietnicami bez pokrycia? Cały czas odwleka decyzję o ślubie, bo nie ten czas. A może wcale nie chce go brać? Czy chce mieć ze mną dzieci? I jakby to wyglądało? Czy chciałby mnie wciąż, gdy będę gruba? Gdy po ciąży moje ciało nie będzie wyglądało tak, jak teraz? A może będzie się pocieszał swoimi romansami, gdy ja będę wstawać w nocy do dziecka, siedzieć całymi dniami samej. Wizja mojej przyszłości stawała się dla mnie nie do przyjęcia. Może dojrzałam nareszcie do decyzji o rozstaniu.

Wyłączam kuchenkę. Przekładam smażony ser camembert na talerz z ręcznikiem kuchennym, by wchłonął nadmiar oleju.

– Kochanie, to nic złego marzyć o takich rzeczach. Ale nie wybiegajmy aż tak w przyszłość. To, że byśmy czego spróbowali, to nic złego. Najpierw zabawki, potem może spotkania z innymi. Przecież fajnie byśmy się bawili.

– Co? – nie mogę uwierzyć, że powiedział o spotkaniach z innymi. Czyli mam wpuścić obcych ludzi do sypialni i dzielić się swoim partnerem?

– Nie bądź drętwa. Wyluzuj… – patrzę na niego. Czy to jest wciąż mężczyzna, którego kocham i którego znałam? Widzę odrobinę siwych włosów na skroniach. Zadbane. Dobrze uczesane. Twarz wypielęgnowana. Grube brwi. Ciemne oczy. Męski, prosty nos. Rzeźbione, pełne usta. I cień zarostu. To twarz, dla której upadłam. Mężczyzna z moich snów, który stał się moim koszmarem. Chce być wolna.

– Masz rację. Muszę wyluzować.

Wszystko dzieje się jak w zwolnionym tempie. Moja dłoń oplata rączkę patelni. Chwilowy zamach. Uderzenie. Sekundowy szok w oczach mężczyzny mojego życia. Stęknięcie. Nie udało mu się nawet krzyknąć. Skwierczący jeszcze olej ochlapuje twarz Marcina. Czerwone ślady poparzenia. Patrzę jak z hukiem pada na podłogę. Patelnia upada obok. Widzę go leżącego bez ruchu. Przyglądam się przez chwilę. Skóra ma brzydki odcień. Widzę nawet odrobinę panierki na nosie i w jego włosach. Dopijam swoje wino do końca. Ściągam fartuszek. Rzucam go gdzieś za siebie.

Oto moja niekończąca się miłość wymieszana z cierpieniem, które dzieliłam z chwilami szczęścia. Chwilami, które chcę zatrzymać głęboko w sobie i czcić każdego kolejnego dnia.

Przechodzę nad ciałem. Wciąż leży bez ruchu. Patrzę na moje więzienie. Ale czy to mieszkanie jest moim więzieniem, czy może sama je sobie stworzyłam z uczuć i pragnienia miłości? Stół wciąż pięknie przystrojony. Poprawiam widelec. Brak tu już kieliszków. Stoją w kuchni. Ale nie wracam po nie. Podnoszę wzrok. Widzę odbicie siebie w szybie. Kobieta stojąca nad pięknym stołem, w delikatnym migoczącym świetle świec. Szczupła, ubrana odświętnie w dopasowaną, czarną sukienkę.

Jednym ruchem przewracam świeczniki. Płomień ze świec obejmuje ozdobne serduszka rozsypane na stole. Zaczynają się palić. Ciepło. Trzymam je w sobie. Muszę zachować to ciepło i smak dnia dzisiejszego. Ochronię je w sobie. Doświadczenia, które trzeba zachować, głęboko w moim ciele.

Ogień trawi obrus. Niegdyś śnieżno-biały. Odwracam się. Otwieram drzwi. Wychodzę. Zostawiam za sobą przeszłość. Przecież wszystko się kończy i zamyka. Jestem oczyszczona.

Płatki śniegu. Piękne i grube, białe plamki na tle czarnego nieba. Wiatr rozwiewa mi włosy. Obraz nimi przeplatany. Nie odsłaniam twarzy. Oddycham głęboko zimnym powietrzem. Czuję się taka lekka. Coraz lżejsza. Oczyszczam się. Patrzę w dół. Moje stopy ubrane tylko w parę pończoch. Gdzieś je uszkodziłam. Widzę oczko, pędzące po mojej nodze. Pojedyncza łza spływa po policzku. Wolna. Jestem wolna.

Nie widzę już nic prócz dwóch stóp na śniegu. Teraz będzie łatwiej. Stawiam jeden krok za drugim. Powolnie. Łagodnie. Jestem już kimś innym. Nie oglądam się za siebie. To już jest za mną. Ciemna nic, śnieg i ja.

Nie czuję zimna. Nie czuję nic. Idę przed siebie.

Ośnieżony plac. Czuję się coraz lżejsza. Mogę wszystko.

Tylko dlaczego wciąż czuję pustkę? Obojętność? Gdzie moja radość?

Teraz będę miała życie takie, jakie trzeba.

Na jakie zasługuję.

Koniec

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s