Liberia. Wyzwolone miasto–Rozdział 7

Liberia 1Pozwoliłam Markowi zająć się naszymi gośćmi, bym w tym czasie nie tylko doszła do siebie po tym, co zrobiłam w łazience, ale także w pełni przygotowała potrawy gotowe do zaniesienia na stół. Wiedziałam, że Lisa szybko się pojawi u mego boku, by choć odrobinę pomóc w noszeniu półmisków. W tym czasie mężczyźni mogli usiąść z drinkiem przed kolacją i porozmawiać o interesach.

– Cześć piękna. – ucałowałam mój policzek i zaczęła swoje zaglądanie w każdy półmisek. Uwielbiała moje gotowanie, choć sama także nieźle sobie z tym radziła. Gorzej z czasem. Twierdziła jednak, że zdąży się jeszcze nagotować przy dzieciach i mężu, więc nie było sensu już teraz przyzwyczajać do tego partnera. Na ogół i tak jadła w dobrze zaopatrzonej dla pracowników szpitala kawiarni. Czasem nawet przynosiła porcje do domu, by i jej ukochany mógł z nią degustować potrawy. Najwyraźniej Zmienni dbali o swój personel. Z drugiej strony, czy nie było to liczne? Potrzebowali silnych i zdrowych ludzi, gotowych nieść pomoc. Jako pracownik szpitala, Lisa miała także wiele przywilejów, o których nawet Mark nie mógł marzyć. I choć mój mężczyzna nie lubił podejścia do życia czasem bardzo roztrzepanej Lisy, uwielbiał korzystać z dobrodziejstw, jakie dawała mu taka znajomość. Kiedyś tego nie dostrzegałam. Teraz, z czasem, coraz bardziej mnie to męczyło.

Uśmiechnęłam się do siostry miło, kończąc nakładać makaron do ogromnej misy. Posypałam go także ziołami z własnej, domowej uprawy. Ale ona tylko patrzyła na mnie uważnie. Poczułam dreszcz. Czyżby coś widziała? Zauważyła we mnie jakąś zmianę? Nie, to nie możliwe.

– O co chodzi? – zapytałam drżącym głosem. Zbliżyła się do mnie tak, by szeptać cicho prawie na moje ucho. A zatem było poważnie.

– Ty mi powiedz. Twierdziłaś, że rozbiłaś samochód, ale potem znajdujemy go przed twoim mieszkaniem. Twierdzisz, że ukryłaś się w budynku na skraju Dystryktu, bo słyszałaś Mieszańców, ale żaden cię nie zaatakował, a doskonale wiemy, że właśnie to by zrobili, gdyby cię wyczuli. Przecież były na tyle blisko, byś ich słyszała, prawda? A teraz najlepsze… – nachyliła się jeszcze bardziej. Zauważyłam zaciśnięte jej pięści tak mocno, że były praktycznie białe od wysiłku. – Sprawdziłam kartoteki. Nie było zgłoszenia o wypadku, stłuczce, o niczym. Każde pojawienie się Mieszańców mamy w raporcie. A wiesz co? Nie było żadnego w okolicach naszego Dystryktu. Żadnego.

– Lisa…. – ale ona pokiwała głową. Jak to możliwe, że nie było zgłoszenia? Przecież był monitoring. Musieli to zauważyć. Była nawet pogięta balustrada. Czujniki także działały jeszcze tej nocy. Rano były rozbite, ale w nocy przecież były nienaruszone. Mogłabym przysiąc, że widziałam ich delikatne czerwone światełko oznaczające, że mierzą wszystko. Jakim cudem nikt niczego nie widział? Czy to ten mężczyzna, który mnie uratował?

– Rozumiem, że tą bajkę wciskasz wszystkim wokół. Ale, proszę, nie mi. Masz kogoś, prawda? Widzę, jak przygasasz przy Marku, ale nie powinnaś go zdradzać. Możesz wprowadzić się do mnie, jak się rozstaniecie i na spokojnie poszukać czegoś nowego. Przecież możesz też wrócić do ojca.

– Lisa, to nie tak… ja… – ale co miałam powiedzieć? Prawdę? Najwyraźniej ktoś bardzo się natrudził, by ją ukryć. Czy nie byłoby zagrożeniem, gdy zacznę o tym opowiadać? – Przepraszam. Masz rację, ta noc nie powinna mieć miejsca.

– No. To teraz chodźmy, nim wypiją cały alkohol. – uśmiechnęła się do mnie czule i zabierając jeden z półmisków, wyszła w stronę jadalni. Przez chwilę stałam w miejscu patrząc na makaron. Próbowałam poukładać sobie w głowie to, czego się dowiedziałam. Nagle okazuje się, że wszystko to, co pamiętam z tej nocy, nie ma odzwierciedlenia w rzeczywistości. Czy mogłam to sobie wymyśleć?

Kolacja mijała szybko. Lisa opowiadała nam kolejne zabawne sytuacje ze szpitala. Mark próbował się popisywać swoją pozycją w biznesie i możliwościami awansu. Fabian natomiast robił już plany na kolejne ubezpieczenia, jeśli mój partner faktycznie awansuje. Wymyślił sobie, że im wyższe stanowisko, tym inne ubezpieczenie. Ale ja byłam jedyną cichą osobą przy stole. Uśmiechałam się, kiedy było trzeba. Odpowiadałam na zadane pytania. Dałam się nawet czasem pogłaskać Markowi, gdy chciał okazać mi odrobinę czułości. Ale wiedziałam, że gładził moją rękę z wypracowaną w sobie odrobiną uczucia. Robił tak zawsze w gościach. Gdyby nie było tam mojej ręki, czy właśnie kreśliłby kółka na obrusie z takim samym roztargnieniem? Spojrzałam na niego. Śnieżnobiała koszula była zapięta do samego końca, by ukryć ślady po naszym szaleństwie łazienkowym. A raczej moim szaleństwie. Na koszulę zarzucił elegancki blezer w oliwkowym odcieniu, a do tego dopasowane czarne, eleganckie spodnie trzymane na specjalne okazje. Dlaczego dziś uznał, że jest to jedna z takich właśnie okazji?

Patrzyłam na niego, gdy opowiadał o kolejnej biznesowej anegdocie. Z takim przejęciem. Pasją. Dlaczego taki nie potrafi być poza biznesem? Przyglądałam się mojemu mężczyźnie zastanawiając się, czy faktycznie chcę z nim spędzić całe swoje życie. Codziennie patrzeć w te same łagodne oczy. Codziennie czuć tylko jego zapach. Godzić się na wszystko, co on chce. Utrzymywałby naszą rodzinę – mnie i dzieci. Dbałby o to, by niczego nam nigdy nie zabrakło.

Spojrzałam w dół. Widziałam materiał mojej sukienki. Delikatny odcień oliwki. Materiał kończył się praktycznie tuż pod moją szyją. Zakrywał ramiona i kończył się na krótki rękawek z małymi rozcięciami. Dopasowany w talii i w biuście. Od bioder dopiero lekką plisowanką rozchodzący się w dół. Zakończony tuż pod kolanem. Do tego stonowane, złote szpilki. Ujarzmiłam także włosy, spinając je wysoko. Miałam na sobie delikatny makijaż podkreślający moją „świeżość” – jak to lubił najbardziej Mark. I w jednej chwili poczułam, że jestem jedynie lalką w jego dłoniach. Ta sukienka zupełnie nie była w moim stylu. To on kupił mi te stroje. Ja uwielbiałam moje bojówki i dopasowane topy. Kochałam swoje dresy i stare adidasy. Ta elegancja nie była dla mnie. A mimo to ubierałam się w nią. Nakładałam maskę kochającej kobiety. Ale dlaczego?

Jedna noc z nieznajomym Zmiennym zniszczyła całe moje postrzeganie życia.

Noc. Po gościach już dawno nie ma śladu. Naczynia pomyte. Zastawa ze stołu wyczyszczona i schowana na kolejne przyjęcie. Mark lekko pochrapuje za moimi plecami. Leżę i próbuję zebrać swoje myśli. Patrzę na mojego mężczyznę i próbuję dojść do tego, dlaczego tak bardzo chcę z nim spędzić resztę życia. Owszem, jest mi bliską osobą. Dobrze się przy nim czułam. Razem dążyliśmy do czegoś. Teraz jednak nie potrafiłam sobie przypomnieć naszego celu. Poza jego ciągłymi awansami w firmie. Marzy także o awansie społecznym. Przeprowadzce do najwyższego Dystryktu, gdzie opływalibyśmy w luksusie. Ale czy ja tego chcę?

Zarzuciłam na siebie delikatny szlafrok. Był niczym piórko. Zimny, śliski i niesamowicie lekki. Zawiązałam pasek i cicho wyszłam z sypialni. Mężczyzna głęboko spał. Obeszłam mieszkanie, przyglądając się mu dokładniej. Nie było mi w nim źle. Wszystko było wygodne. Oczywiście widziałam parę luksusów, jak wanna czy zastawa obiadowa, sofa specjalnie ściągnięta z wyższych osiedli. Mark marzył o niej. Ja uważałam, że nie jest zbyt wygodna. Miałam wrażenie, że trzeszczy gdy tylko się na niej siedzi. Nie znosiłam jej. Choć prezentowała się ładnie. Rzadko na niej siedziałam. Prawie nikt z niej nie korzystał. Taki mebel pokazowy. Moim ulubionym siedziskiem był zniszczony fotel w rogu pokoju. Mark go nienawidził. Kiedyś widać było jeszcze na nim jaskrawe kolory. Teraz już wyglądał na przetarty, przygaszony. Jednak był niesamowicie wygodny. Uwielbiałam się w nim odprężać. Stał w naszym rodzinnym mieszkaniu, jak jeszcze żyła nasza Matka. Pamiętam, jak siadała właśnie w nim, trzymając w ramionach moją siostrę. Opowiadała mi historie, gdy jeszcze nie było Liberii. Gdzie ludzie byli wolni. Karmiła Lisę piersią, choć wówczas już było to rzadkością. Moja Matka nigdy nie pozwoliła poić nas sztucznym jedzeniem, jak robiono to z innymi dziećmi. Czasem brała mnie także na kolana i pozwalała mi zasypiać w jej ramionach, nim odniosła mnie do łóżeczka. A gdy jej zabrakło, zasypiałam w tym fotelu sama. Nie wyobrażałam sobie, bym miała ten fotel wyrzucić. Ojciec niechętnie patrzył na cokolwiek, co należało także do mojej Matki. Nie chciał wspominać. Lisa miała do niego o to pretensje. Ja rozumiałam doskonale. Czasem wspomnienia są zbyt bolesne, wciąż ranią, czasem zabijają. To właśnie po śmierci Matki, Ojciec przyłączył się do Ruchu Oporu. Podziemnej organizacji walczącej o wolność dla ludzkości. Z czasem stał się jednym z filarów Organizacji. Ale wiedziałam, że robił to głównie z zemsty i bólu. Chciał pomścić śmierć Matki z łap jednego ze Zmiennych.

Wskoczyłam cicho na parapet. Oparłam czoło o okno. Nie rozumiałam, dlaczego nagle zaczęłam wszystko wspominać. Wszystko, w czym żyłam teraz wydawało mi się niewystarczające. Pełna wątpliwości we własne otoczenie, nawet w samą siebie. Gdyby nie tamta noc, jedna chwila z obcym mężczyznom, a wciąż żyłabym spokojnie wierząc w Marka, w naszą przyszłość.

Spojrzałam raz jeszcze przez okno. Ulice pokrywał mrok. Niczym czarny całun. Gdzie nie gdzie widziałam lekką poświatę latarni. Dawała minimalne światło. Wystarczające jednak, bym widziałam działający monitoring z czujnikami ruchu. I jego. Widziałam kształt. Czułam całą sobą, że należał do tamtego mężczyzny. Stał znów oparty o ścianę jednego z budynków. Patrzył dokładnie w moje okno. A ja poczułam przyjemny dreszcz i budujące się podniecenie. Dlaczego tak na niego reaguje? Zdradzieckie ciało. Zamknęłam na chwilę oczy. Widziałam jego twarz. Jego ciało. Gdy jednak je otworzyłam, mężczyzny już nigdzie nie było. Pilnuje mnie?

Wyciągnęłam ze skrytki pod podłogą mój notes. Z torby wiszącej w korytarzu wyciągnęłam pobite okulary. Musiałam sprawdzić, co udało się zachować. Świat powinien poznać prawdę. W Liberii była kolejna zbrodnia, której jeszcze nie opisałam. Usiadłam na moim kochanym fotelu. Podłączyłam kamerkę z okularów do elektronicznego notesu. Już takich nie produkują. Kolejna rzecz zapomniana dzięki Zmiennym. Wszystko teraz było podłączone do ich sieci, którą kontrolowali. Stary sprzęt był wolny, tak jak ludzie go używający. Nie do namierzenia. Korzystający z zapasowych wejść do sieci. I choć moje umiejętności informatyczne nie były zbyt wysokie, nauczyłam się działać przez te lata tak, by nie zostać wykrytym.

Na małym ekranie pojawiały się kolejne zdjęcia, które nie zostały zniszczone przez wypadek. Wiadukt i resztki ciała zaatakowanego przez Bestie. Strażnicy. Wszystko wręcz idealnie. Wystarczyło lekko poprawić zdjęcia. Kolejne zrzuty ekranu sprawiły, że przeszył mnie lodowaty dreszcz. Zapomniałam, że miałam je na sobie w czasie wypadku. Udało się uchwycić ryczącą bestię na masce auta. Z bliska. Takiego zdjęcia nigdy nie miałam. Udało się także uchwycić walkę dwóch bestii. I mojego wybawiciela, który był w trakcie przemiany. Jego twarz. Przeciągnęłam palcem po mocnych rysach. Nie, jego nie chciałam publikować. Wewnątrz siebie czułam, że jego powinnam zostawić w spokoju. Uratował mi życie, choć nie musiał.

Zalogowałam się na swoją stronę. Cat Girl tworzyła nowy artykuł. Udało mi się połączyć zdjęcia ofiary, a raczej jej resztek pozostawionych na wiadukcie, z wyjącą bestią wyciętą ze zdjęcia na moim aucie. Wkleiłam swoje logo, tak znane wśród osób chcących wyzwolenia. Opisałam kolejny atak bestii. Opisałam, jak Stróże Prawa pilnowali, by nikt nie odkrył prawdy i jak ponownie ukrywają fakty, bowiem nie ma doniesienia o żadnym ataku. O ryczącej bestii biegającej po Dystryktach wolno. Ominęłam oczywiście fakt, iż ów Mieszaniec już nie żyje. Przecież nie ma po nim żadnego śladu.

„I gdzie nasi obrońcy, Zmienni, gdy mieszkańcy wszystkich Dystryktów muszą sami zmierzyć się z Mieszańcami rządnymi naszej krwi? Powiem Wam – siedzą w swoich wygodnych norach, niczym królowie na włościach, nie przejmując się takim drobnym problemem, jak kolejna zbrodnia ludzkości. Przecież to nie ich brat, syn, czy ojciec właśnie zginął. Bezpieczeństwo? Dobre sobie. Udają, że nic nie widzą, sami niszcząc sieć monitoringów, by spokojnie posilić się w ukryciu naszą krwią.”

Może i mocne zakończenie, ale należało im się. Wcisnęłam przycisk „publikuj”. Nigdy nie pozostawałam tam, by czytać wypowiedzi innych. Nie mogłam sobie pozwolić na zbyt długie używanie sieci. Nie jedną osobę właśnie to zgubiło. Im dłużej się w niej siedzi, tym szybciej zostanie się wykrytym. Dlatego jedynie pozostawałam w niej na czas publikacji kolejnego artykułu.

Uwielbiałam moją Cat Girl, moje alter ego walczące o wolność.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s