Rozdział 1

Liberia 1Spojrzałam po raz kolejny na swój komunikator. Ustawienie standardowe dla wszystkich mieszkańców Liberii – odliczanie do zachodu słońca. A mi teraz pozostała niecała godzina. I utknęłam w korku. Nie wiem, co mnie podkusiło, by wraz z Johnem dokończyć wypełniać sprawozdania. Mogłam to zrobić w domu przecież. Ale nasz nowicjusz już dwa razy wylądował na dywaniku szefa tylko za to, że źle wypełnił dokumenty. W firmie istnieje nie pisana zasada „do trzech razy sztuka”. Tym razem by wyleciał. Spojrzałam na długą kolejkę samochodów przede mną. Dostanie się do domu zajmie mi prawie godzinę. O ile już teraz wydostanę się z korków.

Komunikator zaczął drżeć. Spojrzałam na nadgarstek. Numer domowy. Jednak ktoś się martwił. Prześliznęłam palcem po blokadzie, pozwalając na odebranie rozmowy wideo. Uwielbiałam te nowe ustrojstwa.

– Kochanie, gdzie jesteś? Zaraz będzie zachód słońca i godzina policyjna.

– Mark. Jestem w korku przy zjeździe do Dystryktu 8. Był jakiś wypadek, nie wiem. Stoimy w korku. Jak tylko coś się dowiem, zawiadomię cię od razu.

– Zadzwoń po Służby Porządkowe. Niech odwiozą cię do domu. Nie chcę, byś ryzykowała zostanie po zmroku sama w samochodzie. Dobrze? – czyż nie jest kochany? Sama też bym nie chciała znaleźć się teraz po zachodzie słońca. Sama.

– Obiecuję, kochanie. Zapewne zaraz się ruszy wszystko i będę na czas w domu.

– Kocham Cię. – złożyłam usta do pocałunku. Prawie już mu nie odpowiadam na wyznania. Po pierwsze, nie jestem z tych kobiet, które potrzebują ciągłego przypominania o uczuciach. Żadne słowa nie zastąpią prawdziwości czynów. Po drugie, czy to coś zmienia po dwóch latach związku? Wcześniej byłam w innym związku, bardzo burzliwym, intensywnym i mówiłam prawie codziennie jak bardzo go kocham. Teraz wiem, że były to słowa. Owszem, był mi bliski, jak i ja jemu. Mówiliśmy wiele rzeczy, ale czyniliśmy inaczej. Jak już wspomniałam – był bardzo burzliwy. Zwłaszcza, gdy bez porozumienia ze mną zgłosił się do Służb Porządkowych. W pewnym sensie stanęliśmy po dwóch stronach barykady. I choć początkowo było wszystko dobrze, wkrótce okazało się to przeszkodą nie do przejścia. Ja swoje odsiedziałam w ich areszcie. Ale z braku dowodów musieli mnie wypuścić. Kwestia, czy naprawdę nie mieli dowodów, czy to właśnie Sam je ukrył? Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Oboje znaliśmy prawdę. Ja nigdy nie zrezygnowałam z podjętej wcześniej drogi, choć teraz robię to o wiele ostrożniej. On zna prawdę, jestem tego pewna, ale nigdy mnie nie zdradził, jednak sam tego nie pochwala. Zawsze mi powtarzał, że moje podejście nie jest dobre, a prawda jest po środku. Ja widziałam prawdę – paranormale nie są naszym wybawieniem. Może początkowo byli, teraz jedynie staliśmy się ich niewolnikami, maszynerią w realizacji ich celów.

Spojrzałam na długą kolejkę przed sobą. Na ślizgaczu właśnie przejeżdżał patrol. Zatrzymywał się przy każdym aucie. Widziałam, jak drugi ślizgacz towarzyszy żółtemu autobusowi. Skręcali w stronę awaryjnych zabudowań patrolu. Odczytałam tabliczkę na autobusie – Dystrykt 3. Faktem jest, że auta mogli posiadać jedynie obywatele od Dystryktu 6. Tylko im się sprzedawało auta. Zresztą utrzymanie go do tanich nie należało, a ludzie od D6 mogli sobie na to pozwolić finansowo. Nie wszyscy, ale większość. Dla całej reszty były autobusy i taksówki. Te ostatnie jednak nie chciały jeździć do biedniejszych dzielnic w obawie przed napadami. Co prawda nie zdarzały się one zbyt często, ale mimo wszystko wciąż były.

Funkcjonariusz zapukał w okienko, pokazując przy okazji swój identyfikator. Otworzyłam osłonę. Uśmiechnęłam się do niego miło. Nie odpowiedział. Od razu poprosił o identyfikację. Nachyliłam się, by mógł dostać się do mojego chipa umieszczonego na boku szyi. Przeskanował mnie.

– Panno Smith z D7. Zjazd jest zablokowany. Proszę skierować się do najbliższej noclegowni. Jeśli wybierze Pani powrót do domu, proszę w komunikatorze o zaznaczenie takiej opcji. Służby nie mogą niestety dziś wszystkich odtransportować.

– Dziękuję Funkcjonariuszu. Przyjęłam. – skinął głową i odjechał dalej, z cichym szumem swojego ślizgacza. Zamknęłam szybko osłonę. Nie powinnam się zdziwić, przecież w pierwszej kolejności Służby Porządkowe dbały o obywateli z wyższych Dystryktów. Ja nie byłam aż tak uprzywilejowana. Auta przede mną kierowały się do zabudowań. Pomiędzy każdym zjazdem znajdowały się takie miejsca. Stare budynki ze znakami ochronnymi, dla tych, którzy nie zdążą być w domach przed godziną policyjną. Co takiego musiało się stać, że nikogo nie przepuszczali? Bębniłam jeszcze przez chwilę palcami po kierownicy. Chciałam być już w domu. Jutro miałam wolne, ale i tak mieliśmy plany z Markiem. No i wizyta u Ojca.

Przede mną auta się rozproszyły. Mogłam dzięki temu zobaczyć przyćmione światło na zjeździe. Obok ustawiono krążownik Służb Porządkowych. Zasłaniał coś. Wcisnęłam komunikator. Ikona godziny policyjnej wciąż migała na czerwono. Kliknęłam na nią dwukrotnie. Potwierdziłam swój wybór. Zapaliła się na zielono. Oznaczało to, że zamierzałam wrócić sama do domu. Z torebki wyciągnęłam okulary. Uruchomiłam tryb nagrywania. Ruszyłam powolnie drogą. Próbowałam złapać cały obraz. Auta zjeżdżające do noclegowni. Po tłumach wiem, że nie dla wszystkich starczy miejsc. Minęły mnie dwa ślizgacze Funkcjonariuszy. Sporo ich, jak na zwykły wypadek. Dojechałam do zjazdu do D8. Zza krążownika wyłoniła mi się czerwona miazga nie przypominająca niczego. Ot, czerwone coś. Pokrzywione. Z barierki coś zwisało. Przymrużyłam oczy. Aż mną wstrząsnęło. To była czyjaś ręka oderwana od ciała. A zatem to coś czerwonego na ulicy kiedyś było żywą istotą? Poczułam jak żółć podchodzi mi do gardła. Przełknęłam. Kątem oka wyłowiłam kobietę. Stała w skórzanym kostiumie i płaszczu odchylonym teraz do tyłu. Jej czarne włosy delikatnie powiewały na wietrze. Wyglądała mi na Tropiciela. A zatem to o wiele poważniejsze, niż mogłoby się wydawać.

Przyspieszyłam. Czas wrócić do domu i to jak najszybciej. Jeśli Tropiciel był na miejscu, oznaczało tylko to, że reszta drogi powinna być bezpieczna i osoba odpowiedzialna za tą zbrodnię jest albo martwa, albo już złapana. Inaczej Tropiciel nie stałaby tam i przyglądała się wszystkiemu.

To sprawa dla Cat Girl, nie dla mnie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s