Prolog

Liberia 1Ciemne ulice, oświetlone gdzie nie gdzie słabym blaskiem latarni.

Całe w zaschniętej krwi.

Przechodziłam pomiędzy ciałami poszukując tego, który niegdyś był mi bliski.

Ogłuszająca cisza. Nawet nocne stworzenia schowały się w cieniach.

Każdy czekał. Na znak, że można zacząć żerować.

Ale ja musiałam najpierw znaleźć tego, który był winny tragedii.

Spojrzałam wzdłuż alei. Tysiące ciał. Ułożone jedno obok drugiego. Jak gdyby w prezencie. Brakowało jeszcze ogromnej kokardy i życzeń wszelkiej pomyślności na długiej drodze życia.

Czy można zacząć żyć, gdy się umarło tej nocy?

Spojrzałam na rozerwane ciało leżące przy furtce na cmentarz. Po śladach widać, że nie umarł od razu. Nie zdziwiłabym się, gdy sporo wycierpiał. Torturowany za własną ślepotę i czarną otchłań nienawiści w swym sercu. Patrzyłam na jego puste oczy, pozbawione życia. Zamknęłam je. Wyszeptałam cicho: „Żegnaj.”.

Zawsze powtarzał: „Blizny są dowodem na to, że potrafimy przetrwać.”

Spojrzałam na aleję ciał. I wiedziałam, że będę swoje blizny nosić z dumą.

Przetrwałam.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s